Od dawna było to nasze marzenie – zobaczyć na żywo Cirque du Soleil – podobno najlepszy musical, spektakl, cyrk i show w jednym. Musical „O” wystawiany jest w „wypasionym” hotelu Bellagio. Ruszamy zatem z Hollywood... autem, za oknem mijając pustynne, amerykańskie krajobrazy. Zapada noc. Cisza i pusto, i sennie się robi. Nagle przed oczami wyrasta z tej pustyni jak fatamorgana coś niewiarygodnie świecącego, kolorowego, głośnego, absurdalnego, bo nawet bez zapowiedzi. Postawiona jak scenografia, jak wybryk – planeta Las Vegas. Wita nas statua wolności, sfinks i piramida, złoty lew, wieża Eiffla, fontanny, światła i tłumy ludzi. Kicz czy dzieło sztuki? Tutaj granice się zacierają, bo wszystko jest niby żartem, a jednak dopieszczone w każdym detalu. W kasynach nie wiadomo, czy to dzień, czy noc – od rana w powietrzu delikatnie wisi zapach cygar, papierosów i alkoholu. Sztuczne nieba na sklepieniach, nawet w galeriach handlowych – to jest jakiś komiks ;-) – a my z Michałem bohaterowie, ale jednak nie z tej bajki.

Ze wspomnień kasynowych zostaną nam tylko zdjęcia, bo nie mieliśmy pojęcia, który guzik wcisnąć, by chociaż jakiś jednoręki bandyta z nami zawalczył. Wrażenie robią tańczące fontanny przed Bellagio, ale już mniejsze wrażenie robi Presley, który pokazuje ci język, jak go fotografujesz za darmo. Niektóre wnętrza są piękne, wybitni architekci, bajkowe ogrody... a poza tym kult pieniądza wokół. Tam się tylko wydaje, a my wydaliśmy raz a dobrze na Cirque du Soleil. Mistrzostwo pod każdym względem ze wspaniałą muzyką na żywo. Po spektaklu długo nie mogliśmy ochłonąć, a miasto nam w tym uparcie pomagało.

Żona swojego męża

Głównym pretekstem wyjazdu do Kalifornii było zaproszenie Michała na międzynarodowe targi muzyczne NAMM Show. Dostał on propozycję współpracy z amerykańską firmą DW, jednym z największych producentów perkusji na świecie. Była to również znakomita okazja, żeby poznać szefów tej firmy i zwiedzić fabrykę, w której będzie produkowany specjalny zestaw dla niego. Czuł się zdecydowanie w swoim żywiole, choć nie powiem, żebym jako osoba towarzysząca mężowi nudziła się... Mnóstwo ciekawych wydarzeń wokół, koncerty wspaniałych muzyków, prezentacje najnowszych instrumentów, wykłady związane z produkcją muzyki itd... Percepcja wysiadała. Po całym dniu spędzonym w wypełnionych dźwiękami halach można było na szczęście odetchnąć w kalifornijskim klimacie ze znajomymi. Była to też możliwość nawiązania kontaktów i spotkania wybitnych osobowości takich jak John „JR” Robinson (współpracował m.in. z Quincy Jonesem, Herbie Hancockiem, Michaelem Jacksonem) czy perkusistą grupy Red Hot Chili Peppers – Chadem Smithem, w dość ekscentrycznym stroju księdza. Fajnie być nieznaną żoną Miśka, tak, tego świetnego bębniarza z Polski – bo tak o Michale mówiono.

Znikająca rakieta

Michał odkrył, że podczas naszego pobytu na Florydzie odbędzie się ostatni start wahadłowca Discovery. Próbowaliśmy kupić bilety na to wydarzenie zawczasu, ale nie było szans. Kierowani nadzieją udaliśmy się jednak w stronę Centrum NASA... Nadzieją, że start rakiety będzie widoczny i słyszalny nawet z większej odległości. Nie my jedni... Przylądek Canaveral na Florydzie był już „obstawiony”. Leżaki, koce, gromady świętujących ludzi z lornetkami – taki widok ciągnął się przez kilkanaście kilometrów. Nie poddawaliśmy się jednak i w upalnym słońcu przesuwaliśmy się powoli w korkach. Emocje podsycało radio z najświeższymi wiadomościami dotyczącymi załogi i szczegółów lotu na międzynarodową stację kosmiczną.

Na miejsce dotarliśmy w ostatniej chwili. Zaczęło się odliczanie. Chłopaki podekscytowani. Nawet nam z Anią się to udzieliło. Napięcie rośnie... i ... już po wszystkim ;-). Następnego dnia już na spokojnie zwiedziliśmy całe Kennedy Space Center, ale przyznam, że po atrakcjach z Epcot w Disney World, nie robiło to już dużego wrażenia. Nie zawsze warto być aż tak „górnolotnym”, chociaż męska część naszej wycieczki była zachwycona ;-)

Pokolorowany świat

 

