Karierę Natalii ciężko do czegokolwiek porównać. Przede wszystkim pełno w niej paradoksów. Stała się bohaterką tabloidów, jeszcze zanim publiczność nauczyła się poprawnie wymawiać jej nazwisko. Towarzyszy jej opinia skandalistki, mimo że sama nie wywołała nigdy najmniejszego skandalu. Dla wielu krytyków to, jak śpiewa, ma często drugorzędne znaczenie. Gdy pojawiła się na rynku ze swoją debiutancką płytą, zarzucono jej, że to ojciec – założyciel i akcjonariusz firmy informatycznej Softbank SA (37. miejsce w rankingu 100 najbogatszych Polaków 2001 roku według tygodnika „Wprost”) – załatwił jej karierę. Gdy w Opolu niespodziewanie wygrała z zespołem Feel i zdobyła Superjedynkę za debiut roku, pojawiła się plotka, że 90 proc. wysłanych SMS-ów pochodziło tylko z trzech numerów telefonu. Gdy wystąpiła przed Céline Dion i zakwalifikowała się na festiwal w Sopocie, pytano: „Ile to wszystko kosztowało?”. Czara goryczy przelała się podczas festiwalu w Sopocie. Robert Kozyra, prezes Radia ZET, bezlitośnie skrytykował jej występ, twierdząc, że o karierze, zwłaszcza za granicą, może zapomnieć, bo „nie potrafi śpiewać”! Dzięki temu z dnia na dzień Natalia stała się niemal wrogiem publicznym nr 1. W ciągu kilku miesięcy polski show-biznes zaoferował jej to, co wielu innych artystów przeżywa w ciągu kilkudziesięciu lat. I można być pewnym, że to jeszcze nie koniec tej historii. Natalia właśnie pojawiła się w „Tańcu z gwiazdami”.

GALA: Na początku powinnam ci chyba pogratulować. Bo mało która debiutantka od razu trafia na pierwsze strony gazet. Nawet naczelnej polskiej skandalistce Dodzie zajęło to kilka lat. Tobie udało się zaraz po wydaniu płyty.

NATALIA LESZ: To prawda, na brak zainteresowania nie mogę ostatnio narzekać.

GALA: Spodziewałaś się, że wywołasz aż takie emocje?

NATALIA LESZ: Nie, bo we własnym mniemaniu jestem osobą wyjątkowo spokojną i mało kontrowersyjną. Nie czuję potrzeby, by zwracać na siebie uwagę. Dlatego gdy idę na prywatkę lub do klubu, jestem jak kameleon. Nie wyróżniam się z tłumu, tylko się w niego wtapiam. Jeżeli rzucam brzydkimi słowami, robię to wśród swoich znajomych, a nie wtedy, kiedy udzielam wywiadu. Nie wywołuję sensacji, nie robię scen, nie upijam się publicznie. Nie potrafię wzbudzać kontrowersji swoim zachowaniem. I nie lubię skandali.

GALA: W show-biznesie akurat nie jest to zaleta, lecz wada.

NATALIA LESZ: Wiem, że to działa na moją niekorzyść. Gdybym była inna, gdybym potrafiła manipulować mediami, pewnie posłuchałabym ludzi, choćby z agencji PR-owej, którzy mieli różne koncepcje na to, jak powinnam być promowana.

GALA: Jakie to były koncepcje?

NATALIA LESZ: Jeden z pomysłów był taki, aby pokazać mnie jako polską Paris Hilton, ponieważ pochodzę z zamożnej rodziny. Nie zgodziłam się. Nie chciałam też udawać jakiegoś Kopciuszka, który całe życie szorował podłogi. Bo stawiam na prawdę. Wiem, że jedyne, co potrafię, to być szczera. Wobec siebie i wobec innych. A że jest to nudne z punktu widzenia marketingowego czy PR-owego?

GALA: Szczerość jest nie tylko nudna, ale i wymaga odporności. Masz ją?

