Już na pierwszy rzut oka widać, że ma się do czynienia z kobietą energetyczną, optymistyczną, szczęśliwą. I ta denerwująco nienaganna figura.

„Żadna moja zasługa. Jak się ma przemianę materii kury…” – tłumaczy skromnie matka dwójki dzieci. Monika wstaje codziennie o 7, zawozi dzieci do szkoły.
W cukierni vis-à-vis szkoły Zosi zjada pączka i pije kawę. „To najpiękniejsza chwila dnia”. Potem jedzie do „Zwierciadła”. Swojego drugiego męża, angielskiego pilota Jamiego Malcolma, poznała dzięki Tadeuszowi Sznukowi, który namówił ją, by pojechała na pokazy lotnicze do Dęblina, do Szkoły Orląt z okazji 75-lecia lotnictwa polskiego, i usiłował wyjaśnić, jak samolot utrzymuje się w powietrzu.

W kantynie szkoły robiła wywiady z pilotami z całego świata, w tym z Jamiem (dał pokaz tankowania w powietrzu – najwyższa szkoła jazdy). Do Polski przyleciał przerażony, bo mu powiedzieli, że „to kraj buraków i kapusty”. Poszli do kantyny, gdzie podali mu… buraki i kapustę. Chciał uciekać, ale wcześniej poszli na długi spacer. Dziś uważa, że Polska to kraj fantastycznego jedzenia, że jego żona genialnie gotuje, choć ostatnio ma na to zbyt mało czasu.

GALA: Gdy usłyszałam, że uprawiasz boks, jakby nie było sport walki, pomyślałam: wie, co to garda, lewy sierpowy, worek treningowy, siniaki, ma dziewczyna fantazję.

MONIKA RICHARDSON: Od półtora roku boksuję z dwudziestką chłopa na Warszawiance. Uczy mnie Sebastian, syn słynnego Skrzecza. W boksie fascynuje mnie, że to sport wymagający myślenia. Myśli się o ciosie, który idzie, ale też o tym, który dopiero nastąpi i o trzech następnych. A propos siniaków, na zajęciach wszyscy mniej więcej kojarzą, kim jestem, i domyślają się, że jakby mi oko podbili, raczej nie byłoby fajnie.

GALA: Jesteś waga musza, kogucia, piórkowa? Pewnie ważysz ze 48 kg na 165 cm wzrostu?

MONIKA RICHARDSON: Wzrost się zgadza, waga to 55 kg, tyle samo od dziesięciu lat. Na sparingach dobieramy się wzrostem i wagą. Przecież nie chodzi o to, żeby się pozabijać.

GALA: Więc o co chodzi? Co jest fajnego w boksie?

MONIKA RICHARDSON: To, że robię 30 pompek albo 100 brzuszków i nie mam zadyszki. Że przez 20 minut biegam wokół sali, a potem prowadzę rozmowę bez utraty tchu. O formę chodzi! Jak robiłam telewizję śniadaniową w TVP 2, musiałam zaglądać na portale plotkarskie, a tam nic o mnie. Niestety. Nagle jest! Relacja z gali, ja w cudownej sukience Zienia, zdawało mi się, że wspaniale wyglądałam. Tymczasem czytam komentarze, że beznadziejna, okropna, a sukienka do chrzanu. A na końcu wpis: „Co ona ma za biceps, większy ode mnie” – podpisany męskim nickiem. Przysięgam, to był największy komplement, jaki dostałam w ciągu roku.

GALA: Boksujesz defensywnie?

MONIKA RICHARDSON: A skąd! Agresywnie. Taka moja osobowość. Wybiegam przed orkiestrę.
Od podstawówki, gdy trzeba było się w coś zaangażować, ja już trzymałam rękę w górze, dopiero potem się zastanawiałam, czy to dobrze. Poza tym to był jedyny trening po 21, a ja najpierw muszę położyć dzieci spać, zanim wyjdę z domu.

GALA: Mama całuje 7-letniego Tomka i 3,5-letnią Zosię w czółko na dobranoc i…

MONIKA RICHARDSON: ...dwa razy w tygodniu biegnie „bokserować”, jak się to w ich języku nazywa. Zabierają do zabawy bandaże, które wkładam pod rękawice, i trzeba ich co jakiś czas szukać. To najlepszy gadżet, choć w domu są dwa pokoje zawalone zabawkami po sufi t.

GALA: Jamie też „bokseruje”?

MONIKA RICHARDSON: Nigdy w życiu! Jamie regeneruje się w bezruchu. To kolejna różnica między nami. Mój mąż jest prawie dokładnym moim przeciwieństwem. Dla niego idealny wieczór to leżenie z pilotem w dłoni na kanapie. I z telefonem. Jamie uwielbia gadać przez telefon. Dla mnie rozmowa telefoniczna to: tak, nie, jutro, za 15 minut. On potrafi gadać półtorej godziny o życiu i uczuciach.

GALA: Twój mąż nauczył się polskiego?