Dopiero jak wyjechaliśmy, poczułam, jak bardzo było mi to potrzebne. Choć może łatwiej zostawić codzienność, gdy jest w nieładzie – a mam wrażenie, że właśnie w takim stanie było zarówno moje życie, jak i psychika. Po śmierci Taty zatopiłam się w pracę zawodową, dzieci, obowiązki domowe i wiem, że to pewnego rodzaju ucieczka, ale też terapia. Bycie komuś potrzebnym leczy z egoizmu, bólu po stracie, ale nie sposób wyłączyć myślenia i odczuwania tęsknoty. Nie ma prawdziwej ucieczki – trzeba przez to przejść i z tym być. Choć zawsze byłam samodzielna, to poczułam się rzucona w dorosłość i odcięta od naturalnego poczucia bezpieczeństwa. Naturalnego, bo takie właśnie jest uczucie, gdy mamy jeszcze rodziców. Innymi słowy, dopóki mamy rodziców, mamy prawo czuć się dziećmi. I może właśnie chęć powrotu do świata dzieciństwa przyciągnęła nas na Florydę. Miami, Orlando... a tam niezwykły Disney World z myślą o naszych dzieciach. Gdy miałam sześć lat, zabrał mnie tam mój Tata. A my wykorzystaliśmy ferie zimowe, by podładować akumulatory. Byliśmy spragnieni słońca, beztroski i odpoczynku. Plaża na Florydzie jest urocza, miejscami bardzo szeroka. Piękny jest kolor morza i oceanu. Dzieci skoncentrowały na sobie naszą uwagę w stu procentach. Patrzyliśmy na wszystko ich oczami, nie tylko, gdy malowały specjalnymi kredkami na szybach. Czy zdziecinnieliśmy choć trochę? Bardzo.

Nasza Kalifornia

Minęło już osiem lat od przygody naszego życia, jaką niewątpliwie było studiowanie w Musicians Institute w Hollywood. Ten beztroski i twórczy czas, muzyczne odkrywanie siebie na nowo, weryfikacja własnego warsztatu zaowocowały wieloma zmianami w poejściu do muzyki i do naszej pracy. Spędziliśmy tam ponad trzy miesiące. Jasio miał dwa latka, a rodzice postanowili zabawić się w studentów. Wynajęliśmy mieszkanie na Orange Drive, tuż przy Hollywood Blvd., gdzie mieściła się nasza szkoła. Piękny chiński dom, w którym mieszkaliśmy, wywołał duży sentyment, gdy zobaczyliśmy go po latach. W zasadzie do Hollywood pojechaliśmy specjalnie po to... by powspominać. Przeszliśmy się ulubionymi ulicami: Sunset, Melrose, pojechaliśmy na Santa Monica. Najważniejsze były jednak odwiedziny naszej szkoły. Łza się zakręciła. Spotkaliśmy naszych wykładowców, zobaczyliśmy, jakie zmiany zaszły, m.in. że doszedł nowy budynek. Przeszłam przez korytarz, po którego dwóch stronach są „ćwiczeniówki” wokalne, gdzie studenci się rozśpiewują. Z dwóch sal wybiegli za mną nauczyciele, którzy mnie rozpoznali. Moi ulubieni – Masta i Mama O. Nie mogliśmy się nagadać, a pozostawieni w salach studenci już się niepokoili. Dumnie wręczyłam im ostatnią płytę „CoMix” i wymieniliśmy się kontaktami. Może też zaowocuje to jakąś współpracą tak jak w przypadku instruktora gitary, naszego przyjaciela Scotta Parkera, z którym współpracowałam już przy moich dwóch poprzednich płytach.

Wierzę w nas

Nasza podróż poślubna (Natalii i Michała – dop. red.) była właśnie na Florydę. 11 lat temu, zanim pojawiły się dzieci, postanowiliśmy bezkarnie poczuć się dziećmi chyba po raz ostatni. Obiecaliśmy sobie wtedy, że kiedyś przyjedziemy tu całą rodziną. Tak się złożyło, że ta podróż wypadła akurat na naszą rocznicę ślubu. Kiedyś prosiliśmy, by pamiątkowe zdjęcia zrobili nam przechodnie, tym razem mieliśmy osobistych, małych fotografów. To niewiarygodne, ile rzeczy się zdarzyło od tamtego czasu. Jestem chyba najbardziej przekornie wybraną wokalistką do piosenki „Wierność jest nudna”.

Sny się spełniają

Pięć parków Disney Resort do przejścia w tydzień. Ktoś może pomyśli, że nie do wytrzymania, że ile można...? Otóż, można bez końca. Jedna z najfajniejszych rozrywek dla rodzin z dziećmi. Wszyscy usatysfakcjonowani. Atrakcje się nie kończą i cały czas zapierają dech w piersiach. Magic Kingdom – najstarszy park z najpopularniejszymi postaciami z bajek Disneya i zabawami z nimi, Epcot, w którym można przejść przez miniatury ważnych miast świata, a przy okazji wiele edukacyjnych, geograficznych i kosmicznych atrakcji, Animal Kingdom – odpoczynek i zabawa w zieleni, i wszystko związane z przyrodą, zwierzętami, przygodowe safari... Wreszcie Disney Downtown – zakupy, spektakle i restauracje. Trudno opisać, co zrobiło największe wrażenie, ale nawet patrząc na zdjęcia, widzi się, że chyba wpisaliśmy się w obraz z amerykańskich roześmianych reklam i to zupełnie niechcący.

Jak fajnie patrzeć na łzy wzruszenia Ani obserwującej paradę postaci z bajek śpiewających, że sny się spełniają. Albo widzieć błysk w oku Jasia i ekscytację w drodze na rollercoaster czy wypieki na policzkach Ani fotografującej się z księżniczkami. Gdy dzieci zasypiały nam na rękach wykończone liczbą atrakcji, czuliśmy, że są szczęśliwe. Wrażenia i zapierające dech w piersiach detale disneyowskich scenografii-utrwalaliśmy na zdjęciach, a dzieci dawały wy- raz swoim przeżyciom w rysunkach, które powstawały w każdej wolnej chwili. Ale nasze prywatne, wewnętrzne twarde dyski zarejestrowały i tak znacznie więcej.