Jadę na ślub. Rzecz o tyle niezwykła, że po czterdziestce jeżdżę głównie na party rozwodowe, ewentualnie pogrzeby zmarłych nagle na zawał kolegów. Rzecz tym bardziej rzadka, że jadę do Bilbao, siedziby władz Kraju Basków, ojczyzny ETA, zarodka separatyzmu europejskiego, kolebki języka euskadi, którego nie rozumie w najmniejszym stopniu wykształcona w Katedrze Studiów Iberyjskich Uniwersytetu Warszawskiego iberystka. Ja. Rzecz także zaskakująca w sensie obyczajowym, bo wybrankiem serca mojego przybranego kuzyna Michała Znanieckiego jest erudyta, wybitny znawca statystyki biznesowej i ekonometrii, muzyk, akordeonista, nowy dyrektor artystyczny Opery w Bilbao – Jon Paul Laka. Mężczyzna.

Michał Znaniecki jest reżyserem operowym i teatralnym. Jest także synem zmarłej niedawno aktorki Wandy Koczeskiej. Jest warszawiakiem, byłym studentem wydziału wiedzy o teatrze, fanem zespołu Republika, dandysem, przystojniakiem, wizjonerem opery, obywatelem świata, gejem. Znam go od liceum, bo siostra jego mamy Laura, jego przybrana matka, jest moją macochą od 33 lat. Michał zawsze mnie fascynował i zawsze miałam podejrzenia, że jego  sposobem na życie jest uwodzenie ludzi, z którymi pracuje. Jego charyzmatyczna osobowość sprawia, że bywa niebezpieczny. Ludzie nie potrafią mu odmówić. Ludzie robią dla niego wszystko. On zna i czuje tylko operę i teatr. Reszta to koszta własne.

Gdy wyjechał na studia do Włoch, w Polsce zaczynała się demokracja. Michał dusił się w warszawskiej PWST. Pragnął rozmachu, humanizmu, który nie dba o granice i historyczność. W Polsce pewnie zostałby drugi, trzeci po medialnych Trelińskich, Warlikowskich, mistrzach. Na świecie granice wyznacza sobie sam. Straciłam z nim kontakt, ale nie przestałam o nim myśleć, również dlatego, że od zawsze jest dla mnie najbardziej pewnym siebie i dumnym ze swojej męskości facetem, jakiego znam. Teraz jadę spotkać się z nim na jego ślubie.

Dumny bask

Bilbao to piękne i dziwne miasto. Zbudowane wokół portu, postindustrialne, bardzo europejskie, ale też bardzo osobne. Kiedyś zaniedbane, brudne, z okropnym krajobrazem opuszczonych stoczni nad Zatoką Biskajską. Dzisiaj nad ujściem rzeki Nervión (oraz Ibaizabal) dumnie puszy się Muzeum Guggenheima, a architekci tej miary co Frank Gehry, Norman Foster czy Santiago Calatrava podpisują się pod najważniejszymi obiektami architektonicznymi stolicy Kraju Basków.

Idziemy do Guggenheima na wystawę rysunków i akwareli Egona Schiele, którego uwielbiam. Pytam JP (tak nazywają Jona Paula Lakę jego krewni i przyjaciele): „Czy niepodległość jest dla was, Basków, wciąż ważna?”. „Tak, ale chcemy integracji, nie izolacji – mówi. – Co nam po niepodległości, jeśli jej konsekwencją mają być sankcje gospodarcze? Katalonia powiedziała: »Chcemy, razem z Hiszpanią, pozostać w Unii Europejskiej«. My myślimy podobnie. Euskadi to naród, język, kultura, historia i tożsamość. Gdy byłem mały, rodzice, w grupie kilkunastu osób, stworzyli dla mnie i moich pięciorga sióstr i braci szkołę, która uczyła w języku baskijskim. Musieliśmy uważać, nasza edukacja była nielegalna. Nie mogliśmy pokazać, że uczymy się z podręczników w euskadi. Dzisiaj mówimy po baskijsku, w baskijskim czytasz drogowskazy i informacje w budynku opery. Za granicą, na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie pisałem doktorat, czy w Rosji, gdzie realizuję sporo projektów muzycznych, jestem po prostu Hiszpanem i nie mam z tym problemu. Ale tutaj jestem Baskiem. Nie jesteśmy odszczepieńcami, chcemy tylko być sobą”. Michał nie mówi po baskijsku. Zaczął od nauki hiszpańskiego, żeby na ślubie móc w pełni świadomie powiedzieć: „Si, quiero”. Baskijski będzie nowym wyzwaniem, ale to już w podróży poślubnej...

