Spokojny, uprzejmy, stonowany. Wysoki, brązowooki, przystojny. Mógłby chadzać po wybiegu w garniturze od Armaniego, zamiast, jak sam policzył, przez 310 dni w roku oddawać całego siebie oceanicznym żywiołom. Z iskrą w oku spogląda na niego kelnerka w warszawskiej restauracji Przegryź. Ale o kobietach ma nie być...

GALA: Czego pozbawił pana sport?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Najpierw przez częste wyjazdy na regaty straciłem kontakt z kolegami i koleżankami z podwórka i ze szkoły. Nie wyjeżdżałem z nimi na wakacje, kolonie ani zielone szkoły. Na studiach nie wiedziałem nawet, co się z nimi dzieje. Nie uczestniczyłem w akademickim życiu towarzyskim. Teraz także żyję ze znajomymi bardziej korespondencyjnie. Cały czas gdzieś podróżuję i tak będzie do końca sierpnia. Nie mam wolnego. Obiecałem sobie jednak, że po powrocie z igrzysk wszystko się zmieni.

GALA: Ekspresowe życie z rozłąką w tle.

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Trochę tak. Olimpiada jest ciężkim okresem dla sportowca i jego bliskich.

GALA: Dlatego nie zdecydował się pan jeszcze na własną rodzinę?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Tak postanowiłem jakiś czas temu. Przy tempie życia, jakie w tej chwili prowadzę, to byłoby po prostu nie fair, żeby zakładać rodzinę. Nie mógł-bym poświęcić im tyle czasu, ile bym chciał, starając się jednocześnie być najlepszy w tym, co robię. Prowadzę inne życie niż większość ludzi. Musiałem sobie je trochę inaczej zorganizować, przesunąć w czasie niektóre ważne wydarzenia. Ale na wszystko przyjdzie czas. Dobrze o tym wiem.

GALA: Jest pan mężczyzną z zasadami?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Tak. Dojrzałem i wiem, co dobre, a co złe. Nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla innych. Popełniłem kilka błędów w życiu, lecz tego nie żałuję. Była to dobra lekcja, która wiele, wiele mnie nauczyła.

GALA: Czego nie potrafiłby pan wybaczyć drugiej osobie?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Nie znoszę chamstwa, braku szacunku, fizycznego znęcania się nad człowiekiem i zwierzęciem. Nie wybaczyłbym zdrady, jakkolwiek by ją rozumieć, także przyjacielskiej.

GALA: Jakim będzie pan ojcem?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Mam nadzieję, że najlepszym. Znajomi tak mówią, patrząc, jaki mam kontakt z dziećmi. Moi rodzice pokazywali mi świat w różnych jego wydaniach. Wzbudzali moje zainteresowanie poprzez wiele różnych zajęć, na które uczęszczałem. Chodziłem na gimnastykę, tenis, lekcje angielskiego, hiszpańskiego, modelarstwa, należałem do harcerstwa, wcześnie zacząłem podróżować. Miałem możliwość wybrania tego, co mi się podoba, i do dziś pewne umiejętności bardzo mi się przydają. Chciałbym w ten sam sposób wychowywać dzieci.

GALA: Zapisze pan syna na żeglarstwo?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: To ma być córka, podobno.

GALA: Był pan u astrologa?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Żeglarzom rodzą się ostatnio same córki. Podobno dlatego, że siedzimy całymi dniami w zimnej wodzie.

GALA: Lubi pan to swoje wodne życie?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Bardzo! Jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam szczęście do najbliższych osób. Do rodziny, przyjaciół i znajomych. Odczuwam radość i przyjemność z tego, co robię. Łączę przyjemne z pożytecznym. Lubię w moim życiu te duże rzeczy i te małe. Jadąc do pani, przejeżdżałem przez Wisłę. Mogłem wybrać wiele innych, prostszych dróg, ale bardzo lubię pewien podjazd w Aleje Ujazdowskie, przy placu Na Rozdrożu. Uwielbiam to miejsce! I nie mogłem się oprzeć, żeby nie nadrobić drogi i tam nie pojechać. Lubię to moje życie, codzienne, zwykłe czynności. Kocham stać godzinami pod prysznicem i czuć, jak leci na mnie woda, której w zasadzie powinienem mieć w życiu dość, ale... Albo wczoraj, kładąc się spać, już myślałem o pysznym śniadaniu, które chciałem dzisiaj przygotować.

