Prywatnie Natalia w niczym nie przypomina seksbomby spoglądającej na mnie z okładki jej debiutanckiej płyty. Filigranowa, szczupła i bez makijażu, wygląda na nie więcej niż 16 lat. Jako córka założyciela Softbanku i prezesa funduszu inwestycyjnego G.N.A. może być spokojna o przyszłość. Ona jednak woli sama się o nią zatroszczyć. I zawsze stawia na swoim. Gdy tylko skończyła studia, bez żalu zrezygnowała z opłacanego przez tatę nowojorskiego apartamentu. Przeniosła się do ukochanego do Los Angeles, zaczęła uczyć śpiewu i tańca. Wszystko zmieniło się, kiedy jej piosenka „Power of Attraction” znalazła się na 24. miejscu w rankingu
najlepszych utworów amerykańskiego „Billboard Magazine”. Skazana na sukces? Nie każda debiutantka zgarnia sprzed nosa nagrodę zespołowi Feel. I nie każda zostaje „namaszczona” przez samą Céline Dion.

GALA: Ustalmy na początku, gdzie mieszkasz – w USA czy w Polsce?

NATALIA LESZ: Trzy miesiące temu wróciłam do Polski po 12 latach w Ameryce. Wyjechałam tam zupełnie sama i zostałam.

GALA: Rodzice nie protestowali?

N.L.: Chyba nie zostawiłam im wyboru. To był klasyczny szantaż emocjonalny.

GALA: Powiedziałaś: „Albo mnie puścicie, albo coś sobie zrobię”?

N.L.: Mniej więcej. Tak.

GALA: Dlaczego chciałaś wyjechać?

N.L.: Przez lata byłam wzorową uczennicą, przewodniczącą klasy, świetną baletnicą. Ale gdy miałam 15 lat, pewne sprawy się skomplikowały, nawarstwiły. Zaczęłam lekko wariować i po prostu poczułam, że muszę coś zrobić ze swoim życiem, dokonać zmian. Buntowałam się, bo brakowało mi autorytetów, uwagi, ciepła. Miałam problemy z samą sobą, nie potrafiłam dogadać się z rodzicami.

GALA: Prowadziłaś z nimi wojnę?

N.L.: Nie potrafiłam. Choć moi rodzice są naprawdę fajnymi ludźmi, jednak mnie  nie rozumieli. W związku z tym miałam wiele złych emocji, które z czasem obróciły się przeciwko mnie.

GALA: Ktoś z twojego otoczenia zorientował się, że dzieje się z tobą coś złego?

N.L.: Rodzice, a potem jeden z moich nauczycieli. Wtedy sama już nie wiedziałam, czy to ja zwariowałam, czy oni. Miałam poczucie, że muszę jak najszybciej odciąć pępowinę. Zamknęłam się w sobie, buntowałam przeciwko
nakazom, straciłam apetyt.

GALA: Kto ci pomógł? Psycholog?

N.L.: Moje doświadczenia z psychologami wspominam jako makabryczne. Psycholodzy bardziej mi chyba zaszkodzili, niż pomogli. Nie wiem, jak jest teraz, ale naście lat temu w Polsce niewiele było wiadomo na temat chorób „duszy”. Diagnoza była uproszczona do hasła „problemy okresu dorastania”. Pamiętam lekarkę, która kompletnie nie rozumiała powagi sytuacji. Jej zdaniem wystarczyło delikwentowi założyć kaftan bezpieczeństwa, podać odpowiednie środki farmaceutyczne, żeby wszystko wróciło do normy. I pomyśleć, że do takiej osoby po pomoc zwracali się zdesperowani rodzice...

GALA: Jednak udało ci się wrócić do zdrowia.

N.L.: Trwało to prawie trzy lata. Na szczęście w Stanach poznałam ludzi, którzy mieli do tej sytuacji zupełnie inne podejście.

GALA: Chorowałaś na anoreksję?

N.L.: Nie wiem. Dziś trudno określić, czy to była anoreksja, czy depresja, czy po prostu bunt wobec wszystkiego i wszystkich. Strasznie cierpiałam, przez chorobę nie mogłam też złapać normalnego kontaktu z ludźmi.

GALA: Wyjazd z kraju, opuszczenie domu to trudna decyzja. Nie żałowałaś?

N.L.: Nie, to było moje szczęście w nieszczęściu. Prędzej czy później i tak wykonałabym ten ruch. Marzyłam o tym, żeby się usamodzielnić. Poza tym chciałam do perfekcji opanować angielski.

GALA: W USA byłaś zupełnie sama. I chcesz powiedzieć, że nie tęskniłaś?

N.L.: W dniu wyjazdu, gdy rozstawałam się z rodzicami, bardzo płakałam. Miałam poczucie winy, bo oni byli w strasznym stanie, wyrywali sobie włosy z głowy. Ale wiedziałam, że muszę od nich odejść. Prawda jest taka, że i oni, i ja jesteśmy szczęśliwsi, gdy przebywamy osobno.

GALA: Bardzo smutne jest to, co mówisz.

N.L.: Ale prawdziwe, i wszyscy w rodzinie zdajemy sobie z tego sprawę. Wracając do twojego pytania, w Nowym Jorku, gdzie zamieszkałam, zamiast tęsknić, skupiłam się na dwóch zadaniach: skończeniu szkoły średniej, a potem uniwersytetu z jak najlepszymi wynikami. Moje dni były bliźniaczo do siebie podobne: szkoła–dom, szkoła–dom. Gdy inni szli do klubu, ja wolałam się położyć, żeby rano być wypoczęta i móc działać.