MONIKA RICHARDSON: To drażliwy temat. Jego nauczycielką polskiego jest urocza Aneta, świeża mężatka. Jamie uważa, że ja uczyć nie umiem, jestem niemiła, despotyczna i nie ma nic do rzeczy, że wykładałam na uniwersytecie przez dwa lata (inna rzecz, że byłam straszną piłą!). Anetka zaś jest zachwycona, jak on w ogóle usta po polsku otworzy. Jamie uwielbia jej zachwyt. Tylko efekty tych zachwytów są dość mizerne.

GALA: Na długo się ta nauka zapowiada.

MONIKA RICHARDSON: Do końca świata. Jak próbuję narzekać na słabe postępy, jestem znowu ta niedobra, więc się nie wtrącam.

GALA: Półtora roku temu miałaś dwa domy, w Anglii i w Polsce, i dojeżdżałaś na nagrania „Europy...”. A jednak wróciłaś tu z dwójką dzieci i mężem.

 

MONIKA RICHARDSON: Zapomniałaś, że w styczniu 2006 zostałam naczelną „Zwierciadła”. Szybko się okazało, że nie da się być naczelną na odległość, że maile i telefony nie wystarczą. W moim życiu jest tak, że co pewien czas zaczyna mi się „przelewać”. Tak było, gdy z dwójką dzieci przylatywałam do Polski do pracy, ale tak naprawdę nie było mnie ani tu, ani tam. Braliśmy pod uwagę, że przeprowadzimy się z całą rodziną do Warszawy. Pewnego dnia, ku przerażeniu mojego męża, wynajęłam nasz dom we wsi Send. Dokładnie w ciągu dwóch godzin. Gdy wrócił z pracy, właściwie nie mieliśmy gdzie mieszkać.

GALA: I po roku znów miałaś „too much on your plate” – zbyt wiele na talerzu, jak ładnie mówią Anglicy o łapaniu zbyt wielu srok za ogon.

MONIKA RICHARDSON: Znów mi się „przelało”. Tak się rozkręciłam, że Jamie zauważył: „Znam cię 10 lat, ale nigdy tak ciężko nie pracowałaś”. Miał rację. Poszłam do wicedyrektora TVP 2 Jarka Burdka i poprosiłam o urlop zdrowotny. Zrezygnowałam ze wszystkiego oprócz „Europa da się lubić”.

GALA: Psychologowie mówią, że w sprawach damsko-męskich kobiety popełniają największe błędy na poziomie wyboru. Ty zdaje się trafnie wybrałaś, choć dopiero za drugim razem.

MONIKA RICHARDSON: Prawda jest inna. Po trzech latach „dolatywania” do siebie na trasie Warszawa– –Londyn, choć zakochani, byliśmy z Jamiem bliscy podjęcia decyzji o rozstaniu. Bo jak tu się tak męczyć w nieskończoność?

GALA: Wtedy pomógł los, zaszłaś w ciążę.

MONIKA RICHARDSON: To naprawdę nie było planowane. Paradoksalnie, nie tyle pomogło, co załatwiło sprawę. Bo nam w głowach poukładało. Szczególnie mnie.

GALA: Od razu było wiadomo, co jest ważniejsze od ważnego?

MONIKA RICHARDSON: Od razu mi uświadomiło, że to jest ten facet. Wiedziałam, że będzie dobrym ojcem. Wszystkie ambicjonalne i zawodowe obawy, wątpliwości, czy pasujemy do siebie mentalnie, kulturowo, stały się drugorzędne, odpłynęły. Dzisiaj szanujemy fakt, że jesteśmy z różnych światów, nie tylko z różnych branż. Cóż ja wiem o lataniu? Boję się samolotów, nawet na podróż szybowcem nie dałam się namówić. Z kolei cóż Jamie może wiedzieć o telewizji, o mediach? Wchodzi w tłum na bankiecie i od razu chciałby wyjść. Lepiej się czuje z ludźmi mającymi tzw. normalne zawody. Boi się świata celebrytów, wyczuwa jego sztuczność. Ja w nim pływam jak ryba w wodzie, bo mnie bawi i rozczula. Widzę, jak ktoś uprawia gierki, z czym przychodzi, co jest pretekstem, co powodem. Nic mnie nie dziwi. Natomiast on jest ze świata „tak, tak, nie, nie”, ze świata prawdy i honoru, polegania na sobie, zawierzania sobie życia, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. W Anglii ma przyjaciół jeszcze ze szkoły podstawowej, w Polsce tylko znajomych.

GALA: Pamiętam wasz ślub z szablami w szpalerze, który stworzyli koledzy Jamiego, piloci RAF-u.

MONIKA RICHARDSON: Właśnie. Po 16 latach służby w RAF-ie Jamie przeszedł na emeryturę. Dzisiaj pracuje w Virgin Atlantic – prywatnych liniach lotniczych należących do Richarda Bransona. To dla niego spory szok, bo swój prosty, poukładany świat zamienił na komercyjną dżunglę. Już nie ma: możesz na nas polegać, jest: każdy sobie rzepkę skrobie i własnego tyłka pilnuje. Stracił ten komfort i ciężko mu z tym. Ale nie narzeka. Może dlatego, że ze mną ma ręce pełne roboty. Nie zgadzamy się z Jamiem także światopoglądowo. W ogóle się nie zgadzamy, żeby była jasność. Mój mąż to prawicowa konserwa, ja jestem liberalną lewaczką. Oczywiście poza pracą. W godzinach służbowych nie mam żadnych poglądów.

