GALA: Który ze zmysłów masz najbardziej rozwinięty?

MONIKA RICHARDSON: Wzrok. Wszystko widzę, czytam od razu z twarzy. Wystarczy, że popatrzę komuś w oczy i już wiem.

GALA: W oczach Krzysztofa Hulboja, twojego partnera z „Tańca z gwiazdami”, zobaczyłaś...?

MONIKA RICHARDSON: Opiekę. Możliwość zaufania. Obietnicę, że mnie nie zawiedzie, nie podstawi mi nogi. Sam będzie wisiał na jednej nodze, ale mnie nie puści. Zobaczyłam rodzaj energii, w którą wchodzisz i już czujesz się jak pod namiotem. Jest bardzo cienka granica pomiędzy ambicją własną, która cię zżera – muszę, bo się uduszę, a faktem, że w tym meczu gracie razem do jednej bramki. Chociaż wczoraj popłakałam się na treningu i miałam strasznego doła.

GALA: Dlaczego?

MONIKA RICHARDSON: Z bezsilności wobec mojego ciała, z niemocy. Znowu coś mi się nie udało. To fatum. Wystarczy, że pomyślę: skiepścisz to, i to kiepszczę. Mam jakąś słabość i nie udaje mi się z nią wygrać. Rosłam w przekonaniu, że wiek, dojrzałość dodają mądrości, ale nie dodają. Dalej jestem taka głupia, jak byłam, w zachowaniu, w kontaktach międzyludzkich.

GALA: Taniec miał być terapią?

MONIKA RICHARDSON: Mam wizerunek chłodnej pani redaktor. Mężczyźni na mój widok wbijają wzrok w ziemię i zaczynają się jąkać. Ja tak nie chcę. Mam 37 lat i nadal jestem dziewczynką. Nie znoszę, kiedy zakłada mi się sztywny gorset. Chcę się odbrązowić, dlatego nie przejmuję się, gdy zdarza mi się popłakać, skopać Krzysia albo się wściec. Chcę się dogrzebać do siebie, do tego, jaka jestem.

GALA: Jamie przyszedł na trening, bo przeczytał w brytyjskiej prasie, że 30 proc. małżeństw po takim programie się rozpada.

MONIKA RICHARDSON: Poprosiłam go o to, ale nie sądziłam, że przyjdzie naprawdę. Jamie uważa, że nie powinnam tańczyć. Śmieje się, że jestem w tańcu niebezpieczna, bo rzucam kończynami. Przyszedł, zobaczył, jak tańczymy walca, i popatrzył na mnie: „Hmm, nie wiedziałem, że umiesz tak tańczyć!”. W podtekście – szkoda, że nie ze mną. Pogadał z Krzysztofem i trochę się odprężył, ale mam wrażenie, że lekki niepokój mu został.

GALA: To dobrze?

MONIKA RICHARDSON: Tak. Dla mnie „Taniec z gwiazdami” jest jak praca. W pracy przygotowuję się do wywiadu, myślę o tym człowieku, potem siadam naprzeciwko niego i rozmawiam. Przeżywam to co on, myślę tak jak on. Teraz tak jest z Krzysztofem. Równie dobrze mógłby być gejem, niczego by to nie zmieniło. Codziennie dotykamy się, oddychamy do siebie, patrzymy sobie w oczy. Krzyś jest mi teraz najbliższym człowiekiem, bo spędzam z nim więcej czasu niż z własnym mężem. Łatwiej o sukces, jeśli między partnerami jest jakieś napięcie. To pomaga, choć jestem pewna, że źle dawkowane może również przeszkadzać. Dziewczyna Krzysia tańczy w tym programie z innym partnerem. Oboje znają reguły tej gry.

GALA: Czyli znowu wyszło, że w życiu zmysły są ważne.

MONIKA RICHARDSON: Wzrok jest dominujący... Ale zapach też jest ważny.

GALA: Jak pachnie twój maż?

MONIKA RICHARDSON: Świeżo, czystością... Nie jest to szczególnie seksowny zapach, ale Jamie wziął mnie na oczy. Ma niesamowite spojrzenie i w tym tkwi pewne niebezpieczeństwo. Nie jest harcerzem, nie ma figury 16-latka, jest po wypadku, ma zgruchotaną miednicę, więc nie ma w nim poezji, kiedy tańczy albo chodzi. Dla mnie to nie ma znaczenia i nigdy nie miało, więc istnieje ryzyko, że Jamie roztyje się strasznie, a ja nawet tego nie zauważę, bo najważniejsze są jego oczy. Patrzę w nie i wiem, kiedy jest zmęczony, kiedy potrzebuje się przytulić, kiedy jest zły, kiedy mnie pragnie.

