Kasia uciekła z domu, zabierając jedynie ukochanego królika. O czwartej nad ranem wsiadła do pociągu na dworcu Warszawa Centralna i pojechała do Wrocławia w nieznane, czyli do chłopaka, którego „poznała” przez internet. „Miała szczęście, że trafiła na porządnego człowieka” – ocenia to dzisiaj Maryla Rodowicz. Kiedy po dziewczynę pojechał ojciec, reżyser Teatru STU Krzysztof Jasiński, Kasia postawiła warunek: wyjedzie z Wrocławia, ale nie wróci do mamy. Ojciec zaproponował jej mieszkanie u siebie, razem z żoną Beatą Rybotycką i przyrodnią siostrą Kasi, Zosią. Kasia wytrzymała pół roku. Na szczęście mama kupiła jej piękny apartament na przedmieściach Krakowa i nikt nie ingeruje już w jej życie. Jest studentką trzeciego roku zootechniki krakowskiej Akademii Rolniczej. Całe dnie spędza w stajni, bo jej hobby to konie. Ma już trzy. Pierwszego, o imieniu Partagon, kupił jej ojciec, Sapera i Giganta – mama. Teraz Kasia od słynnego amerykańskiego zaklinacza koni uczy się metody bezstresowego układania tych zwierząt. Jak sama twierdzi, praca z końmi bardzo ją zmieniła. Tylko czy mama to zauważyła?

GALA: Która z pań częściej przemierza trasę Kraków–Warszawa?

KASIA JASIŃSKA: Ja. Często przyjeżdżam do Warszawy.

MARYLA RODOWICZ: To prawda, do Krakowa wpadam na ogół służbowo, koncertowo.

GALA: A do córki nie?

MARYLA RODOWICZ: Córka mnie ostatnio nie wpuszcza do mieszkania. Mam podejrzenia, że jest tam niezły bajzel! (śmiech).

KASIA JASIŃSKA: Mama ma obsesję na punkcie czystości i nawet jak jest czysto, chodzi, kręci nosem i stwierdza: „Nie, tu nie jest czysto”. A potem słodko pyta: „Kiedy ostatnio sprzątałaś, córeczko?”.

MARYLA RODOWICZ: Kasiu, przecież byłam u ciebie raptem parę razy.

GALA: Parę razy w ciągu ośmiu lat, odkąd Kasia wyprowadziła się z domu, to rzeczywiście nie za często. Kiedy ostatnio?

MARYLA RODOWICZ: W tym mieszkaniu nie mieszka tak długo. Niedawno jechałam na koncert przez Kraków. Dostąpiłam zaszczytu wejścia i jadłam nawet obiad. Rosół był trochę cienki...

KASIA JASIŃSKA: Gość w dom, woda do zupy, jak mówią. Zaprosiłam cię na obiad. A oprócz rosołu był jeszcze pstrąg z grilla z masełkiem.

GALA: I przez te lata nie było telefonów typu: „Mamo ratuj, przyjedź!”?

MARYLA RODOWICZ: Nie ma takich alarmujących telefonów, a jak coś się dzieje, przyjeżdżają do mnie. Tak naprawdę sami się kotłują, twardziele.

GALA: Nawet najmłodszy Jędrek?

MARYLA RODOWICZ: On ma już 20 lat! Studiuje za granicą. Najpierw w Londynie, a teraz w Stanach.

KASIA JASIŃSKA: Alarmowe telefony są niemożliwe, bo mama do nas dzwoni co dwie godziny (śmiech). Wieczorem, kiedy wychodzę ze stajni, mam 17 nieodebranych połączeń, 10 wiadomości w skrzynce i cztery SMS-y. Wszystko od mamy i o identycznej treści: „Zadzwoń” (śmiech).

MARYLA RODOWICZ: Udają, że nie widzą, że dzwonię. Nie mogę tego zrozumieć. Ja telefon noszę w kieszeni. A oni potrafi ą przez parę dni nie odpowiadać!

GALA: O co mama najczęściej pyta?

KASIA JASIŃSKA: Czy nosisz czapkę? Czy ciepło się ubrałaś?

MARYLA RODOWICZ: No, nie tylko, pytam na przykład, co z egzaminami albo czy zaliczą ci praktyki. Potrzebuję też porad w sprawach technicznych, bo ciągle giną mi np. teksty w komputerze. Matko, co mam przycisnąć?! I dzieci mi pomagają.