Jon Paul Laka to jednostka niezwykła, znana postać w Bilbao i jeden z niewielu ludzi na tej Ziemi, którym udało się rozwinąć równolegle dwa talenty dane mu w genach. Ma 48 lat. Jest utalentowanym muzykiem, który pochodzi z muzycznej rodziny (tata – inżynier budowlany i baryton, cała szóstka dzieci skończyła szkoły muzyczne), akordeonistą, który po raz pierwszy przyjechał do Polski w 1992 roku z zespołem akordeonistów występujących na poznańskiej Malcie. JP jest również wybitnym ekonomistą, wykładowcą na najlepszym uniwersytecie ekonomicznym w Hiszpanii. Jego specjalizacja to marketing i market research.

Jego profesor z Uniwersytetu Ekono-micznego w Bilbao José Luis Narvaiza mówi: „W mojej 40-letniej karierze zdarzali się bardzo zdolni uczniowie, ale JP był bez wątpienia moim najbardziej utalentowanym studentem. Poznałem go w dziwny sposób, jeszcze na roku przygotowawczym. Usłyszałem, że ktoś gwiżdże arię Królowej Nocy Mozarta tak czysto, że dźwięk brzmiał jak z płyty. Zapamiętałem tego młodego chłopaka, który rok później pojawił się na moich zajęciach. Pamiętam, jak w niezwykły sposób chłonął wiedzę, właściwie wdychał ją, a gdy wypuszczał powietrze, można było być pewnym, że ma już gotowe zaskakujące wnioski, gotową syntezę tego wszystkiego, co zostało mu przedstawione”.

Co na to rodzina?

Ciekawa jestem, jak przywiązana do tradycji i konserwatywna rodzina JP przyjęła jego homoseksualizm. „Bracia i siostry nigdy nie mieli z tym problemu. Dla naszego pokolenia to już normalność. Ale z rodzicami długo było źle – mówi JP. – Pomogli mi moi przyjaciele, geje, którzy są od lat przyjaciółmi naszej rodziny. Moi rodzice musieli wykonać ogromną pracę nad własnymi emocjami, nie tracąc z oczu tego, co dla każdego rodzica jest najważniejsze: szczęścia swojego dziecka”.

 

„Paradoksalnie pomogli nam hiszpańscy i baskijscy politycy – dodaje Michał Znaniecki. – Szczególnie ostatni przechył na prawo i wybór konserwatywnej partii PP na partię rządzącą w Hiszpanii był ciekawym wydarzeniem. Małżeństwa homoseksualne są w Hiszpanii zawierane od ośmiu lat i przestały być dla kogokolwiek sensacją. Ale PP postanowiła zaskarżyć ustawę o małżeństwach jednopłciowych do Trybunału Stanu. To był papierek lakmusowy dla sytuacji społecznej w kraju: niektórzy prominentni politycy konserwatywni okazali się homoseksualistami, którzy porzucili swoje żony (a prawie wszyscy je mieli, ja również miałem dziewczyny do 24. roku życia) i od lat żyją w legalnych małżeńskich związkach homoseksualnych. Opór społeczny wobec zmian (powrotu do przeszłości) był tak wielki, że projekt wylądował w koszu. Hiszpania już nigdy nie będzie homofobiczna. Pamiętam, gdy mama JP zadzwoniła do mnie z tą wiadomością. Była naprawdę wzruszona. Powiedziała wtedy, że nie będzie się musiała wstydzić przed sąsiadkami, że jej syn żyje bez ślubu! W polskim urzędzie stanu cywilnego argument, że »nie chcę żyć w grzechu, bez ślubu« powodował zamieszanie i wielką przychylność, ale prawo polskie nie przewiduje formularza: on i on”.

Miłość jak piorun

„Jak się poznaliście?” – pytam. Na moich oczach JP wyraźnie się rozkleja. „Na premierze »Latającego Holendra« Wagnera, sześć lat temu, tutaj, w operze w Bilbao. Zakochałem się w Michale od pierwszego wejrzenia. Potem nastąpił długi taniec wzajemnych zaczepek i uników. Michał jest bardzo zamknięty, to raczej ja szybko pozbyłem się wątpliwości i dzisiaj też traktuję naszą relację bardzo prosto: kocham go, cała reszta jest nieważna”.