GALA: Co ci powiedziały te oczy dziesięć lat temu?

MONIKA RICHARDSON: To samo co dzisiaj rano.

GALA: Czyli?

MONIKA RICHARDSON: Ciągle widzę w jego oczach zachwyt. Myślę, że my właśnie dlatego jesteśmy ze sobą tak mocno związani, że on jest po prostu mną zachwycony non stop, a mnie właśnie tego było w życiu potrzeba. Żeby ktoś codziennie robił: „Wow, jesteś the best, dzisiaj rano jesteś jeszcze piękniejsza niż wczoraj, jesteś najcudowniejszą kobietą, jaką w życiu spotkałem”. I ja mu wierzę, wiem, że on nie kłamie. Nie mam pojęcia, skąd tacy ludzie się biorą, nigdy nie spotkałam drugiego takiego mężczyzny.

GALA: To skąd te plotki o waszym rozwodzie?

MONIKA RICHARDSON: Niektórzy ludzie nie lubią, jak jest dobrze, jak się układa. Kiedy mówisz: „Jestem szczęśliwa”, im zapala się czerwone światło: „Halo, dlaczego ona mówi tak dobrze o swoim życiu?!”. Pewna pani redaktor głośno powiedziała: „Ja wiem, co naprawdę dzieje się w małżeństwie Malcolmów. Oni się rozwodzą”. I to poszło w miasto. Plotka lubi żyć swoim życiem. Nigdy niczego nie dementuję ani nie komentuję, bo to tylko powiększa problem. Pytana o rozwód, odpowiadałam: „Przepraszam, ale nie wiem, o co chodzi”. Najśmieszniejsze było to, że przez jakieś pięć miesięcy mój mąż, który z zasady nie czyta po polsku, nie był świadom, że właśnie przeżywamy straszny kryzys.

GALA: Uświadomiłaś go?

 

MONIKA RICHARDSON: Nie chciałam, żeby ktoś zaskoczył go tą „rewelacją”, i pomyślałam, że może powinien wiedzieć. Był bardzo zdziwiony, mówił: „Daj mi garść szczegółów: masz kogoś czy może ja cię zdradzam?”. Pośmialiśmy się trochę, ale Jamie nie jest starym wygą medialnym jak ja i tak naprawdę martwią go takie rzeczy. Boi się, że jak za parę lat znowu pójdzie w świat, że mamy np. trójkącik, przeczytają to nasze dzieci, teraz jeszcze małe, i już nie będzie zabawnie.

GALA: To może porozmawiajmy o związkach damsko-męskich. Czym cię Jamie zaskoczył?

MONIKA RICHARDSON: Jest strasznie prywatny. Okazuje mi uczucia na każdym kroku, nienawidzi czynić tego publicznie. Nie znosi ekshibicjonizmu. Ma bardzo nisko ustawioną barierę żenowania innych swoją osobą, swoją miłością, emocjami, czymkolwiek. Żadne tam buzi, buzi po wódeczce, żadne przytulanki, chodź, żono, usiądź mi na kolankach. Nic z tych rzeczy, bo przecież obok może siedzieć ktoś, kto się rozwodzi i będzie mu przykro. Jamie nie lubi sprawiać dyskomfortu innym ludziom.

GALA: To różnica temperamentu?

MONIKA RICHARDSON: Odczuwania. U nas jak dostaniesz np. w twarz, no to dostałaś. Mniej lub bardziej cię uszczypnęło, ale starasz się o tym jak najszybciej zapomnieć, dla własnego zdrowia zresztą. Gdybyś wymierzyła policzek Szkotowi, do końca życia żyłby z tym poniżeniem, bo jego ten policzek boli w sercu.

GALA: Szkoci mają więcej godności?