GALA: Całą trójkę ma pani bez przerwy w głowie?

MARYLA RODOWICZ: Oczywiście, do Jędrka do Stanów dzwonię pięć razy dziennie. Do Jaśka też dzwonię, tylko że on ostatnio zlikwidował skrzynkę i w ogóle nie odbiera telefonów. Ale oddzwania.

KASIA JASIŃSKA: Jędrek ma przechlapane, bo Andrzej, jego ojciec, też do niego dzwoni co godzinę.

MARYLA RODOWICZ: Bez przesady, Andrzej dzwoni raz dziennie, no, góra dwa (śmiech).

GALA: Mama jest nadopiekuńcza?

KASIA JASIŃSKA: Bardzo. Zawsze taka była. Nie tylko dla nas. Ostatnio przy stole podwijała Magdzie Umer rękawy.

MARYLA RODOWICZ: Sorry, Magda miała rękawy, które zakrywały jej palce. Musiałam podwinąć, bo maczała je w zupie! Kiedy na ulicy widzę faceta z rozwiązanymi sznurowadłami, mam ochotę mu je zawiązać (śmiech). Jasiek chodził do przedszkola na Mokotowie z Jasiem Holoubkiem. Mój przyszły mąż, jeszcze wtedy narzeczony, który go tam odwoził, miał przykazane, że ma chłopcu wiązać sznurowadła. To samo robił Gustaw Holoubek. Pani dyrektor na nich krzyczała: „Jesteście jedynymi ojcami, którzy wiążą buty dzieciom. Zabraniam!”. A trzyletnia wówczas Kasia kładła Andrzejowi siodło na grzbiecie i go ujeżdżała. Mieszkałam wtedy z dziećmi w bloku na Ursynowie, na balkonie trzymałam sanki. Kasia uparła się kiedyś, żeby natychmiast je wyciągnąć, mimo że nie było śniegu. I tak długo tupała nogami, aż Andrzej nie wytrzymał i ciągał ją na tych sankach po betonie. Córeczka zawsze potrafiła dopiąć swego.

KASIA JASIŃSKA: Chyba po kimś to mam (śmiech).

GALA: Co panie łączy, a co dzieli?

KASIA JASIŃSKA: Mam wrażenie, że łączy nas wszystko – jesteśmy identyczne i to jest największa rzecz, która nas dzieli (śmiech).

MARYLA RODOWICZ: A jak znajdzie się między nami moja mama, czyli babcia Kasi, na przykład przed świętami, to się robi naprawdę ciekawie.

GALA: Czy matce i córce zdarzało się tworzyć wspólny front przeciwko męskiej dominancie w waszym domu?

 

MARYLA RODOWICZ: Nas trudno zdominować. Poza tym mamy mediatora – to Jędrek, który jest wyjątkowo ugodowy i pogodny. Jasiek jest starszy od Kasi o trzy lata, ale kiedy miała rok, już go kompletnie zdominowała, mimo że jeszcze samodzielnie nie chodziła. Kupiłam dla niej wiklinowy chodzik. Dziecko się w nim zazwyczaj posuwa, ale Kasia skakała jak pająk i zawsze dogoniła Jaśka. Po drodze zdążyła włączyć żelazko, wsypać do miski proszek do prania, poskakać po tym proszku, dogonić brata, złapać go za włosy i jeszcze wyłączyć światło.

GALA: Rozumiem, że przy tak silnym charakterze Kasi okres jej dojrzewania to była ciągła walka?

MARYLA RODOWICZ: Oj, tak! Odkąd skończyła 12 lat.

KASIA JASIŃSKA: To był hard core.

GALA: Dlaczego? Co Kasia miała do zarzucenia mamie, światu?

KASIA JASIŃSKA: Ja byłam w porządku. Nie wiem, czepiali się mnie (śmiech).

MARYLA RODOWICZ: Opowiedz o swoich wyczynach! Oczywiście, to ja miałam wiele do zarzucenia Kasi. Pierwszym może moim błędem było to, że jako 12-latkę zaczęłam ją puszczać do Teatru Buffo.

GALA: I Kasia się zakochała.

KASIA JASIŃSKA: Bardzo, ale kochałam się już nieco wcześniej.

MARYLA RODOWICZ: W Józefowiczu.