NATALIA LESZ: Oj, tak. Od naszej poprzedniej rozmowy minęły zaledwie trzy miesiące, a ja już mam o wiele grubszą skórę niż wtedy. I szczerze mówiąc, mimo mojego wieku dopiero teraz poczułam się naprawdę silną laską. Bo co nas nie zabije, to nas wzmocni.

GALA: Ataki sprawiły, że wierzysz w siebie jeszcze bardziej niż do tej pory?

NATALIA LESZ: Gdybyś zadała mi to pytanie pięć lat temu, odpowiedziałabym, że oczywiście. Ale potem poszłabym do pokoju, spojrzała w lustro i do swojego odbicia powiedziałabym: „Stara, co ty wygadujesz? Przecież wcale w siebie nie wierzysz i dlatego przeżywasz najmniejszy nawet przytyk”. Ale dzisiaj jest już inaczej. I dlatego każdą krytykę traktuję nie jako atak, ale jak lekcję, z której mogę wyciągnąć wnioski i czegoś się nauczyć.

GALA: Czego nauczyłaś się, gdy przeczytałaś, że to ojcu zawdzięczasz nagrodę za debiut w Opolu?

NATALIA LESZ: Dotarło do mnie, jak wielką potęgą są media.

GALA: Jak w ogóle na to zareagowałaś?

NATALIA LESZ: Byłam zszokowana i sfrustrowana.

GALA: Jak w tej sytuacji odnalazł się twój tata?

NATALIA LESZ: Jak każdy mężczyzna, nie powiedział do końca, co czuje. Bo facet musi być przecież dzielny i wszystko przyjmować z honorem. Ale wiem, że on to bardzo przeżywa i smutno mi z tego powodu. Chyba nie przypuszczał, że codziennie będzie musiał czytać o swojej córce na Pudelku. Zresztą ja też nie, bo bardziej grzecznej i cichej dziewczyny ode mnie chyba nie ma. Gdyby któryś z dziennikarzy zadał sobie trud i prześledził, jak mój tata, krok po kroku, dorabiał się swoich pieniędzy, zrozumiałby, że to nie jest żaden szemrany pan biznesmen ze znanym nazwiskiem, tylko człowiek, który do wszystkiego dochodził w sposób uczciwy. I pewnie właśnie dlatego nieraz dostał po głowie i dużo stracił.

GALA: Ale może to was do siebie zbliżyło?

NATALIA LESZ: Na pewno oboje mamy do siebie większy szacunek. I mimo woli łapię się na tym, że go bronię. Kiedyś tego nie robiłam. Było raczej odwrotnie.

GALA: Dlaczego po publikacjach dotyczących Opola nie poszłaś do sądu?

 

NATALIA LESZ: W pierwszej chwili chciałam to zrobić, ale potem uznałam, że po pierwsze, nie chcę się zniżać do tego poziomu, a po drugie, walka z mediami to śmierć. Poza tym gdybym miała reagować na każdą plotkę, nie miałabym czasu wziąć prysznica ani pójść do toalety.

GALA: Ale jeśli poddajesz się bez walki, to trochę tak, jakbyś godziła się na to, że każdy może cię opluć…

NATALIA LESZ: Mogę reagować, gdy krytyka jest merytoryczna. Ale jeśli jest to cios poniżej pasa, uważam, że taka szarpanina nie ma sensu.

GALA: Czy ocenę jury w Sopocie odebrałaś jako cios poniżej pasa?

NATALIA LESZ: Do wypowiedzi pani Małgorzaty Walewskiej, à propos tego, że mam za chude nogi, nawet trudno jest mi się ustosunkować. A jeśli chodzi o słowa pana Kozyry, że nie mam głosu, nie potrafię śpiewać i nigdy nie zrobię kariery, to wypowiedzi internautów świadczą o tym, że większość osób nie podziela jego opinii. Czy miał rację, czy nie, zostawiam to jego sumieniu i ocenie słuchaczy.