„Nie cierpię Wagnera. Tamtego wie-czora ważny był tylko JP – mówi Michał. – Mój związek z JP, tak jak moje poprzednie związki, przypomina libretto »Zamku księcia Sinobrodego«. Kto chce poznać Sinobrodego, musi otworzyć kolejnych siedem komnat. Za każdymi drzwiami kryje się sekret i Sinobrody broni do nich dostępu. JP otworzył je wszystkie i nie uciekł, chociaż nie zamierzam go więzić, tak jak Sinobrody Judytę. Dla mnie w związku zawsze najważniejsza jest wolność. Zresztą to słowo mam wygrawerowane na obrączce”.

Na kolacji ślubnej rodzina Jona śpiewała baskijską pieśń o dzikim ptaku, któremu można obciąć skrzydła i zamknąć w klatce, aby móc go mieć blisko i kochać. Ale wtedy przestaje być dzikim ptakiem. Piosenkę dedykowano Michałowi.

A dla mnie, przybysza z Polski, kraju bojówkarza Artura Zawiszy i posła Górskiego, który kazałby rodzić swojej zgwałconej żonie, ślub dwóch mężczyzn to jednak wydarzenie. Na uroczystości spodziewam się krępującego milczenia, zastanawiam się, czy pojawią się niezręczności. Nic takiego nie następuje.

Przed wejściem do XVIII-wiecznego ratusza w Bilbao, urządzonego z nieprawdopodobnym przepychem, w stylu mauretańskim, siostrzenice pana młodego z Warszawy rozdają krówki ciągutki ze specjalnie wydrukowanym logo: MZ & JPL. Gadżetów jest więcej: czarne parasole z podobnym logo (w Bilbao prawie zawsze pada, nawet kloszardzi chodzą z parasolami) i specjalne plakietki, które wszyscy przypinamy do sukienek i marynarek. Wnętrze zachwyca już klatką schodową wiodącą na piętro do głównej sali z charakterystycznymi łukami kolumienek, które rozdzielają ją na główną nawę i dwa skrzydła. Gromadzimy się licznie, a pani sędzia rozpoczyna przemowę w trzech językach: po angielsku, hiszpańsku i baskijsku.

„Chcę wam obu zadedykować wiersz, na który natknęłam się ostatnio, czytając listy Kurta Weilla do Lotte Lenyi – mówi. – Ten wiersz ma tytuł »Speak low« i dzięki Billie Holiday tych parę strof stało się nieśmiertelnych. Chcę, żebyście pamiętali, że związek to przede wszystkim lekcja wyrozumiałości i cierpliwości dla drugiego człowieka. Wiem, że nie zawsze o nią łatwo, ale wiem też, że jesteście dojrzałymi ludźmi i że w waszej decyzji nie ma przypadku, więc zrozumiecie, co chcę wam przekazać. »Mów łagodnie, gdy na Twych ustach jest miłość. Letni dzień uschnie i odejdzie zbyt szybko, zbyt szybko. Mów łagodnie, gdy na Twych ustach jest miłość. Nasza chwila jest krótka, jak statki na morzu, sztormy nas rozdzielą, zbyt szybko, zbyt szybko. Mów łagodnie, kochanie, mów łagodnie. Miłość jest iskrą, która ginie w ciemności, zbyt szybko, zbyt szybko«”.

Ukradkiem wycierane łzy

Ta chwila w ratuszu w Bilbao przełamuje wszelkie stereotypy. Wielu z nas wychodzi, ocierając ukradkiem łzy. Rozchodzimy się na dwie godziny, by spotkać się znowu w słynnym Teatro Euskalduna i obejrzeć operę „Król Roger” Karola Szymanowskiego w reżyserii Michała Znanieckiego. Jest tydzień po premierze, więc w prasie hiszpańskiej ukazały się już pierwsze recenzje. „Jakie?” – pytam Zosię Dowjat, od 12 lat asystentkę Michała. „Dobre i bardzo dobre, jedna entuzjastyczna, jedna złośliwa, tak »po polsku«” – śmieje się. Realizacje Michała są przyjmowane dobrze właściwie na całym świecie oprócz Polski. Najgorsze recenzje miał chyba wtedy, gdy był dyrektorem Teatru Wielkiego w Poznaniu.

To zresztą ciekawe, bo często te same spektakle pokazywane w różnych miejscach są odbierane w skrajnie różny sposób. Na przykład „Oniegin” Michała, fatalnie przyjęty w Krakowie, dostał w Hiszpanii nagrodę za najlepszy spektakl operowy 2011 roku. Nagrodę przyznawała kapituła kilkunastu krytyków teatralnych, której na pewno nie można oskarżyć o nadmierną łagodność, szczególnie wobec nie-Hiszpana...