KASIA JASIŃSKA: Przestań, w Józefowiczu nigdy się nie kochałam. Przez całe dzieciństwo kochałam się w Presleyu. Ustawiałam mu w pokoju ołtarzyki. Istniał tylko on, a potem nauczyciel od WF-u.

MARYLA RODOWICZ: Skutek miłości do Presleya był taki, że Kasia zna na pamięć wszystkie jego utwory. A miał ich trochę! Pod tym względem Kasia zagina jego fanów, np. Wojtka Gąssowskiego, który nagrał kilka płyt z piosenkami Presleya.

GALA: Może pani Maryla w związku z koncertami zbyt mało czasu poświęcała dzieciom?

MARYLA RODOWICZ: Kiedy były małe, na początku lat 80., siedziałam z nimi w domu. Nie było za dużo pracy, stan wojenny, potem też nie lepiej. Musiałam kombinować, zaczęłam jeździć do klubów polonijnych. Pierwszy raz w 1980 roku, w drodze powrotnej z festiwalu country w Oklahomie. Jechałam na sześć tygodni do Chicago albo Nowego Jorku i to był zastrzyk finansowy na pół roku, bo dolar stał wysoko. A potem na sześć tygodni w trasę po Związku Radzieckim. Te dwa kraje ratowały moją kieszeń. Za to mogłam z dziećmi siedzieć latem trzy miesiące na Mazurach albo zimą w Bukowinie Tatrzańskiej.

GALA: Kiedy Kasia zdała sobie sprawę, że mama jest sławna?

KASIA JASIŃSKA: Zawsze to wiedziałam. Nie pamiętam żadnych fajerwerków. Poza tym czasem jeździłam z mamą na koncerty, podobnie jak Jasiek. Pamiętasz, jak rozwalił scenę?

MARYLA RODOWICZ: Dzieci zazwyczaj zostawały w domu z opiekunką, panią Krysią. Ale Jasiek, kiedy miał cztery lata, rzeczywiście przyjechał na mój koncert do Gdańska z okazji Mikołaja. Pamiętam dużą teatralną salę i stojące koło mnie dzieci. A Jasiek wpadł na scenę, pobił te dzieci i zaczął wyrywać kable, demolować sprzęt. Dostał szału, tak był zazdrosny. Innym razem zabrałam go na spotkanie z Agnieszką Osiecką, z którą widywałyśmy się codziennie. Siedziałyśmy w barku w Hotelu Europejskim, a kiedy na chwilę wyszła, Jasiek natychmiast zajął jej miejsce. Po powrocie pobił ją kijem, który przyniósł ze sobą.

GALA: Tak bardzo chciał mieć matkę na wyłączność?

MARYLA RODOWICZ: Tak. Jeżeli ktoś podchodził do mnie na ulicy, bił. Kasia nie miała takich zaborczych zapędów.

GALA: Koleżanki zazdrościły pani słynnej mamy czy też pani zazdrościła im matek odrabiających z nimi lekcje?

KASIA JASIŃSKA: Miałam niewiele koleżanek. Chodziłam do społecznej podstawówki. Uczyło się tam sporo dzieci zamożnych rodziców, nie byłam atrakcją. Za to liceum miałam undergroundowe. Ludzie słuchali ciężkiej rockowej muzyki, chodzili ubrani na czarno. Ja też wyglądałam dziwacznie i dziwacznie się zachowywałam.

MARYLA RODOWICZ: Kasia miała wtedy czerwone włosy do pasa.

GALA: A później pozostał tylko mały, czerwony odrost na ogolonej na łyso głowie.

MARYLA RODOWICZ: Byłam w szoku, kiedy ją zobaczyłam. Nigdy nie zapomnę powrotu Kasi z klasowej wycieczki do Londynu. Czekam z innymi rodzicami przed Pałacem Kultury. Od razu po przyjeździe nauczycielka kazała stawić się kilkorgu rodzicom nazajutrz w szkole. „Co się stało?” – pytam. A ona: „Kasia będzie miała obniżoną ocenę ze sprawowania”.

KASIA JASIŃSKA: To nie było tak. Wychowawczyni mówiła: „Wyciągniemy konsekwencje, tak nie może być!”. A mama: „Ale co ona zrobiła?”. „Strasznie się zachowywała, na wycieczce była najgorsza”. Mama: „Ale o co chodzi?”. „No, przeklinała”. Mama: „No dobrze, ale czy robiła coś nowego?”. „Paliła papierosy, piła alkohol”. Mama: „No tak, ale czy coś jeszcze?”. Wychowawczyni: „Zwołamy radę pedagogiczną, będzie obniżone sprawowanie”. A mama: „Ale ona ma już naganne, niżej się nie da”.