MONIKA RICHARDSON: Nie wiem. Myślę, że my łatwiej potrafimy sobie ze złymi rzeczami psychicznie radzić. Nawet jak mamy dramat pod tytułem: mąż leje, żona pije, powiemy sąsiadce, rodzinie, pójdziemy do kościoła... Może to porównanie z religią nie jest złe? Idziemy do spowiedzi, wyrzucamy to z siebie, dostajemy pokutę, rozgrzeszenie i mamy z bańki. Szkoci są wielkimi samotnikami, często bez Boga. Żyją z tym grzechem, poniżeniem, śmiesznością do końca, bo im nikt nie odpuści. Dlatego jest o wiele mniej przypadkowości w ich zachowaniu. Szkot, Anglik nie mówi tego, co mu akurat przyszło do głowy. Nie wystąpi publicznie, bo go Matka Boska natchnęła, wypił dwa kielonki i hej, słuchajcie, kocham was wszystkich. Nawet jak ma wygłosić mowę przy rodzinnej kolacji, wszystko ma przemyślane, choć stara się wyglądać spontanicznie i na luzie. Ich nie ponosi nastrój, dlatego nam się często wydaje, że...

GALA: Wyspiarze nie są emocjonalni.

MONIKA RICHARDSON: A oni są cholernie emocjonalni. Tyle tylko, że te emocje kanalizują w ten sposób, że dużo wcześniej wszystko przygotowują, planują, żeby to się odbyło z jak najmniejszą szkodą dla drugiego człowieka. Żeby ich zachowania, słów ktoś źle nie zrozumiał, nie odczytał opacznie ich intencji.

GALA: Ale chyba miłości, namiętności nie da się przewidzieć ani zaplanować?

MONIKA RICHARDSON: Kiedy w związku między kobietą a mężczyzną nie padają pewne słowa, nie musimy potem żałować wzajemnego poniżenia. Tego nauczyłam się od Jamiego. Chociaż ostatnio, niestety, puściły mi nerwy i powiedziałam mu: „Kiedyś byłeś takim dobrym ojcem”. Chodziło o to, że lepiej spędzał czas z Tomkiem, naszym synem. Ostatnio dużo pracuje i nie poświęca mu tyle uwagi. Strasznie go te słowa zabolały. „Pierwszy raz od dawna powiedziałaś mi coś takiego” – usłyszałam. „Kiedyś miałaś to w zwyczaju: wszystko albo nic, nienawidzę albo kocham, życie albo śmierć. Wszystko na ekstremach, na najwyższych emocjach. A wystarczyło, gdybyś powiedziała: »Wiem, jak ci zależy na projekcie, nad którym teraz pracujesz, ale spróbuj wyłączyć komputer na 10, 15 minut, kiedy jesteś z Tomkiem. Ty przecież nie chciałaś powiedzieć, że ja jestem złym ojcem«”.

GALA: A chciałaś?

MONIKA RICHARDSON: Nie chciałam. Poniosło mnie. Wiem, że takich rzeczy nie wolno robić na co dzień. Zwłaszcza w takim małżeństwie jak nasze, które spędza ze sobą tylko połowę czasu. Wyjaśnienie tego kosztowało nas bardzo dużo, to była długa i bolesna rozmowa. Nie warto spalać się na odkręcaniu takich nieprzemyślanych wypowiedzi.

GALA: Czy dzieci mogą zniszczyć namiętność w związku?

MONIKA RICHARDSON: Nie dzieci, my sami. Jesteśmy z Jamiem jedenaście lat. Znamy każdy centymetr swojego ciała, a w seksie trzeba być kreatywnym. Jamiemu zależy i to on jest motorem tego, żeby nasze małżeństwo dobrze funkcjonowało. Mam tyle namiętności i emocji w pracy, że gdy wracam do domu, wolałabym, żeby było nudno: pościelmy łóżko, posmyrajmy się za uchem i idźmy spać. Ale to Jamie ma rację. Znam wiele małżeństw, którym najpierw rozsypało się życie erotyczne...

GALA: A skończyło się na rozwodzie.

MONIKA RICHARDSON: Mówili, że brak seksu nie ma w ogóle znaczenia: namiętność nie jest nam potrzebna, jesteśmy przyjaciółmi, świetnie się dogadujemy, razem się zestarzejemy. Guzik prawda. Po roku, po pięciu latach nie ma już czego w takim małżeństwie zbierać ani do czego wracać. Seks to najważniejsza rzecz, która potrafi scalić dwoje ludzi na lata, ale nie wolno odpuścić. Dzieci nie mają z tym nic wspólnego poza tym, że łatwo potem na nie zwalić winę za nieudany związek: byłam zmęczona po porodzie, zestresowana, musiałam w nocy wstawać, karmić, zawozić do szkoły.

GALA: Główna zbrodnia małżeńska?

