Przestrzega zasad. Zawsze oddzwania. Mówi, że nie ma czasu, ale jak już znajdzie, nie spóźnia się na spotkania. Odkąd studiuje zarządzanie, skrupulatnie wszystko planuje. Przecież nie jest łatwo pogodzić próby w teatrze z zajęciami w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego. Nie marudzi, nie narzeka. Cieszy się, że mnóstwo ludzi go wspiera w marzeniach o własnym teatrze i że produkowane przez niego spektakle cieszą się powodzeniem. Jak „Fredro dla dorosłych mężów i żon” w warszawskim Teatrze Komedia. Ma dużo energii, jest pewny siebie, może trochę zarozumiały. Przychodzi 20 minut wcześniej, żeby w spokoju zjeść śniadanie. Ma pecha, bo ja przyszłam pierwsza. Nie odrywając się od jajecznicy (zamówił dwie), uważnie słucha, co mówię. Jak nie chce, nie odpowiada. Taki rozmówca to wyzwanie.

GALA: Potrafi pan dostrzec drobne przyjemności?

MICHAŁ ŻEBROWSKI: Coraz bardziej doceniam na przykład zdrowe jedzenie. Kiedyś traktowałem je jak barbarzyńca – jak paliwo potrzebne do funkcjonowania. Chciałem zaistnieć jako artysta i tylko to mnie absorbowało. Dziś zacząłem zauważać to, co jem, ale jeszcze sprawia mi przyjemność fakt, że sam mogę zrobić coś do jedzenia drugiej osobie. Mało to oryginalne wyznanie, ale odkryłem bardzo zmysłowy, nowy etap życia.

GALA: W dorastaniu przyjemne jest to, że z wiekiem człowiek mniej się napina...

M.Ż.: Zauważyłem, że coraz więcej ludzi się do mnie uśmiecha i sprawia mi to przyjemność. Daje poczucie, że może jednak nie do końca jestem zarozumiałym głupcem.

GALA: Kiedyś pan tak o sobie myślał?

M.Ż.: Mam taką manierę: jestem po prostu zamyślony, dosyć dumny i chmurny. Ludzie mieli poczucie, że traktuję ich z dystansem. To absolutnie błędne rozumowanie i zawsze było mi przykro z tego powodu.

GALA: I trochę pan odpuścił. Teraz czerpie pan radość z prostych rzeczy, jak np. wypicie dobrej kawy w fajnej kawiarni.

M.Ż.: Teraz piję kawę tam, gdzie chcę i z kim chcę. Nie tracę czasu na spotkania z przypadkowymi ludźmi, z którymi nic mnie nie łączy. Już wiem, że nie przynosi to żadnych korzyści, poza stratą czasu i nerwów.

GALA: Zaczął pan cenić jakość?

M.Ż.: Nie stać mnie na rzeczy tanie. Mam niewiele rzeczy osobistych, ale zazwyczaj spełniają dwa kryteria: podobają mi się i są gatunkowo dobre. Zauważyłem, że jak na czymś zaoszczędzę, to potem dwa razy do tego dokładam. To czysta kalkulacja.

GALA: Widział pan film „W pogoni za szczęściem”? Bohater – Will Smith – lat 35, opuszcza go żona, traci mieszkanie, z 6-letnim synkiem śpi w noclegowni dla bezdomnych, ale w ciągu dnia walczy o wymarzoną pracę. Kiedy udaje mu się, mówi: „Szczęście to przemijający stan w porównaniu z niezależnością”.

M.Ż.: Wydaje mi się, że można osiągnąć taki stan, kiedy człowiek niczego już się nie boi. Nie boi się rozmowy z Panem Bogiem, bo wie, że każdy z nas odchodzi, a przychodzą następni. Nie boi się, że popełnił w życiu błędy, których żałuje, bo rozumie, że tak miało być. Ten stan wymaga wieloletniego wysiłku. Na komfort, że w życiu robisz to, co chcesz, musisz najpierw zapracować.

GALA: Czyli jednak najważniejsza jest wolność wyboru, niezależność.

M.Ż.: Zawsze jesteśmy zależni od kogoś, od czegoś. Bardzo chciałbym być zależny od drugiej osoby, od dzieci, od rodziny. Takie „ograniczenia” dają prawdziwą wolność. Świat bez barier jest chaosem.

GALA: Pan nie ma jeszcze ani dzieci, ani rodziny. Przypadek czy wybór?

M.Ż.: I jedno, i drugie. Pewnie każdy człowiek prędzej czy później rozumie, że na złe decyzje szkoda tracić czas. Jak coś nie wychodzi, lepiej się wycofać i spróbować później, jeszcze raz. Kiedy na siłę chcemy coś w życiu ułożyć, rzadko nam się udaje.

GALA: Pan był dzieckiem spolegliwym czy zaczepnym?

M.Ż.: Zawsze wbrew regułom, zadziorny, zdecydowanie na „nie”. Ja jestem z tzw. porządnej rodziny, nie mylić z dobrą. Porządna, czyli z jasnymi zasadami i twardymi regułami. Proszę sobie wyobrazić młodego człowieka, który ma kondycję sportowca, a jednocześnie wrażliwość siedemnastolatka wygrywającego konkursy recytatorskie. Miałem kompletny magiel w głowie! Rodzice bardzo nade mną pracowali, jak byłem mały. Chyba pragnęli od razu mi pokazać, że rzeczy, które dziecku wydają się niewygodne, w dorosłym życiu mogą bardzo pomagać. Tłumaczyli, że nie mogę robić tylko tego, co chcę, bo to, co chcę, nie zawsze jest mądre.