GALA: Co podano?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Jaja sadzone na szynce. Poszedłem rano po świeże bułki. Spacer, ładna pogoda, po prostu idealny początek dnia!

GALA: Nigdy nie dopada pana depresja?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Depresja? Nie wiem, co to znaczy! Oczywiście zdarzają mi się czasem takie dni, kiedy działam trochę wolniej i mam gorszy humor. I dobrze, że tak jest, bo inaczej pomyślałbym, że jestem z innej planety.

GALA: Nie chciał pan tego żeglarstwa nigdy rzucić w diabły?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Były takie momenty. Rzadko, ale były. Narzuciliśmy sobie takie tempo, że każdy trening był ciężki, nie do zniesienia. Miałem też taką chwilę, kiedy chciałem odejść ze sportu. Pojechałem na igrzyska do Sydney ze wszystkimi swoimi mistrzowskimi tytułami, byłem głównym faworytem i zająłem czwarte miejsce. Do podium zabrakło mi jednego punktu. Chciałem to rzucić w cholerę, miałem chwilę załamania. Ale jak emocje już opadły, zakasałem rękawy i wziąłem się do pracy. Gdy stanąłem na podium w Atenach cztery lata później, to... dla takich chwil się żyje!

GALA: Często rozmawia pan z własną łodzią?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Wyznaję zasadę, że jak łódce zrobi się dobrze, jak się o nią zadba, oszlifuje, pogłaszcze, to wtedy ona potrafi wszystko to oddać. Nie daj Boże zapomnieć o niej! Wtedy wyników nie będzie.

GALA: A co najbardziej pana śmieszy w Kusznierewiczu?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Potrafię sobie robić jaja z samego siebie.

GALA: Wystąpiłby pan w programie „Gwiezdny cyrk”?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Boże, uchowaj! Dostaję mnóstwo takich propozycji, ale to nie mój świat. Tańce, forty ani cyrki zupełnie mnie nie kręcą. Jednej rzeczy tylko nie rozumiem. Ludzie, zabiegając o popularność, biorą udział w takich programach i nagle stają się gwiazdami. O co tutaj chodzi?

 

GALA: Bo uważają, że lepiej być sławnym nikim niż nieznanym kimś. Nie zareklamuje pan więc pasty do zębów?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Oczywiście że nie! Miałem propozycje od chipsów, środków przeciwbólowych, maści, zupek w proszku, ale ja mam pewien poziom, ustalony plan i zasady, z kim chcę, a z kim nie będę współpracował. Są też pewne granice. Od wielu lat interesuję się marketingiem sportowym i sponsoringiem. To moje oczko w głowie. Kształciłem się i zbierałem doświadczenie w tej dziedzinie od 1996 roku, kiedy podpisałem swoje pierwsze kontrakty reklamowe. Zawsze też konsultowałem się i współpracowałem z profesjonalistami. Obecnie współpracuję z firmami, które są liderami w swoich branżach: ERA, Mercedes- Benz, Diners Club, Organika i Omega są poważnymi firmami. Staram się trzymać poziom i być dla nich dobrym partnerem. Mam także to szczęście, że mogę wybierać, bo nie mam żadnego ciśnienia finansowego.

GALA: A gdyby był pan biedny?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Nie zawsze byłem dobrze sytuowany i doskonale o tym pamiętam. Mnie nie są potrzebne pieniądze, żeby być szczęśliwym. One tylko pomagają w życiu, dają możliwość realizowania części swoich marzeń.

GALA: Marzy pan o spokojnym weekendzie w domu? Włóczy się pan czasem w piżamie po mieszkaniu?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: W tym roku byłem w domu może trzy tygodnie. Dzisiejszy świat sportu profesjonalnego to obłęd. Zasuwamy, aż wióry lecą. To nie jest bieg. To galop! Nieustanna, ciężka, bardzo intensywna praca. Jednak gdybym miał czas i dzień wolny, to zrobiłbym sobie tzw. długą pobudkę. Bardzo to lubię, gdyż jestem nocnym markiem. Rano wychodzę z kawą na taras, czytam gazety. W ten sposób robi się godzina pierwsza. Uwielbiam też zajmować się domem. Tutaj coś zmienić, tam coś zawiesić. Skosić trawę w ogródku albo wyjść na spacer z psem, obejrzeć film późnym popołudniem, zaprosić kogoś na winko na tarasie. Późnym wieczorem zazwyczaj siadam do komputera i pracuję.

