To był rok Chrisa Martina i jego COLDPLAY. Płytą „Viva la Vida or Death and All His Friends” mąż aktorki Gwyneth Paltrow z kolegami udowodnili, że w 2008 roku to oni rządzili europejskim show-biznesem. To oni są teraz wzorcem metra dla tysięcy młodych muzyków na całym świecie, po raz pierwszy mam też wrażenie, że porównania Coldplay do U2 czy Radiohead naprawdę nie są przesadzone. Poza tym to był rok powrotów. Nie zawsze udanych. O ile z bardzo dobrej strony pokazali się legendarni Australijczycy z AC/DC i Anglicy z OASIS – kilkanaście lat temu uznawani za następców The Beatles, o tyle najbardziej oczekiwany powrót – po 15 latach! – Guns N’Roses okazał się wielką klapą. Nie zachwyciła Metallica i jej „Death Magnetic”. Ze świetnej strony pokazał się za to JACK WHITE – najpierw nagrał świetną płytę z The Raconteurs, potem zaś w duecie z Alicią Keys błysnął piosenką do nowego Bonda.

Debiut roku? W Ameryce objawiła się seksowna KATY PERRY, w Europie namieszała ADELE ADKINS! Jej nagrana w wieku 19 lat płyta („19”), a zwłaszcza pochodzący z niej przebój „Chasing Pavements” znamionują wielki talent i niezwykłą wrażliwość. Wprawdzie lepsze publicity miała w tym roku jej największa konkurentka – DUFFY, ale jestem przekonany, że w niedalekiej przyszłości to właśnie Adele zajmie w show-biznesie miejsce coraz bardziej zatracającej się w rzeczywistości AMY WINEHOUSE. Przypadek (czy też raczej upadek) Amy to zresztą najsmutniejsze wydarzenie ostatnich miesięcy. Artystki o takim potencjale rodzą się pewnie raz na dekadę.

Jak zawsze nie zawiódł SIGUR RÓS, choć tu można mówić o niespodziance. Dotąd znakiem firmowym Islandczyków były oniryczne pasaże dźwiękowe, muzyka „nie z tej planety”, teraz – przynajmniej w pierwszej części nowego materiału – to już prawie rock’n’roll! Zaskoczeniem jest też nowa płyta STEREOLAB. Brytyjczycy odeszli od awangardowych eksperymentów i nagrali album z piosenkami. Prostymi, choć niebanalnymi.

W POLSCE głośno było o nieprzeciętnych kobietach. MARIA PESZEK i jej „Maria Awaria” przyczyniły się do nadwątlenia kolejnego – seksualnego – tabu. KASIA NOSOWSKA udowodniła, że można „zjeść ciastko i mieć ciastko”, a więc śpiewać teksty Osieckiej nowocześnie i „bez mizdrzenia się”, a przy tym z szacunkiem dla tradycji. Mężczyźni z LAO CHE wystrzelili tym razem płytą nie mniej zaskakującą niż ta o Powstaniu Warszawskim sprzed trzech lat. Concept album „Gospel” to płyta o wierze i religii. Rewelacyjnie wymyślona i zagrana, z mądrymi tekstami – choć o żadnym nadęciu nie ma tu mowy. Nie mam wątpliwości, że w tej chwili to najbardziej kreatywni i niesztampowi artyści w polskiej muzyce. I oby więcej takich, bo na tle świata wciąż wypadamy mizernie.