GALA: Były też narkotyki.

KASIA JASIŃSKA: Zawsze wszystkiego musiałam spróbować, ale nigdy nie było to niebezpieczne.

MARYLA RODOWICZ: Kasia była krnąbrna.

KASIA JASIŃSKA: Zawsze taka byłam. Mówiłam, co myślę. Jeżeli uważałam, że mam rację, nie poddawałam się. Tak mam do dziś.

GALA: Widzę, że miały panie ze sobą dobry kontakt, skąd wobec tego bunt Kasi?

KASIA JASIŃSKA: Miałam po prostu własną wizję życia, a ono się opierało głównie na niechodzeniu do szkoły i przesiadywaniu w klubie motocyklowym. Było to o tyle łatwe, że mieścił się przy tej samej ulicy co szkoła. Jak dotarłam do szkoły, zamykaliśmy się w radiowęźle, gdzie nauczyciele nie mieli dostępu, bo zmieniliśmy zamki i puszczaliśmy „Stairway To Heaven”, nawet jak były lekcje.

MARYLA RODOWICZ: Kasia chodziła do Liceum im. Mikołaja Kopernika z wykładowym angielskim. To jedna z nielicznych w Polsce szkół z maturą międzynarodową, której Kasia zresztą nie zdawała, ponieważ w trzeciej klasie ewakuowała się ze szkoły.

KASIA JASIŃSKA: Ewakuowałam się z Warszawy.

 

MARYLA RODOWICZ: Kiedy zorientowałam się, że Kasia całymi nocami siedzi w internecie, zabrałam jej kabel. To było tuż przed jej 18. urodzinami. Wtedy usłyszałam, że jak tylko będzie pełnoletnia, ucieknie z domu.

KASIA JASIŃSKA: Zapowiedziałam, że to zrobię, kiedy miałam 15 lat.

MARYLA RODOWICZ: Wyjechałam z koncertami do Stanów Zjednoczonych. I osiwiałam, kiedy dowiedziałam się, że rzeczywiście uciekła. Nie wiedziałam, gdzie jej szukać.

GALA: Czwarta rano, 18-latka wsiada do pociągu i jedzie do Wrocławia do chłopaka poznanego przez internet. Pani Kasiu, nie bała się pani?

KASIA JASIŃSKA: Chciałam tego, to czego miałam się bać?!

MARYLA RODOWICZ: A nie pomyślałaś, że ja się o ciebie martwię?

KASIA JASIŃSKA: Teraz mam taką świadomość, ale w wieku 18 lat człowiekowi się wydaje, że jest pępkiem świata i tylko jego uczucia są ważne.

GALA: W jedynym z wywiadów mówiły panie, że Kasia i Jasiek nie akceptowali ojczyma. Może to od niego Kasia uciekała?

KASIA JASIŃSKA: Nie akceptowałam wtedy wielu spraw. Wszystko jedno, jaka byłaby sytuacja, i tak bym się buntowała, a więc podejrzewam, że nie miało to większego znaczenia.

GALA: Ucieczka Kasi była dla pań dramatem czy wyzwoleniem?

MARYLA RODOWICZ: Poważnym zmartwieniem. Ale teraz martwię się nie mniej o dzieci. Jasiek wybiera się np. na trzytygodniową samotną pieszą wędrówkę po górach Rumunii.

KASIA JASIŃSKA: To po prostu kumulacja najtrudniejszych cech tatusia i mamusi.

GALA: Kasia wyjechała do Krakowa, ponieważ mieszkał tam wyidealizowany, bo daleki, ojciec?

KASIA JASIŃSKA: Nie. Wybrałam Kraków, bo nie lubię Warszawy. Jest dla mnie za duża, źle się czuję w mieście. Jestem człowiekiem ziemi.

MARYLA RODOWICZ: Wieśniakiem (śmiech).

KASIA JASIŃSKA: Przyznaję. Kraków mniej męczy, bo życie tam płynie wolniej.

MARYLA RODOWICZ: Tu się z tobą zgadzam, mieszkanie z dala od wielkomiejskiego hałasu jest fantastyczne, chociaż lubię miasto.