GALA: Nie miałaś ochoty spytać go, dlaczego – skoro tak źle cię ocenia – właśnie twoją piosenkę osobiście zakwalifikował do tego konkursu?

NATALIA LESZ: Właśnie. Można było przecież wybrać kogoś innego z ponad dwustu artystów, którzy zgłosili swoje utwory do Sopotu. Ale wybrano między innymi mnie i „Power of Attraction”.

GALA: Spodziewałam się, że będziesz kłębkiem nerwów, a ty jesteś opanowana, mam wrażenie, że aż za bardzo. To poza czy naprawdę te wszystkie miażdżące opinie na twój temat cię nie ruszają?

NATALIA LESZ: Żadna wrażliwa osoba, która tworzy muzykę czy jakąkolwiek inną sztukę, nie powie ci, że oceny – jakiekolwiek by one były – spływają po niej jak po kaczce. Pomijając już słowa jurorów w Sopocie, po których przez trzy godziny nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, to na przykład bardzo przeżyłam pierwszy komentarz, jaki przeczytałam na swój temat w internecie. Ktoś obejrzał mój teledysk, w którym m.in. się całuję, i napisał, że mam – cytuję – „ohydny jęzor”. Zszokowało mnie to. Ale po chwili pomyślałam: „OK, skoro bycie tzw. osobą publiczną polega na tym, że ludzie od czasu do czasu wylewają na ciebie kubły pomyj, to trudno, muszę się do tego przyzwyczaić i uodpornić”.

GALA: A czy można się w ogóle do czegoś takiego przyzwyczaić?

NATALIA LESZ: Można. I dziś, jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, jestem wdzięczna nawet za te najbardziej krzywdzące opinie. Bo uważam, że jeżeli ktoś miał czas i energię, żeby wypowiedzieć się na mój temat, to znaczy, że nie jestem mu obojętna. A dla każdego artysty obojętność jest najgorszą rzeczą, jaka może mu się przytrafić.

GALA: Dawno na nikogo w polskim show- biznesie nie było takiej nagonki. Nie czujesz się ofiarą?

NATALIA LESZ: Nie. To nie leży w moim charakterze, staram się być optymistką. I dlatego szklanka zawsze jest dla mnie do połowy pełna. A jeśli spotka mnie jakaś porażka, to zamiast rozdrapywać rany, wolę ją przekuć w sukces. To chciałabym przekazać innym młodym ludziom.

GALA: Zabrzmiało tak, jakby to była twoja misja…

NATALIA LESZ: Bo tak to traktuję. Chciałabym, żeby ludzie pamiętali, że żadnej opinii nie należy traktować jak wyroczni, bo jest to tylko jedna z wielu opinii. Chciałabym też, żeby, bez względu na to, co usłyszą na swój temat, pamiętali, do jakiego celu zmierzają, jakie są ich marzenia. Tym bardziej że w Polsce brak autorytetów, które owszem, krytykowałyby młodych artystów, ale w sposób konstruktywny. Nie ma nikogo, kto wziąłby cię za rękę, wskazał jakiś kierunek, coś zaproponował. Nie brak za to takich, którzy na samym początku twojej drogi podcinają ci skrzydła i nie chcą dać żadnych szans na rozwijanie twojej pasji. Nie wiem, czy to wynika z ich kompleksów, czy z artystycznego niewyżycia.

GALA: A czy po tym feralnym występie…

NATALIA LESZ: On wcale nie był feralny! Oczywiście, były tam błędy, bo gdy debiutant nagle staje na scenie w Sopocie i wie, że będzie pod mikroskopem, to ma tremę. Ale i tak, jak na warunki festiwalowe, moim zdaniem było nieźle!

GALA: Nie pomyślałaś sobie: „Po co mi to było? Wracam do Stanów, bo ta Polska to jakiś chory kraj”?