GALA: Sportowiec przy komputerze?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Prowadzę kilka projektów równolegle. Od trzech lat przygotowujemy się z Dominikiem Życkim do startu w Pekinie. W tym projekcie współpracuję z pięcioma sponsorami naszej kampanii olimpijskiej. To jest poważna praca, której poświęcam dużo czasu. W zeszłym roku uruchomiłem największy polski projekt żeglarski ostatnich lat: Organika Sailing Team, gdzie pełnię rolę sternika, taktyka i dyrektora sportowego całego zespołu. Również w tym roku rozpoczęliśmy budowę ośrodka wypoczynkowego w miejscowości Swornegacie na pięknych Kaszubach. Powstanie tam hotel spa na 200 osób, Akademia Żeglarska i Kaszubskie Centrum Żeglarstwa. Jak widać, na brak zajęć nie mogę narzekać.

GALA: Poważne wyzwania...

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Bardzo lubię to, co robię. Mam dużo satysfakcji z tego, co się dzieje, nawet jeśli czasem coś nie wyjdzie. Ktoś, kto bardzo dobrze mnie zna, powiedział kiedyś: „Mateusz, sukces, który osiągasz, medal, kulminacja, zamknięcie jakiegoś projektu czy podpisanie kontraktu są dla ciebie dużo mniej ważne niż sama droga od wymyślenia do stworzenia”. Zgadzam się z tym. Oczywiście na koniec jest radość, ale to, co dzieje się wcześniej, jest dużo ważniejsze.

GALA: Płakał pan kiedyś ze szczęścia?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Nie.

GALA: Jak się pan cieszy?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Skaczę do wody!

GALA: Czy pan w ogóle potrafi pływać?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Żeglarze nie muszą mieć karty pływackiej. Żegluje się z kapokiem.

GALA: A pan?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Pływam dobrze.

GALA: Czego pan szuka w wodzie?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Niczego. Żeglując, czuję po prostu dużą frajdę.

GALA: Z czego?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Ze ścigania się, z ciągłej chęci poprawy swoich umiejętności. Mimo że jestem mistrzem olimpijskim, świata, Europy i Polski, czuję się jeszcze daleki od tego, że w pełni poznałem żeglarstwo. A gdy już wypływam... uwielbiam ten zapach wiatru, który towarzyszy mi na wodzie. I tę ciszę. I tę wolność. Nie ma czerwonych świateł, skrzyżowań, zamkniętych ścian, płotów. Tylko horyzont. To jest przygoda. Cel. Nadzieja. Życie. Nic więcej. Myślę, że gdy człowiek przeżywa takie emocje, to bardziej czuje, że żyje.

GALA: Niczego się pan nie boi, gdy tak pan płynie po tym bezkresie?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Jeśli żeglarz jest dobrze przygotowany, to jest nikła szansa, że stanie się coś tragicznego. Oczywiście wiele razy dostałem w głowę bomem lub złamał mi się maszt, łódka prawie zatonęła, ale byłem na to przygotowany i zabezpieczony. Najbardziej obawiam się...

GALA: ...Trójkąta Bermudzkiego?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Żywiołu. Nieodgadnionego i silnego. Parę razy na środku oceanu zobaczyłem i poczułem na własnej skórze jego moc. Nie do okiełznania. Nie do wyobrażenia.

GALA: Czego zatem dowiedział się pan o sobie dzięki wodzie?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Mam respekt i godzę się z tym, jak jest na świecie. Bez walki, napinania się, prób zmiany. Tak po prostu jest i koniec. Mam tolerancję wobec bezsilności, bo gdy nadchodzi żywioł, to i tak zabiera, co chce. Po co tracić energię, kiedy można ją przełożyć na coś innego?

GALA: Nie bojkotuje pan olimpiady. Czyli jest ona dla pana rodzajem żywiołu?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Na igrzyska olimpijskie w Chinach wybiera się ponad dwustu pięćdziesięciu polskich sportowców. Jedziemy do kraju, w którym nie przestrzega się praw człowieka. Byłem tam i sam to widziałem. A z całą pewnością nie widziałem wszystkiego.