GALA: W Krakowie zajął się panią ojciec?

KASIA JASIŃSKA: Oczywiście. Mieszkałam u taty przez pół roku, ale po tygodniu już miałam dosyć. Wyprowadziłam się do wynajętego mieszkania, bo nie dałam rady. Lubię być sama.

MARYLA RODOWICZ: Z kotami.

KASIA JASIŃSKA: Mieszkanie jest piękne, na przedmieściach Krakowa. Kiedyś przed oknami miałam łąkę, po której biegały króliki i kozy. Teraz stoją bloki. Dlatego zaciągam zasłony, wychodzę na cały dzień: jadę na uczelnię, potem do stajni. Wracam przed północą.

MARYLA RODOWICZ: A kiedy się uczysz?

KASIA JASIŃSKA: Przed egzaminami.

GALA: Pani Marylo, czy pani odetchnęła, kiedy Kasia się wyprowadziła?

MARYLA RODOWICZ: Ależ skąd! Wolałabym mieć z nią stały kontakt. W ogóle z dziećmi. Bo tak to są puszczone samopas. I są tego skutki, jakieś zaległe urlopy dziekańskie, egzaminy. Ile ich masz, Kasiu?

KASIA JASIŃSKA: Nie pamiętam. I bardzo cię proszę, żebyś nie dzwoniła na moją uczelnię z podobnymi pytaniami. Bo zamknę się w sobie i z niej zrezygnuję. Robię to tylko dla was!

MARYLA RODOWICZ: Chyba żartujesz?! A nie dla siebie?

KASIA JASIŃSKA: Mnie to nie jest potrzebne. Mam cel: chcę być instruktorem ujeżdżania metodą naturalną i uczyć ludzi rozumieć konie.

GALA: Pani się już sama utrzymuje?

KASIA JASIŃSKA: Mam sponsora. Mama płaci za wszystkie moje zachcianki.

MARYLA RODOWICZ: Jak np. wożenie koników na kursy ujeżdżania naturalnego.

GALA: Może mama jest zbyt hojna? Może Kasia powinna sama zarabiać na życie?

KASIA JASIŃSKA: Chcesz? Proszę bardzo!

MARYLA RODOWICZ: No nie, najpierw studia.

KASIA JASIŃSKA: Widzisz, to jest najważniejsze. Jak skończę, to cię poinformuję.

GALA: Czy zdaniem mamy Kasia się zmieniła, odkąd mieszka sama?

MARYLA RODOWICZ: Dorosła, stała się bardziej odpowiedzialna. Ale tak naprawdę nie wiem, skoro wyjeżdża z domu na cztery dni i zostawia koty. W tamtym roku u ojca na Mazurach zostawiła konie, które uciekły z głodu i biegały po wsi.

KASIA JASIŃSKA: To nieprawda. Kotom zostawiłam wodę i jedzenie. A konie zwiały z pastwiska, żeby jeść trawę za płotem.

GALA: Księżna Yorku, Sarah Ferguson, chodzi ze swoją najstarszą córką do nocnych klubów w Londynie. Czy paniom to się kiedyś zdarzyło?

MARYLA RODOWICZ: Nie, ja nie lubię nocnych klubów. A Kasia chodzi na karaoke.

KASIA JASIŃSKA: Do studenckiego klubu. Tam się nie tańczy, nie ma ocierania się spoconych ciał. Przychodzi się, pije piwo, gada ze znajomymi i śpiewa. Jest sympatycznie. GALA: Zdarzają się paniom długie, szczere rozmowy?

KASIA JASIŃSKA: Właściwie... rzadko nam się zdarzają.

MARYLA RODOWICZ: Każda rozmowa kończy się tym, że Kasia coś odburknie i zakręca się na pięcie. Ucina: „Mama, wiem”. I koniec. Moje rady nie są przyjmowane.

GALA: Jesteście przyjaciółkami?

MARYLA RODOWICZ: Matka przyjaciółką córki? Przecież to odmienne światy. Matka miałaby zwierzać się córce ze swoich intymnych przeżyć? Kasia nie jest otwarta, przynajmniej w stosunku do mnie. Jednak ludzie ją lubią.

KASIA JASIŃSKA: Jestem duszą towarzystwa, ale nie zaprzyjaźniam się zbyt łatwo. Przyjaciół mogłabym policzyć na dwóch palcach (śmiech). I nie jest to ani mama, ani tata. Między nami jest dużo różnych układów, w zależności od sytuacji.

