Mało które nazwisko wywołuje ostatnio taką reakcję u kobiet. Na hasło „Fassbender” kinomanki zaczynają nieco głębiej oddychać, a ich oczy zasnuwa mgła rozmarzenia. Bo przecież to ten przystojny robot z „Prometeusza”, romantyczny kochanek z „Jane Eyre”, seksoholik ze „Wstydu”, sadysta ze „Zniewolonego”, a nawet sam Steve Jobs. Krytycy podkreślają, że niewielu aktorów ma w swoim dorobku taką różnorodność ról jak przystojny Irlandczyk – od hollywoodzkich przebojów po niszowe kino niezależne. Producenci wiedzą natomiast, że jego udział nie tylko gwarantuje znakomite rzemiosło, ale jest też magnesem przyciągającym widzów. Michael Fassbender to już marka. 

Mieszkańcy londyńskiego Hackney, gdzie mieszka od 20 lat, widują go natomiast w kilku tych samych kawiarniach i pubach oraz jak biega w dresie po Victoria Park. Sława i rosnące gaże nie przekonały go do porzucenia wschodniego Londynu, gdzie wprowadził się jeszcze jako student, zaraz po przyjeździe z rodzinnej Irlandii. Trudno uwierzyć, że zaledwie siedem lat temu był niemal zupełnie anonimowy. 

 

W malowniczym miasteczku Killarney, w którym dorastał, miejscowi i turyści widywali go w restauracji jego ojca. Po lekcjach pomagał rodzicom w kuchni, ale w każdej wolnej chwili wymykał się, żeby ćwiczyć z kolegą ich przepustkę do sławy: heavymetalowe utwory na dwie gitary i krzyk. Marzenia o pójściu 
w ślady zespołu Metallica pochłaniały ich tak bardzo, że nie zdążyli nawet wymyślić nazwy swojej grupy ani zwerbować perkusisty, bo ich koledzy dorabiali na graniu tradycyjnej muzyki irlandzkiej po pubach jako skrzypkowie lub fleciści. Udało się im jednak przynajmniej raz wystąpić przed publicznością, w knajpie, w porze lunchu. Po kilku minutach poproszono ich, żeby ściszyli sprzęt. A potem jeszcze trochę i jeszcze. Kiedy w końcu zeszli ze sceny, klienci odetchnęli z ulgą, a Michael pognał na próbę sztuki amatorskiego teatru. To dzięki niemu postanowił porzucić muzykę dla aktorstwa.

Zaraz po szkole średniej wyjechał do Londynu, aby studiować w Drama Centre. Nie wytrzymał jednak długo i kiedy tylko dostał rolę w „Trzech siotrach” Czechowa, rzucił naukę. Spektakl objechał cały kraj, a kiedy zespół wrócił do Oksfordu, Michael wylądował na bezrobociu. 

 

Role sceniczne i w telewizyjnych miniserialach przeplatał miesiącami pracy w okolicznych barach. Czasem wpadał teledysk lub udział w reklamie. Nic nie wskazywało na to, że kiedy w wieku 31 lat zagra najpierw spartańskiego wojownika w „300”, a potem Bobby’ego Sandsa w „Głodzie”, cokolwiek się zmieni. Dziś Michael ma wciąż to samo skromne mieszkanie, choć w międzyczasie jego cena poszła w górę dziesięciokrotnie, dzielnica wyładniała i zmienili się prawie wszyscy sąsiedzi. Przynajmniej nikt 
z nich nie prowadzi już ewidencji jego kolejnych narzeczonych, które z biegiem lat są coraz bardziej sławne, choć żadna do tej pory nie wprowadziła się tu na stałe. „Kiedy stajesz się rozpoznawalny, kobiety od razu bardziej się tobą interesują. Uważają, że to, co mówisz, jest fascynujące – choćbyś gadał głupoty. Sprawdziłem to: od kilku lat powtarzam damom te same banały, a ich reakcja na nie dziś jest zupełnie inna niż kiedyś – podsumował to w jednym z wywiadów. – Teraz uważają, że jestem inteligentny i dowcipny, choć kilka lat temu odeszłyby w siną dal po pierwszym zdaniu”. 

W dorobku 38-letniego aktora brakowało dotychczas najbardziej oczywistej przepustki do grona laureatów Oscara: filmu biograficznego. I to właśnie teraz się zmieniło. W najnowszym dziele reżysera Danny’ego Boyle’a Fassbender gra współzałożyciela firmy Apple Steve’a Jobsa. Irlandczyk wcielił się w tę rolę tak przekonująco, że występujący z nim na planie aktorzy czuli się chwilami jak... ofiary mobbingu. Znakomite recenzje zebrał też jego Makbet, który właśnie wszedł na polskie ekrany. Czy któraś z tych ról przyniesie mu wreszcie nominację do statuetki? Jak mówi szekspirowski morderca: „Jeśli to, co ma się stać, stać się musi, niechby przynajmniej stało się niezwłocznie”.