Jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie przypuszczał, że Barack Obama zagrozi w wyścigu do Białego Domu Hillary Clinton. I choć demokraci nie wybrali jeszcze swojego kandydata na prezydenta, na politycznej scenie pojawiła się nowa osoba: Michelle Obama. Pierwsi docenili ją czytelnicy amerykańskiego „Playboya”, uznając ją za najseksowniejszą przedstawicielkę świata polityki. Teraz Michelle Obama stale gości na pierwszych stronach dzienników, niedawno pojawiła się nawet na okładce „Newsweeka”. Eksperci porównują Obamów z tandemem Clintonów i zastanawiają się, na ile za sukcesem Baracka Obamy stoi jego żona: błyskotliwa, wykształcona, spełniona zawodowo, bezkompromisowa.

SZCZEROŚĆ CZY STRATEGIA

W przeciwieństwie do Hillary Clinton, która nawet jako First Lady miała własne ambicje polityczne, Michelle Obama stara się pozostawać neutralna. Polityka nigdy nie była jej pasją, choć jest świetnym mówcą i dobrze czuje się na spotkaniach z wyborcami. „To strata czasu” – powiedziała, wywołując sensację. „Chciałam zwrócić uwagę, jak wiele cynizmu kryje się w tej dziedzinie, choć Baracka to nie dotyczy. Zawsze uważałam, że ma on do zaproponowania swoim wyborcom coś wyjątkowego, a nie tylko wyrachowaną grę, która ma pomóc w osiągnięciu władzy” – tłumaczyła się z niefortunnej wypowiedzi. Ale... na tym nie poprzestała. Wkrótce zasłynęła z innych zaskakujących wyznań. „Barack łóżka ścieli nie lepiej niż nasza dziesięcioletnia córka. Rozrzuca skarpetki po całym domu, nigdy nie chowa masła do lodówki. A rano, kiedy się budzi, nasze córki uciekają od niego z krzykiem, kiedy chce je przytulić, bo… niezbyt przyjemnie pachnie” – wypaliła w jednym z wywiadów.

Trudno powiedzieć, czy przedstawianie męża jako zwykłego człowieka, z jego wadami i zaletami, jest celowym założeniem strategii, czy może szczerość Michelle Obamy jest prawdziwa. Jakkolwiek by było, wspiera Baracka w osiągnięciu wymarzonego celu na swój własny, oryginalny sposób. Co ważne, to działa. Michelle przekonuje amerykańskich wyborców, że Obama zna ich problemy, jest odpowiedzialny, godny zaufania i potrafi przyznać się do błędów. „Nie uważam, że należy mojego męża stawiać na cokole i ubóstwiać tylko dlatego, że startuje w wyborach prezydenckich. Ludzie mają własne wyobrażenia, na czym polega rola żony. Ich zdaniem powinnam w ślepy sposób wielbić męża. Mój model jest inny i uważam, że właśnie tak wygląda prawdziwe małżeństwo” – twierdzi kandydatka na First Lady. 

 JAK JACKIE KENNEDY

Dziennikarze często porównują Michelle z żoną zamordowanego prezydenta USA, komplementując jej elegancję i urodę. Ale na tym podobieństwa się kończą. Obama nie jest żoną przy mężu i nie ma zamiaru nią zostać i zrezygnować z kariery. Nawet jeśli na okres kampanii prezydenckiej wycofała się z części obowiązków zawodowych i towarzyszyła mężowi w podróżach po kraju, jej praca – wiceprezesa Klinik Medycznych Uniwersytetu Chicago – jest dla niej ważna. „Mamy z Barackiem dwa oddzielne światy zawodowe. On robi swoje, a ja swoje” – mówi.

Od sławnej Jackie różni ją też pochodzenie. Michelle do wszystkiego doszła sama. Urodziła się w 1964 roku w robotniczej dzielnicy South Side w Chicago. Ojciec, Frasier Robinson, pracował w wodociągach, a mama Marian była sekretarką. Zrezygnowała z pracy, by zajmować się domem, Michelle i jej bratem Craigiem. Liczyła każdego dolara, ale nigdy nie oszczędzała na dzieciach. Wierzyła, że wykształcenie zapewni im lepszą przyszłość. „Chcieliśmy, aby potrafi li samodzielnie myśleć i nie bali się stawiać pytania” – stwierdziła w wypowiedzi dla „New Yorkera”. Po skończeniu Whitney M. Young Magnet High School Michelle poszła w ślady starszego brata i dostała się na prestiżowy, konserwatywny Princeton University, gdzie czarnoskórzy studenci to wciąż rzadkość. Jako główny kierunek wybrała socjologię. „Bez względu na to, jak liberalni i otwarci byli niektórzy moi biali profesorowie oraz koledzy, czasami czułam się tam bardzo obco. Jakbym zwiedzała to miejsce, ale do niego nie należała” – wyznała.

