Hollywood pogodziło się z jej decyzją. Po premierze "Białego oleandra" w 2002 roku Michelle Pfeiffer zniknęła z ekranu. Nie dlatego, że brakowało kolejnych propozycji. Poprzednie produkcje: "Sam" i "Co kryje prawda?", sprawiły, że mogła przebierać w scenariuszach. Wybrała tylko jeden. Podłożyła głos w kreskówce "Sindbad: Legenda siedmiu mórz". "Zrobiłam to dla dzieci. One uwielbiają filmy animowane. Wcześniej nic im nie powiedziałam, były kompletnie zaskoczone, kiedy Eris, moja bohaterka, zaczęła mówić głosem mamy" - tłumaczyła. Jej rozstanie z Hollywood potrwało pięć lat. Teraz Michelle Pfeiffer oglądamy w aż trzech kasowych produkcjach. W remake'u musicalu "Lakier do włosów", filmie fantasy "Gwiezdny pył" i komedii romantycznej "Nigdy nie będę twoja" (w Polsce od 9.11). Wciąż jednak nie wyjaśniła, dlaczego zniknęła na tak długo.

"Zmęczyło ją tempo życia w Hollywood" - twierdzą obserwatorzy show-biznesu. Pfeiffer narzekała, że ciągła presja zawodowa nie wpływa dobrze na jej życie prywatne. "Chciałam być dla rodziny. A przez długi czas było na odwrót. Czułam, że to oni, moje dzieci i mąż, są dla mnie. Mogłam liczyć na ich wsparcie, ale nie byłam w stanie zagwarantować im tego samego. To źle świadczyło o mnie jako żonie i matce" - mówiła. Mediom takie wytłumaczenie jednak nie wystarczyło. Przecież była na szczycie, trzy razy nominowano ją do Oscara. "Dużo ryzykowała. Taka ucieczka od pracy mogła oznaczać tylko jedno - zawodową śmierć. Albo jest się na szczycie, albo można zapomnieć o pierwszych stronach gazet. To zamknięte koło" - opowiadał były agent gwiazdy. W tym samym wywiadzie przyznał, że kiedy patrzy na jej zdjęcia sprzed 10 lat i obecne, nie widzi żadnej różnicy. To stwierdzenie wywołało kolejną falę domysłów. "Ile zabiegów plastycznych można zrobić przez pięć lat?" - pytały brukowce.

Internauci na forach wymieniali możliwe zabiegi i kwoty, które aktorka miałaby za nie zapłacić. Najczęściej przypisywano gwieździe likwidację zmarszczek na twarzy, korekcję biustu, pośladków i ud oraz zrobienie licówek na zębach. Całkowity koszt operacji według specjalistów zamyka się w kwocie 350 tysięcy dolarów. Czy Pfeiffer wzięła przykład z Demi Moore, dzięki chirurgii odmłodzonej o blisko 20 lat? "To kompletne bzdury. Nie jestem wyznawczynią kultu młodości i piękna i nie byłam u chirurga plastycznego. Może kiedyś przyjdzie taki moment w moim życiu, kiedy stwierdzę, że skalpel może mi pomóc, ale jeszcze nie teraz" - mówiła Michelle Pfeiffer zniecierpliwiona powtarzającymi się doniesieniami. Nie mogła jednak zapomnieć, że to dzięki urodzie znalazła się w hollywoodzkiej pierwszej lidze. Pierwsze serialowe castingi wygrywała nie talentem, ale piękną twarzą i figurą modelki. "Nie mogłam tego zrozumieć. W szkole byłam najbrzydsza w klasie. Nawet nauczycielki mówiły o mnie, że jestem duża i mało dziewczęca" - wspominała. "Nagle, miałam wtedy 17 lat, podszedł do mnie najprzystojniejszy chłopak w szkole i zaprosił na randkę. Od tamtego czasu ludzie zaczęli mówić, że jestem ładna". Michelle przez całą szkołę średnią chciała zostać dziennikarką. Interesowały ją trudne tematy społeczne. Jednak za namową przyjaciółek spróbowała sił w show-biznesie. Pierwsze role nie były spełnieniem marzeń, ale pozwalały jej pozytywnie patrzeć w przyszłość. "Okazało się, że mogę się utrzymać z grania. Niektórzy producenci mówili nawet, że mam szansę przeskoczyć z serialu na duży ekran". Czekała na to trzy lata. W 1982 roku zgłosiła się na casting do drugiej części kultowego musicalu "Grease". Jak wspomina: "bez nadziei na otrzymanie jakiejkolwiek roli". Kiedy weszła do sali, reżyserka Patricia Birch wiedziała, że ma przed sobą odtwórczynię głównej roli. "Ludzie poszliby ją oglądać w kinie, nawet jeśli nie powiedziałaby ani jednego słowa. Jej uroda magnetyzowała, ale nie onieśmielała. Ciągle była typem dziewczyny-kumpla. Takiej, która mogła wygrać każdy konkurs piękności - mówiła o Michelle. - A na dodatek potrafiła śpiewać i tańczyć". Film okazał się sukcesem. Nie pobił co prawda wyników pierwszej części, ale sprawił, że 24-letnia aktorka stała się znana. Dobra passa trwała. Szczęśliwa w małżeństwie z reżyserem Peterem Hortonem mogła planować poważną karierę. Rok później zagrała u boku Ala Pacino w "Człowieku z blizną".