MONIKA RICHARDSON: Utrata wzajemnego szacunku. Wierzę w to bardzo po moim pierwszym, nieudanym związku. Utrata podziwu dla tej drugiej osoby: Boże, jaki on jest wspaniały! Bo pod jakimś względem każdy z nas jest wspaniały i to nie musi być przez lata ta sama rzecz, ale chodzi o to, żebyśmy umieli ją dostrzec. Jeśli jednak choć raz powiesz o nim, że to jest nikt, że to jest śmieć, to już nigdy więcej nie uwierzysz samej sobie, że ten mężczyzna jest cudowny. Przekroczyłaś granicę. Powiedziałaś o jedno słowo za dużo. Takie słowo może mieć moc klątwy.

GALA: Od czego zwykle się zaczyna?

 

MONIKA RICHARDSON: Od głupstwa. Takiego jak źle ustawiona szczoteczka do zębów. Brak kontroli nad emocjami, poczucie, że możesz bezkarnie powiedzieć wszystko. Eskalacja napięcia, złości i zanim się spostrzeżesz, już go stratowałaś trzy razy. Obserwuję to u siebie. Moja rodzina ze strony mamy jest bardzo emocjonalna, a ze strony ojca chłodna i zdystansowana. Dwa światy. Ani jeden, ani drugi nie jest dobry, ale potencjalnie bardziej katastrofalny w skutkach jest świat emocji. Tego mnie uczy małżeństwo. Czasami lepiej wydawać się nudnym, niż powiedzieć to jedno zdanie za dużo.

GALA: Dużo mówimy o słowach, które mogą zranić, a nie o czynach.

MONIKA RICHARDSON: Może nie tyle o słowach, ile o postawach. Nie jestem zazdrosnym typem, ale Jamie chyba wolałby, żebym była. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że mój mąż co trzy dni wsiada na pokład jumbo jeta jako pan pilot w swoim słynnym mundurze, z dwudziestoletnimi laskami z pięknym biustem i długimi nogami, które o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, żeby sobie przysposobić pilota, z odzysku czy nie, z dziećmi czy bez, to już naprawdę drugorzędne. O nocnych pukaniach do hotelowych drzwi również wiem i kiedyś Jamiemu powiedziałam: „Dopóki będziesz przyjeżdżał do domu, całował mnie w rękę, mówił, że jestem piękna i jedyne, co się w życiu liczy, to fakt, że jesteś ze mną, to ja nie chcę nic wiedzieć. Nie chcę wiedzieć, kto puka, która się uśmiecha, co się stało”. Żadnych spowiedzi.

GALA: Nie boisz się, że odejdzie?

MONIKA RICHARDSON: Najważniejsza jest jego postawa. Kto wie, może czasem warto wciągnąć brzuch na widok atrakcyjnej dwudziestolatki? Przypomnieć sobie, że jest się mężczyzną? A dla mnie liczy się to, żeby on z szacunkiem i przekonaniem wracał do mnie. Żeby się nie zakochał.

GALA: Poznałabyś? Podobno żony dowiadują się o tym ostatnie.

MONIKA RICHARDSON: Natychmiast. Pewnie skończyłoby się na tym, że wydrapałabym oczy rywalce. Jestem w końcu zodiakalnym Bykiem i niedobrze nadepnąć mi na odcisk. Mnie się wydaje, że tworzymy dobrą rodzinę. Kiedy wychodzę z siebie, staję obok i patrzę na nas z dystansem, widzę, że nasz dom to jest świetne miejsce do wzrastania dla moich dzieci i dla mnie. Na pewno walczyłabym, żeby tego nie stracić.

GALA: Co zawdzięczasz mężczyznom?

MONIKA RICHARDSON: Wszystko. Oni sprawiają, że jestem kobietą. Nie potrafiłabym żyć bez mężczyzny. Uwielbiam mężczyzn, ich poczucie humoru, intelekt, ciekawość, łatwość zrzucania z siebie rzeczy, które się nie udały. Nie babrają się w swoich klęskach, co nie oznacza, że o nich nie pamiętają, ale idą dalej. Podoba mi się, że bywają bezbronni, że czasem trzeba ich przytulić. Podoba mi się ich seksualność, ich męskość w pierwotnym znaczeniu. Lubię takie odruchy zagarnięcia kobiety – moja, moja, moja – nad czym nie zawsze potrafią zapanować. Lubię spędzać czas z mężczyznami, rozmawiać z nimi, dowiadywać się, jak traktuje ich życie. Faceci są dla mnie jak pudełko czekoladek. Na którąkolwiek bym trafiła, wiem, że będzie pysznie.