Odwołując się do osobistych doświadczeń, napisała pracę magisterską na temat afroamerykańskich absolwentów Princeton oraz przezwyciężania trudności i stereotypów w zdobywaniu dobrze płatnych posad w korporacjach. Potem studiowała w Harvard Law School. W 1988 roku dostała się do firmy prawniczej Sidley and Austin w rodzinnym Chicago. Ponieważ była tam jedyną Afroamerykanką, przydzielono jej ciemnoskórego stażystę, który pojawił się w firmie na letnie praktyki. Stażystą był Barack Obama. Michelle długo odrzucała jego zaproszenia na kolację. „Mężczyzna, którego korzenie są w Kenii, skąd pochodzi jego ojciec, i białej Ameryce z Midwest, skąd pochodzi matka, a wychowywał się na Hawajach, wydawał mi się jakiś dziwny i nie z mojego podwórka” – wspomina. Uważała także, że romans koliduje z pracą. Na randkę dała się zaprosić dopiero pod koniec wakacji. Obejrzeli film Spike’a Lee „Do the Right Thing”. Kiedy wiele lat później Barack już jako senator spotkał reżysera, zwierzył mu się: „Wiele ci zawdzięczam”.

DYSKRETNA BROŃ BARACKA

 

Michelle jeszcze długo zachowywała dystans wobec Baracka, który wydawał się jej zbyt czarujący i pewny siebie. Poddała go specjalnemu testowi. Musiał zagrać w kosza z jej bratem, gwiazdą koszykówki, obecnie trenerem drużyny Uniwersytetu Browna. Test wypadł doskonale, lody zostały ostatecznie przełamane. W październiku 1992 roku panna Robinson została panią Obama. Wkrótce za namową męża, początkującego polityka, zrezygnowała z pracy w Sidley and Austin i przyjęła posadę w biurze burmistrza Chicago. Była to dla niej trudna decyzja: spłacała kredyt zaciągnięty na studia. Z kłopotów finansowych wybrnęła dopiero wtedy, kiedy książka Baracka „The Audacity of Hope” (Zuchwałość nadziei) stała się sukcesem wydawniczym.

Na Uniwersytecie Chicagowskim zajmowała się programami pomocowymi dla studentów. W 2002 r. rozpoczęła pracę na University of Chicago Hospitals (Kliniki Medyczne Uniwersytetu Chicago). Trzy lata później została wiceprezesem do spraw społecznych i relacji zewnętrznych z pensją 275 tys. dolarów rocznie. „Na długo przed pojawieniem się senatora Baracka Obamy świeciła gwiazda Michelle Robinson” – mówi się w jej rodzinnym mieście.

W 1998 roku pojawia się na świecie pierwsza córeczka Malia, trzy lata później Natasha. Zanim w lutym 2007 roku Barack ogłosił oficjalnie swoje przystąpienie do prezydenckiego wyścigu, szczegóły ustalił z żoną. W małżeństwie Obamów on jest marzycielem, ona decyduje o wydatkach. Michelle doskonale zdawała sobie sprawę, jakiej rewolucji może się spodziewać cała ich rodzina. Wymogła na mężu rzucenie palenia. „Albo się pali, albo chce zostać prezydentem” – stwierdziła. I została jego pierwszym doradcą i krytykiem. Dziewczynkom, pozbawionym obecności rodziców przez wiele miesięcy, obiecano... psa.

SILNA FIRST LADY

Na pierwsze ataki przeciwników politycznych Michelle naraziła się po wiecu w Milwaukee. „Po raz pierwszy w swym dorosłym życiu jestem dumna z Ameryki” – powiedziała z trybuny. Oskarżono ją o brak patriotyzmu. Po deklaracji w Delaware: „Jako Murzynka z South Side w Chicago nie powinnam być w Princeton. Nie miałam nawet marzyć o Harvardzie. I nie miałam się pojawić także tutaj, jako być może kolejna pierwsza dama Stanów Zjednoczonych”, zarzucano jej granie na emocjach związanych z rasizmem. A słowa: „Pieczenie ciasteczek nie jest moją specjalnością”, potraktowano jako feministyczne wyznanie. Ale wbrew wszystkiemu Michelle próbuje pozostać sobą. Intuicyjnie wyczuwa nastroje, zna problemy kobiet. Zwłaszcza tych, które próbują łączyć rolę matki z pracą. „Powiem wam szczerze, że teraz myślę tylko o tym, czy kiedy wrócę do domu, moje córeczki będą już spały. Mam nadzieję, że uda mi się poczytać im na dobranoc” – powiedziała wyborcom na kolejnym wiecu. I podbiła ich serca. „Jest ode mnie inteligentniejsza, bardziej bezkompromisowa, ale jednocześnie czarująca” – wyznał Barack. Odwdzięczyła mu się: „Skoro taki mężczyzna potrafi zarządzać silną kobietą jak ja, będzie doskonałym prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Czy uda im się przekonać o tym Amerykanów?