Mądrze dobierała role. Nie chciała zostać zaszufladkowana, a z takim wyglądem producenci widzieli ją tylko w komediach romantycznych. Michelle udowodniła jednak, że jest wszechstronna. Mogła zagrać w thrillerze "Czarownice z Eastwick", a niecały tydzień po skończeniu zdjęć wcielić się w rolę wdowy po gangsterze w komedii "Poślubiona mafii". Jednak takie tempo pracy odbiło się na życiu prywatnym aktorki. Sukcesy Michelle frustrowały jej męża, któremu w Hollywood nie szło tak dobrze. Coraz częściej był kojarzony tylko jako mąż gwiazdy. Michelle próbowała mu pomóc, chciała nawet urodzić dziecko, by scementować związek. Po wielokrotnych próbach ratowania małżeństwa wystąpiła o rozwód. Po rozstaniu rzuciła się w wir pracy. Z tego czasu pochodzą jej najgłośniejsze role: w "Tequila Sunrise" i "Niebezpiecznych związkach". Długo jednak mężczyzn trzymała na dystans. Dopiero aktor Fischer Stevens sprawił, że znowu zaczęła myśleć o założeniu rodziny.

 

Marzyła o dzieciach. Fischer ją wspierał, ale uważał, że jeszcze nie nadszedł właściwy moment. Radził, by korzystać z dobrej passy i skupić się na karierze, a dopiero później planować rodzinną przyszłość. Aktorka wytrzymała z nim trzy lata. Zaraz po rozstaniu złożyła dokumenty w ośrodku adopcyjnym. "Skoro nie mogę znaleźć odpowiedniego faceta, z którym mogłabym mieć dzieci, będę samotną matką. Jestem pewna, że poradzę sobie w tej nowej roli" - oznajmiła. Wtedy jeszcze nie przypuszczała, że jej życie osobiste znowu czekają duże zmiany. Podczas jednej z randek w ciemno, które namiętnie organizowali dla niej znajomi, poznała pisarza i producenta Davida E. Kelleya. "To wcale nie była szalona miłość od pierwszego wejrzenia. Byliśmy chyba na to zbyt nieśmiali. Pocałowaliśmy się dopiero na dziesiątej randce" - wspomina Michelle. Potem jednak wszystko potoczyło się błyskawicznie. David był przy ukochanej, kiedy odbierała adoptowaną córkę Claudię Rose ze szpitala. Pięć miesięcy później wzięli ślub. Niecały rok po ceremonii w sierpniu 1994 roku urodził się ich synek John Henry.

Od tego czasu życie Michelle wyraźnie zwolniło. Miała pewną pozycję w branży. Dołączyła do elitarnego grona "12", do którego wtedy należała Julia Roberts. Oznaczało to co najmniej 12 milionów dolarów za jej podpis pod filmowym kontraktem. W rankingach najpiękniejszych wciąż zdobywała miejsca w pierwszej dziesiątce. "Dzięki Davidowi i dzieciom znowu rozkwitłam. Stałam się w pełni kobietą" - przyznała. Wszystko szło idealnie? Nic bardziej mylnego. Tym razem jednak nie chodziło o mężczyznę. Związek Michelle z Davidem, jak mówią ich przyjaciele, może uchodzić za wzór. Kłopoty zaczęły się z chwilą, kiedy Michelle zaczęła zauważać objawy starzenia się. "Najpierw uwierzyła w najdroższe kuracje kosmetyczne. I mimo że skóra aktorki naprawdę wyglądała dużo młodziej, jej wciąż było mało. Treningi jogi i specjalne zabiegi kosztujące dziesiątki tysięcy dolarów stały się codziennością Michelle" - mówiła bliska znajoma aktorki. Coraz częściej Pfeiffer odrzucała role, które wymagały konfrontacji z młodszymi koleżankami. Następnym krokiem była ucieczka z Hollywood. David znalazł dla nich dom w północnej Kalifornii, gdzie nie byli pod ciągłą obserwacją paparazzich. To również nie pomogło. W końcu Michelle oświadczyła, że zrezygnuje z kariery filmowej.

"Nie uważam, że jestem dobrą aktorką. Mam wrażenie, że wszystkie emocje wyrażam jedną miną" - mówiła kiedyś. Jeden z bardziej znanych amerykańskich terapeutów na zlecenie magazynu "In Touch" przygotował krótką charakterystykę Michelle tłumaczącą jej "emeryturę". "Brak wiary w warsztat spowodował, że uwierzyła, że jej głównym atutem jest uroda. Kiedy zaczęła przemijać, wpadła w panikę", pisał. Prawie pięć lat, które spędziła u boku rodziny z dala od Los Angeles, pozwoliło jej znowu uwierzyć w siebie. Trzy premiery w tym roku są tego najlepszym dowodem. Czy dokonała tego za pomocą skalpela, czy po prostu pogodziła się z przemijaniem, pozostaje jej tajemnicą. Nam pozostaje podziwianie efektu. Olśniewającego.