GALA: Zapytam inaczej: co Kasia najbardziej ceni u mamy?

KASIA JASIŃSKA: Wiele cech. Imponują mi te, których ludzie w mamie nie lubią, a które ja też mam. To pasja, upór w dążeniu do celu i niepoddawanie się. Mama nigdy się nie poddaje. Stoi za tym dominujący charakter. Mam to samo. Ludzie mnie lubią, ale się mnie boją. To wynika z moich wielkich wymagań wobec ludzi i siebie.

MARYLA RODOWICZ: Ja wiele ludziom wybaczam, daję kredyt zaufania, jestem tolerancyjna.

 

GALA: A jakie cechy u Kasi ceni mama?

MARYLA RODOWICZ: Hm... Mnogość talentów przede wszystkim.

KASIA JASIŃSKA: Boże, znowu!

MARYLA RODOWICZ: Jednocześnie mam do niej żal, że ich nie wykorzystuje. Sama też żałuję, że nie miałam dość czasu i determinacji, by w Kasi rozwinąć jej najlepsze cechy. Dzieci powinny chodzić np. do szkoły muzycznej. Miałam nadzieję, że uda mi się namówić Kasię na Akademię Sztuk Pięknych. Jednak tam trzeba było się przygotować do egzaminu, więc Kasia ten pomysł odrzuciła, chociaż ma bezsprzecznie talent plastyczny. Jest ogromnie wrażliwa, emocjonalna i niezwykle spostrzegawcza. Gdy oglądamy razem film, nam umykają szczegóły, które ona dostrzega. Ma też nieprawdopodobną pamięć, szkoda, że nie kontynuuje nauki języków obcych. Nie ucząc się, tylko słysząc raz, pamięta tekst – stąd te tysiące tekstów Presleya, i nie tylko. A swoją zootechnikę ciągnie w nieskończoność, choć wystarczyłoby, żeby przez tydzień usiadła nad przedmiotem. Nie nauczyłam dzieci dyscypliny. I przez to mają trudniej.

KASIA JASIŃSKA: Mam swój cel, misję, którą wypełniam, czuję się spełniona!

GALA: Pani Marylo, czy można pogodzić karierę z macierzyństwem?

MARYLA RODOWICZ: Moim zdaniem nie bardzo, a jeżeli, to z trudem.

KASIA JASIŃSKA: A ja uważam, że z dzieci z trudnych rodzin, w których rodzice nie mieli czasu, wyrastają mądrzy i fajni ludzie.

MARYLA RODOWICZ: Bo?

KASIA JASIŃSKA: Bo nie było im łatwo. Moje rodzeństwo jest genialne. Poza tym jesteśmy ze sobą ogromnie związani.

MARYLA RODOWICZ: To prawda, dzieci są bardzo inteligentne. I najlepiej się czują w swoim towarzystwie.

KASIA JASIŃSKA: Wszystko nas śmieszy, non stop mamy głupawki, śmiejemy się do utraty tchu. Do lecących łez z oczu, dusimy się, leżymy na ziemi. I nakręcamy się nawzajem.

MARYLA RODOWICZ: A ja z nimi. Parę lat temu w Cannes nie mogliśmy znaleźć miejsca w żadnej restauracji. Wreszcie mąż z trudem je załatwił i pokazuje nam przez szybę, żebyśmy weszli. Myśmy tego nie widzieli, bo się zagadaliśmy. Zdenerwowany wylatuje do nas, że ma stolik, a my nic! Już to nas rozśmieszyło, usiedliśmy przy stole, podeszła kelnerka, ale zanim zdążyłam podnieść głowę i zamówić, już jej nie było. Patrzymy, a ona już jest na jakiejś antresoli. To nam wystarczyło. Ona do nas z pięć razy podchodziła, a ja czerwona, łzy mi lecą, nie mogę wypowiedzieć słowa. Mąż na to: „Więcej z wami nigdzie nie pójdę”. Tak samo było w Monako w chińskiej restauracji i podczas wywiadu dla telewizji w domu. Dostaliśmy takiej głupawki, że trzeba było zrobić 20-minutową przerwę na poprawę makijażu. Gdyby tylko dzieci… ale i matka!

KASIA JASIŃSKA: Ci, którzy stoją obok, nie mają pojęcia, o co chodzi. Przygłupia rodzina.