GALA: Pamięta pan, czego wtedy pragnął najbardziej?

M.Ż.: (śmiech) Całować się z dziewczynami i mówić wiersze. Wbrew wszystkiemu ciągnęło mnie do robienia tego, co chcę. Opuściłem dom, jak miałem 18 lat. To znaczy trochę tam pomieszkiwałem, ale od matury byłem samodzielny. Zapracowałem na czynsz pierwszego wynajętego mieszkania. Rodzice nigdy mnie nie finansowali. Dziś moich siostrzeńców studentów namawiam, żeby nie tracili czasu na imprezy, tylko postawili na naukę. Mówię, że będą mieli jeszcze dużo czasu, żeby się bawić. Za własne pieniądze. Wtedy poczują się mężczyznami.

GALA: Pan sobie poradził...

M.Ż.: Z pomocą mądrych ludzi, których spotykam. Mają talent, śmiałość i energię osób przedsiębiorczych i romantycznych jednocześnie. Wzbudzają moją ciekawość, uznanie. Przy nich sam staram się być lepszy, niż jestem w rzeczywistości. To są po prostu ludzie niezepsuci.

GALA: Niezepsuci przez...?

 

M.Ż.: Głupotę i lenistwo. Większość młodych zatrzymuje się na etapie „ustawiania się w życiu”. Kolekcjonują mieszkania, domy, samochody, zastanawiając się, czy w stosunku do kolegów nie wypadają źle. Cały czas się porównują. Moi przyjaciele należą do ludzi, o których się mówi, że najpierw widzą człowieka, a dopiero potem jego ubranie.

GALA: Jako aktor jest pan skazany na porównania.

M.Ż.: Mnie z innymi porównuje rynek.

GALA: I jak pan wypada?

M.Ż.: Poszedłem na studia zarządzania, żeby prawa rynku lepiej poznać i zrozumieć. Mam ambicje przedsiębiorcze związane ze sztuką. Jestem przekonany, że to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Moi profesorowie są świadomi tego, kim jest artysta i jakie są kryteria jego wartości i przydatności w dzisiejszym świecie.

GALA: I jakie są te kryteria?

M.Ż.: Za dużo zapłaciłem za te studia, żeby teraz dzielić się wiedzą na łamach prasy.

GALA: Dostanie pan dyplom, znajdzie odpowiedni budynek i stworzy własny teatr, tak? Mówił pan, że o tym marzy.

M.Ż.: To nie jest sprawa dyplomu, tylko potwierdzenia, że moje poglądy na funkcjonowanie sztuki w biznesie i biznesu w sztuce są zgodne z kryteriami w nowoczesnym świecie. Uważam, że sztuka powinna być komercyjna. Można „robić teatr” w różnych warunkach. Teatr to ludzie i przedstawienia, a nie sprawa konkretnego budynku. Kiedy nie ma wodza artystycznego, najpiękniejszy budynek zda się na nic. Kultura i sztuka nie są luksusem, ale naszą koniecznością.

GALA: Dużo w panu pewności siebie.

M.Ż.: Bo nie podlegam fabrycznym rygorom. W Polsce aktorzy naprawdę bardzo ciężko pracują. Jednak ta praca nie zawsze przynosi im satysfakcję, na jaką pozwala ich talent. Są popularni, zaczepiani na ulicy, coraz bogatsi. I często marzą, żeby mieć okazję udowodnić, że rzeczywiście są dobrymi aktorami. Praca producenta to dziesięciokrotnie większy zakres obowiązków. Za to satysfakcja po premierze jest trzykrotnie większa. Pracuję z wybitnymi artystami. Czasami za kulisami chciałbym ich poprosić, żeby się nie rozpadli na pół ze zmęczenia. Mam głębokie uznanie dla ich wysiłku. Ale sam też chciałbym usłyszeć: nie rozpadnij się.

GALA: Najważniejsze, że w serialach, sitcomach czy reklamach aktorzy mogą dobrze zarobić. Kto chce, korzysta. Jedna ze zdobyczy demokracji, prawo wyboru. Pokolenie naszych rodziców tej przyjemności nie miało.

M.Ż.: Wszyscy mieli tak samo. Wczasy w Bułgarii, papierosy Carmen, samochód na talon, M4, wizyty u dentysty, który borował zęba, jednocześnie pedałując prawą nogą, żeby zwiększyć obroty borownicy (śmiech). Ale myślę, że ich i nasza młodość jest w pewnym sensie tym samym. Dla nich Syrenka, Wartburg czy Trabant były tym, czym dla nas dzisiejsze luksusowe auta. Kiedyś wieczorem jechałem swoim samochodem wyperfumowany na randkę. Pomyślałem, że przypominam wujka Zdziśka sprzed 30 lat. Miałem wtedy może 3–4 lata i pamiętam, jak wsiadał do najnowszego modelu Trabanta. Odbajerowany, uśmiechnięty, pod krawatem ruszał na spotkanie ukochanej. Trzydzieści lat później takim wujkiem Zdziśkiem byłem ja.