Na ten dość dziwny album składają się dwie płyty. I nie wynika to z tego, że na jednej nie udało się zmieścić całego materiału, przeciwnie, pierwsza część liczy sobie zaledwie 15, zaś druga – 19 minut. To świadomy zabieg – te płyty po prostu zbyt wiele dzieli, by upychać je na jednym nośniku. Pierwsza część powstała z fascynacji muzyką meksykańską (nie bez powodu – Zach Condon urodził się w amerykańskim Santa Fe w Nowym Meksyku, gdzie wpływy meksykańskie są wciąż silne). Jest w niej atmosfera ludowego festynu, pełno tu charakterystycznych „weselnych” dęciaków: różne trąby, trombity, rogi, altowe i tenorowe saksofony. Na poprzednich albumach Beirut też było słychać tego rodzaju folkowe wpływy, choć był to raczej folk bałkański. Druga płyta to tzw. synth pop, czyli prosta, nastrojowa muzyka grana z użyciem instrumentów elektronicznych. Kojarzy się trochę z elektroniką lat 80., jest w tym odrobina pastiszu, ale też sporo wdzięku. W obu wydaniach Beirut wypada przekonująco, choć nie jest to żadne objawienie. Kto chce czegoś odkrywczego, niech sięgnie po dwa pierwsze albumy grupy: „Gulag Orkestar” (2006) i „The Flying Cup Club” (2007). Nowy materiał sytuuje się o półkę niżej. Ale twórczość Zacha Condona zwyczajnie wypada znać – w całości.

Beirut, „MARCH OF THE ZAPOTEC. REALPEOPLE HOLLAND”, Pompeii Records/Sonic