MARYLA RODOWICZ: Tak o nas myślą. Lecimy samolotem i wita nas „Kapitan Kapitan”, bo kapitan nazywał się Kapitan. Spoglądamy na siebie i… koniec.

KASIA JASIŃSKA: Bo zaraz zaczynamy wymyślać: „Mówi kapitan Kapitan. Uwaga, nie będę powtarzał. Lecimy nad Baden-Baden, lądujemy na Bora- Bora. Za dwie godziny”. Znowu po nas!

MARYLA RODOWICZ: Robiłam z Jędrkiem i mężem turę po uniwersytetach w Stanach. Chodziliśmy na spotkania, na które rodzice przychodzą z dziećmi, a ktoś z władz uczelni przemawia. Siedzimy w pierwszym rzędzie na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, wszyscy skupieni i poważni, i nagle ja z Jędrkiem mamy atak śmiechu. Mąż cedzi przez zęby: „Opuśćcie salę”. Ledwo wyszliśmy.

GALA: To już sobie wyobrażam, co się dzieje, kiedy wszyscy razem siedzicie przy stole, np. w święta.

MARYLA RODOWICZ: Zawsze jest temat dyżurny, o Bogu. Moja matka ma takie teksty, że nie trzeba kabaretu. Mówimy, że to „Babcia Ninka show”, i umieramy ze śmiechu. A babcia gotuje się razem z nami. Jest niezwykle pogodną osobą.

GALA: Rozmawiamy o trójce dzieci, tymczasem pani Maryli przypisywana jest jeszcze jedna Kasia.

MARYLA RODOWICZ: No tak, Kasia Rodowicz, piosenkarka, była żona kontrabasisty jazzowego Piotra Rodowicza. Jedno z kolorowych pism zamieściło ostatnio story o mnie. Było tam dwóch moich synów i ta Kasia z narzeczonym. Mama, która ma problemy z oczami, pyta: „Co to za facet z krzywymi nogami przy Kasi?”. „Ale to nie jest nasza Kasia” – odpowiadam. A mama: „A to dobrze, bo miał krzywe nogi”.

KASIA JASIŃSKA: Kiedyś zadzwoniła do mnie dziennikarka, żeby przeprowadzić wywiad. Tłumaczyłam, że to nie ja i że nie śpiewam. Była oburzona. Zadzwoniła ponownie i powiedziała, że zachowuję się niepoważnie i nieprofesjonalnie. Obraziła się. A ja nie nazywam się Rodowicz, tylko Jasińska.

GALA: Podobno kiedy pani Maryla jest w depresji, kupuje torebki i buty. Co robi Kasia na poprawę humoru?

MARYLA RODOWICZ: Wynikałoby z tego, że stale cierpię na depresję, bo mam już kilkaset par butów i nadal je kupuję. Wczoraj też. Choć pojechałam z Jędrkiem, żeby kupić jemu. Przeżywam czasem smutne chwile, ale na depresję szkoda mi czasu.

KASIA JASIŃSKA: Mama jest pogodna, nigdy nie ma depresji. Uwielbia modę. Ogląda modowe pisma, wszystkie numery „Vogue’a”. To ją inspiruje. A ja jestem człowiekiem lasu. Najlepiej czuję się w bryczesach, gumofilcach i słomkowym kapeluszu. W centrum handlowym po kwadransie jestem zmęczona. To katorga.

 

MARYLA RODOWICZ: Czasem proszę: „Kasiu, przejdźmy się po sklepach”, ale wiecznie słyszę: „Nie”. Dzwonię: „Jestem w sklepie. Widzę dla ciebie spodnie i bluzę”. Kasia: „Mama, nie!”.

GALA: A co panie lubią razem robić?

KASIA JASIŃSKA: Strzelać. Mama specjalizuje się w broni krótkiej, a ja w długiej gładkolufowej.

MARYLA RODOWICZ: Kasia tak dobrze strzela na odległość kilometra, że proponowano jej testowanie w fabryce broni snajperskiej.

KASIA JASIŃSKA: Ale najbardziej lubimy przebywać ze sobą. I jeść to, co mama ugotuje. Bardzo (śmiech). Siedzieć razem przy stole. Nie musimy robić nic specjalnego. Andrzej ogląda dzienniki, a my gadamy.

MARYLA RODOWICZ: Jak widać. Po prostu być.