„Król Roger” jest tak prosty i czysty, że sama, choć w analizie dzieł operowychjestem amatorką, widzę ciekawą ewolucję w pracy Michała. Zachwyca scenogra-fia: jednocześnie monumentalna i bazująca na szczególe, np. w trzecim akcie, gdy największy dramat rozgrywa się na małych ekranikach w ścianie, a rzucane na ścianę przeźrocza przypominają o dzieciństwie Rogera.

„Mariusz Kwiecień (Roger) śpiewa tak, że widać, że zrozumiał, o co chodzi w tej historii. To rzadkie i stanowi o klasie reżysera – mówi Katarzyna Kaczorowska, dziennikarka „Gazety Wrocławskiej”, od dawna przyglądająca się pracy Znanieckiego. – To dzieło Szymanowskiego jest bardzo niejednoznaczne i doczekało się wielu niezrozumiałych, chaotycznych realizacji. Dopiero Znaniecki postawił w tej operze kropkę nad i. Rozpad związku Roksany i Rogera jest spowodowany homoseksualizmem Rogera, a postać Pasterza, charyzmatycznego uwodziciela, miłości, której Roger nigdy nie dostąpi, to symbol nowego porządku, na którego przyjęcie sam Roger nie jest gotowy”.

Czarodziej w operze

 

Pytam Katarzynę Kaczorowską o nie najlepszą prasę Michała w Polsce. „Cóż, zazdrość to silne uczucie – mówi. – Każdy życzyłby sobie tak miękkiego i naturalnego startu w świat opery jak jego. Studia u najlepszych praktyków teatru w Mediolanie, debiut w La Scali, później międzynarodowa kariera. Ale Michał ma oprócz tego coś, co sprawia, że ludzie, którzy dla niego pracują, mogą i chcą dać z siebie wszystko. Jako reportażystka byłam statystką w »Balu maskowym« i »Turandot«. Widziałam, jak Michał rozmawia z ludźmi. Uwodzi wszystkich, od solistów po wózkowego, zna po imieniu większość kilkusetosobowego zespołu. Nie tworzy barier, nie wywyższa się. Od lat współpracuje z genialnym reżyserem światła Bogumiłem Palewiczem i ze scenografem Luigim Scoglio. Rozumieją się bez słów”.

Marzenie - własna wyspa

„Osiądziesz w Hiszpanii?” – pytam Michała. „A skąd, chcemy z JP zostawić Europę” – odpowiada. Jesteśmy już na kolacji w hotelu Carlton, muszki na szyjach panów młodych zostały poluzowane, a soliści po przedstawieniu przygotowują mały występ w ramach prezentu ślubnego: „Brindisi” z „Traviaty” z Mariuszem Kwietniem jako sopranem i trzema tenorami z Hiszpanii. „Może JP w końcu przyjmie ofertę wykładów na Uniwersytecie w Buenos Aires i wtedy będę się w Europie pojawiał rzadko. Chcemy kupić wyspę niedaleko stolicy Argentyny i zrobić na niej festiwal operowy w plenerze” – dodaje Michał. Ale goście weselni, z którymi rozmawiam, nie wierzą w taki scenariusz. Przecież Znaniecki podpisał właśnie wieloletni kontrakt na realizację plenerowych spektakli dla opery w Tel Awiwie. A w Polsce nęci go wciąż Wrocław, Europejska Stolica Kultury 2016, której jest ambasadorem, i Opera Wrocławska, która od lat lubi z nim pracować.

Jedno wydaje się pewne: Michał i JP nie osiądą pod Bilbao w domku z ogródkiem. „Ja to wiem – mówi JP. – Sam sporo podróżuję i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Przez ostatnie sześć lat spotykaliśmy się na różnych kontynentach i chyba tylko raz udało nam się być razem cały miesiąc. Teraz się nic nie zmieni, bo to jest DNA naszego związku. Związku dwóch dorosłych, niezależnych osobowości, które potrzebują swojej przestrzeni, czasu, podróży i ciszy”. „Każde spotkanie jest wydarzeniem, z którego chcemy korzystać, nie tracąc ani sekundy – dodaje Michał. – Ślub daje nam do tego prawo, bez poczucia tymczasowości czy ukrywania się. To ważne”.