GALA: Przecież od czasu do czasu wychodziłaś, z kimś się spotykałaś. Musiałaś nawiązać przyjaźnie, choćby w szkole?

N.L.: Kolegowałam się z pewną Szwedką, Jako jedyne Europejki w liceum stanowiłyśmy naturalny duet. Na uniwersytecie o przyjaźnie było dużo trudniej, bo tam – dla odmiany – byłam jedyną Europejką wśród 60 przyjętych na 2600 zdających do prestiżowej Tisch School of the Arts na New York University. Studiowałam na wydziale wokalno- aktorskim. Panuje tam niezwykle silna konkurencja. Może dlatego między studentami było wiele zawiści. Amerykanie wściekali się, gdy dostawałam rolę, bo nie mieściło im się w głowie, że „obca” z akcentem jest od nich lepsza.

GALA: Uodporniłaś się wtedy na krytykę? Teraz, gdy czytasz w internecie, że należysz do bananowej młodzieży, że za twoją karierą stoi tata milioner, nie robi to już na tobie wrażenia?

 

N.L.: Nie mogę ciągle dokładać samej sobie za to, że mój ojciec był kiedyś szefem dużej firmy. To, że tata załatwia mi wszystko, słyszę od dziecka. Powinnam się do tego przyzwyczaić. I przed wydaniem debiutanckiej płyty zastanawiałam się nawet, czy nie lepiej byłoby zmienić nazwisko. Ostatecznie tego jednak nie zrobiłam, bo po co? Patrycja Markowska przeszła podobną drogę. Czy to kolejna „córka tatusia”? Nie, po prostu ma talent. Ale kłamałabym,
gdybym powiedziała, że komentarze w internecie nie robią na mnie wrażenia. Niektóre są jednak tak absurdalne, że jedynie mnie śmieszą. Jak ten, że tata
załatwił mi występ przed Céline Dion.

GALA: Jak było naprawdę?

N.L.: Po moim koncercie w klubie studenckim w Krakowie podszedł do mnie ktoś
z agencji organizującej spektakl Céline Dion i spytał, czy nie zechciałabym przed nią zaśpiewać. Po trzech tygodniach powiedziano mi, że zostałam wybrana przez management artystki spośród kilku kandydatek z Polski. Byłam w wielkim szoku. Podobnie jak wtedy, gdy w Opolu odbierałam Superjedynkę. Nawet o niej nie marzyłam.

GALA: Czujesz, że zasłużyłaś na sukces?

N.L.: Tak, bo wbrew temu, co sądzą ludzie, przez wiele lat bardzo ciężko na niego pracowałam. Mam też za sobą całkiem niezłe doświadczenia. Otwierałam
koncerty Miki (jego hit „Grace Kelly” zajmował pierwsze miejsca na listach przebojów w Wielkiej Brytanii – przyp. red.). Po drugie, wydałam naprawdę bardzo dobrą płytę. Współpracowałam z wyjątkowymi ludźmi. Czuję się odpowiedzialna za każdy dźwięk. Po trzecie, moja piosenka „Power of Attraction” trafiła na 24. miejsce na liście prestiżowego amerykańskiego „Billboard.

GALA: Teraz, kiedy udało ci się zaistnieć, pozwalasz sobie na chwilę oddechu?

N.L.: Lubię się dobrze bawić. Czasami muszę się potem leczyć przez następnych kilka dni...

GALA: Co to znaczy? Bierzesz narkotyki?

N.L.: Miałam okazje, by spróbować, ale narkotyki mnie przerażają. Po pierwszych doświadczeniach stwierdziłam, że branie ich jest bez sensu. Wolę inne sporty ekstremalne.

GALA: Niebezpieczne związki?

N.L.: Nie, wysiłek fizyczny. Uwielbiam mocny trening. Niebezpieczne związki są już za mną, taką mam nadzieję. Był moment, że nie za dobrze traktowałam samą siebie. Eksperymentowałam z miłością. Szukałam jej nie tam, gdzie trzeba. I byłam z nieodpowiednią osobą, w złym czasie i złym miejscu. Tylko po to, żeby choć przez chwilę nie czuć się samotna. Wycofałam się z tego związku. Ale dopiero kiedy napisałam o nim piosenkę „Stranger”, poczułam, że to rozdział zamknięty. W ogóle tworzenie tekstów to mój sposób na poprawę samopoczucia i nastroju. Wolę to od psychologów.

GALA: Teraz jesteś z kimś związana?

N.L.: Jestem z pewnym bardzo utalentowanym muzykiem. Najprawdopodobniej
zobaczysz nas razem na…

GALA: Ślubnym kobiercu?

N.L.: Nie, na scenie. Wkrótce przyjeżdża do Polski. Jeśli dostaniemy się do Sopotu, to najprawdopodobniej na keyboardzie będzie grał właśnie mój ukochany. A ze ślubem nie mam ochoty się spieszyć. Przeciwnie – odstrasza
mnie to.

GALA: Dlatego swego czasu odrzuciłaś oświadczyny Mariusza Maksa Kolonki?

N.L.: To prawda, stanowiliśmy z Mariuszem parę, ale nie przypominam sobie, by ktokolwiek się komukolwiek oświadczał.

GALA: Nie dość, że odniosłaś sukces, to jeszcze szczęśliwie się zakochałaś. Wierzysz, że zawsze już będzie dobrze?

N.L.: Myślę, że nie zawsze, ale mam nadzieję, że okres autodestrukcji jest już za mną. Teraz, jeśli nawet się buntuję, to robię to mądrze.