GALA: Więc dlaczego pan tam jedzie?

 

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Ponieważ chcę zdobyć dla siebie i Polski złoty medal olimpijski. Jadę na igrzyska jako sportowiec, a nie jako polityk. To wszystko są skomplikowane decyzje polityczne, o wielu rzeczach, które są wymyślone za naszymi plecami, i tak nie wiemy. Nie mam możliwości wywarcia presji na to, co się tam dzieje. Gdybym miał gwarancję, że dzięki mojemu protestowi zostanie oszczędzone choć jedno życie, nie wahałbym się ani chwili. Dobrze pamiętam historię igrzysk w Los Angeles w 1984 roku i w Moskwie w 1980, kiedy wiele państw odmówiło wysłania swoich sportowców. Czy miało to jakikolwiek wpływ, na przykład na wojnę w Afganistanie? Żadnego. Po co więc nas, sportowców, stawiać teraz znów w sytuacji ofiar? Mam też pomysł, żeby zagrać na nosie Chińczykom. Pokonać ich i pokazać: Popatrzcie, lewusy, za karę przegraliście. Macie za swoje! My, sportowcy, powinniśmy skupić się na tym, co robimy, niezależnie od tego, gdzie się ścigamy.

GALA: Ale jedziecie właśnie do Chin.

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: To była decyzja podjęta osiem lat temu. Moim zdaniem niewłaściwa. Jest mi bardzo przykro i źle się z tym osobiście czuję, że w Chinach dzieją się takie rzeczy. Mam nadzieję, że ktoś, kto ma taką możliwość, prędzej czy później coś z tym zrobi. Oby jak najprędzej.

GALA: Uważa pan, że pańskie życie ma jakiś wpływ na świat?

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Bardzo bym chciał. Pomagam, jak potrafię. Kiedyś na lekcji polskiego pani poprosiła, żeby na kartce napisać swoje marzenia. Miałem może 10 lat. „Chciałbym, żeby świat był lepszy i żeby wszystko było dobre” – napisałem. Naiwnie to brzmi, ale tak właśnie jest. Jest taki film „Podaj dalej”. Zachęcam do obejrzenia. Od dzieciństwa czułem wielką radość, kiedy mogłem pomóc sąsiadce wnieść wózek z zakupami z bazaru Szembeka do autobusu. Gdy już osiągnąłem sukces, zawsze pomagałem młodym żeglarzom, starałem się im wytłumaczyć, jak wybrać żagle, jak sterować, jakiej maści używać do smarowania dna, żeby łódka szybciej pływała.

GALA: Aż powstała fundacja...

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Przez wiele lat współpracowałem ze Sławkiem Chodorem i to on wpadł na pomysł, żeby powołać Fundację Navigare Mateusza Kusznierewicza, która działa od zeszłego roku. Jestem dumny z tego, co udało nam się zrobić, mimo że to dopiero początek i nie rozwinęliśmy jeszcze w pełni skrzydeł. Pomagamy młodym sportowcom w ich drodze do sukcesów na mistrzostwach. Na początek są to żeglarze, ale w przyszłości chciałbym pomóc też innym sekcjom i szkołom, klubom, organizacjom oraz indywidualnym sportowcom. Naszym pierwszym stypendystą jest Maks Wójcik, który pływa na windsurfingu, jest w kadrze olimpijskiej i ma duże szanse na igrzyska w Londynie w 2012 roku.

GALA: Przecież w ten sposób pomaga pan swoim potencjalnym rywalom!

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ: Nawet gdyby część z nich była później moimi rywalami, to nie mam z tym problemu. Wierzę, że gdzieś istnieje taka energia, że jeśli zrobimy coś dobrego, to ona do nas wróci. Prędzej czy później. Liczę, że tak właśnie stanie się z Tybetem. A wracając do fundacji. Po 1996 roku, czyli po pierwszym moim medalu olimpijskim, było wiele okazji do odwiedzenia różnych szkół i spotkań z młodzieżą. Poświęciłem temu czas świadomie. Podzieliłem się swoimi przeżyciami i zachęcałem ludzi do sportu. Ta dobra energia też do mnie wróci.