NATALIA LESZ: Przeszło mi to przez głowę, gdy zaczęły się pojawiać pierwsze ataki. Ale byłam już w życiu krytykowana, choćby w szkole baletowej, i wiem, że zawsze, na samym końcu jestem ja, moja pasja i moje dążenie do celu. Poza tym każdy artysta chyba to powie, że my nie śpiewamy dla krytyków czy dla jakichś redaktorów tej czy innej gazety, tylko dla ludzi. Ja jestem artystką, która postawiła sobie za cel, że będzie mówić i śpiewać o prawdziwych emocjach, i chcę te emocje wywołać u słuchaczy. I wiesz co? Jeśli mi się to udaje, to mam gdzieś, czy jestem w drugim takcie pod dźwiękiem w trzeciej zwrotce, czy nie.

GALA: Jak odreagowałaś cały ten stres?

NATALIA LESZ: Ukojenie przynosiły mi muzyka i książki.

GALA: Może lepiej byłoby, gdybyś wypłakała się komuś porządnie na ramieniu, zamiast się izolować?

 

NATALIA LESZ: Zawsze to robię, gdy czuję, że muszę podładować baterie i się wyciszyć. Może dlatego, że nie potrafię wyczuć ludzi. Nie umiem dokonać selekcji, nie wiem, czy przy tej osobie mogę sobie pozwolić na to i na to, a przy kimś innym już nie. Kompletnie nie mam takiego radaru i w związku z tym nie wiem, przed kim powinnam się bronić.

GALA: Teraz jednak, chcąc nie chcąc, znów musisz wyjść do ludzi, bo bierzesz udział w „Tańcu z gwiazdami”. Swoją drogą, po co ci to było?

NATALIA LESZ: Zastanawiałam się, czy powinnam wziąć udział w tym programie, bo jestem piosenkarką, a nie tancerką czy artystką cyrkową, która czymś tam żongluje lub całuje się z foką. Ale uległam namowom swojej menedżerki. I dzisiaj nie żałuję, bo jest naprawdę super! Poznałam fantastycznych ludzi, których inaczej pewnie bym na swojej drodze nie spotkała. I gdybym z tego programu musiała szybko odejść, to byłoby mi smutno nie dlatego, że nie wygrałam Kryształowej Kuli czy czarnego porsche, ale dlatego, że musiałabym się pożegnać z całym tym fajnym towarzystwem.

GALA: W pierwszym odcinku jurorów zachwyciła salsa w twoim wykonaniu. Myślisz, że pochwały jury zrównoważą kolejną falę krytyki? Ludzie na forach internetowych już piszą, że to skandal, że jako była baletnica bierzesz udział w tym programie…

NATALIA LESZ: Wiem, czytałam te wypowiedzi. Nie wiem tylko, dlaczego nikt już nie napisze, że ponad połowa uczestników tej edycji miała w swoim życiu z tańcem do czynienia. A jeśli chodzi o umiejętności zdobyte w balecie, to one mi tylko przeszkadzają. To, że mam od baletu powykręcane nogi na wszystkie strony, też mi przeszkadza.

GALA: Co poza „Tańcem z gwiazdami”?

NATALIA LESZ: Niedługo wydajemy kolejnego singla z mojej debiutanckiej płyty, a w październiku czekają mnie koncerty. Na początku roku moja płyta ma się ukazać w Europie.

GALA: Odniesiesz tam sukces?

NATALIA LESZ: Już to, że ktoś ją tam wyda i że ktoś usłyszy moje piosenki, będzie dla mnie satysfakcjonujące.

GALA: A gdybyś mogła cofnąć czas, coś byś zmieniła w swoim życiu?

NATALIA LESZ: Nic bym nie zmieniła. Naprawdę. Uważam, że w życiu przytrafia nam się to, z czym jesteśmy sobie w stanie poradzić. A z drugiej strony potrzebujemy tego, żeby się dalej rozwijać. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale tak właśnie jest.