GALA: Ale przecież rozwiódł się dla ciebie, wie, że życie bywa skomplikowane.

MONIKA RICHARDSON: Nie, to ja się rozwiodłam. On miał dwie dziewczyny, z którymi mieszkał po pięć lat. Poznaliśmy się, jak się wyprowadził od tej drugiej. Jest absolutnie prawym człowiekiem, w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa. Natomiast ja jestem ogólnie kopnięta, jak z tym błyskawicznym wynajęciem domu. Ostatnio zadzwoniłam do niego, gdy był na końcu świata, z żalami: „Moja mama w ogóle mnie nie słucha, rozumiesz. Mam do niej ważną sprawę, rozmawiamy, i ona swoje, ja swoje”. A Jamie na to: „To o kim teraz mówisz, bo mnie się wydaje, że o sobie”. Komentarz mojego męża świadczy, że jest głęboko świadomy, z kim ma do czynienia. A jednocześnie nigdy od nikogo nie doznałam takiej miłości i takiego zwykłego ludzkiego ciepła.

GALA: Teraz to ty jesteś u siebie, na swoim, a mąż do rodziny „dolatuje”.

MONIKA RICHARDSON: Po 10 godzinach lotu jumbo jetem z 400 osobami na pokładzie czeka go kolejny check- -in i kolejne dwie godziny do Warszawy. Przeżywa to, co ja przez cztery lata, gdy latałam z dziećmi do Polski. On lata wprawdzie bez dzieci, ale za to przez wszystkie strefy czasowe. Nie ma łatwo! Trzy dni w domu, cztery w pracy, trzy z nami, cztery na końcu świata.

GALA: A jak tata pilot staje w drzwiach...

MONIKA RICHARDSON: ...następuje kompletne emocjonalne szaleństwo, krzyki, wchodzenie na głowę. Dzieci są w stanie amoku, na Tomku nie mogę wymóc odrobienia lekcji. Dzień na straty. Dopiero nazajutrz się wszystko uspokaja. W takim rytmie trzy na cztery uczymy się żyć. Niestety, dodatkowe loty męczą. Jamie jest naprawdę wykończony. Boję się, że mu się odechce tej Polski. Dlatego za miesiąc lecimy w kilkudniową podróż, żeby sobie spokojnie pogadać o naszych sprawach.

GALA: Na Bora-Bora, Malediwy, Seszele?

MONIKA RICHARDSON: To bez znaczenia, bo i tak zamkniemy się w hotelu albo na plaży i będziemy gadać na umór, korzystając z wolności. Bo z dzieciakami byłoby ciężko.

GALA: One zostają z…

 

MONIKA RICHARDSON: ...fantastyczną nianią Elą, byłą nazaretanką. Może z Wrocławia przyjedzie moja ciocia albo mama? Albo zlituje się tata ze swoją żoną Laurą, która pomaga mi, gdy tylko ma przerwę w pracy.

GALA: Mieszkacie we własnym domu?

MONIKA RICHARDSON: Nie, mieszkamy w mieszkaniu, na które wzięliśmy kredyt, i budujemy dom, na który również wzięliśmy kredyt. Podobnie jak ziemię, na której stanie dom, też mamy na kredyt. Na dom w Anglii, teraz wynajęty, też wzięliśmy kredyt. Jak miliony innych małżeństw jesteśmy zadłużeni po uszy.

GALA: Jak widzisz swoją przyszłość?

MONIKA RICHARDSON: Najbardziej w Polsce. Dlatego się martwię, bo gdyby się okazało, że Jamie tak dłużej nie chce żyć, że to „być albo nie być” naszego małżeństwa, ja oczywiście wyjadę. I na pewno będę nieszczęśliwa, już to ćwiczyliśmy. Pamiętam, że gdy wróciliśmy z Anglii do Polski, po dwóch miesiącach Jamie powiedział: „Ja cię nigdy nie widziałem takiej szczęśliwej, tutaj jesteś innym człowiekiem”. Nie mówię, że w Anglii byłam nieszczęśliwa, raczej przytłumiona, zgaszona. Spada mi poziom euforii, reaguję automatycznie, bo jestem dobra w systematyczności. Mobilizują mnie dzieci, bo przy nich trzeba trzymać fason. Jedno wiem na pewno: nie chcę, by moje dzieci wychowywały się w rozwiedzionym związku. Sama z takiego pochodzę, Jamie też ma rozwiedzionych rodziców i też nie chce. Tutaj mamy jasność. Chcemy zawalczyć o siebie, o rodzinę. Niech będzie że trochę dziwna, ale jednak szczęśliwa.

GALA: Ale wyrzekniesz się Polski, jak się okaże…

MONIKA RICHARDSON: ...że on nie daje rady. Tak. Jeśli miałoby się tak stać. Ale po co o tym myśleć? Dzisiaj dajemy radę. A ja łatwo się nie poddaję.