Kiedy wydały pierwszy album „Sistars. Siła sióstr”, Natalia miała 20 lat, a Paulina 18. W mediach pojawiły się entuzjastyczne recenzje. Pisano, że zespół, a właściwie dwie młodziutkie siostry, to objawienie, rewelacja, nadzieja. Tekst „Sutry”, która ukazała się na singlu w 2004 roku, znały na pamięć wszystkie polskie nastolatki. W 2007 roku wydały ostatni wspólny album „The Best of Sistars”. Potem zespół się rozwiązał. Narosło mnóstwo plotek, głównie dotyczyły relacji między siostrami: zawiść, zazdrość, nieszczęśliwa miłość. Siostry nie dementowały niczego publicznie, więc tylko bliscy i przyjaciele wiedzieli, że w ich relacjach nic się nie zmieniło. Paulina zaczęła pracować nad solową płytą „Soulahili” (wydała ją w styczniu 2008 roku), a Natalia wyjechała do Londynu. Dlatego w jej kompozycjach jest teraz dużo „hanibalizmów”, motywów zaczerpniętych z piosenek, których uczył ją w Londynie Hannibal, nauczyciel śpiewu.

GALA: Skończyłaś 25 lat. Za kilka dni wydajesz pierwszą solową płytę: „Natu: Maupka Comes Home”. Fajny prezent.

NATALIA PRZYBYSZ: Ćwierćwiecze! Brzmi poważnie! Mam nadzieję, że trochę się wyrobiłam. Wcześniej byłam mniszką. Eteryczne stworzenie skupione na swoim wewnętrznym świecie, odgrodzone od prawdziwego życia. Moja pani doktor powtarzała: „Wiem, że tu na ziemi, wśród ludzi, nie jest zbyt fajnie, ale masz tu wrócić i być”.

GALA: I jesteś. Dojrzałaś?

NATALIA PRZYBYSZ:Moje patrzenie na świat jest nadal dziecinne, nie umiem tego zmienić. Kiedy słucham poważnej śpiewaczki, np. Cassandry Wilson, to w jej piosenkach są same konkrety: rozstania, samotność, tęsknota... Emocje, które rozsadzają człowieka. Mam taką chorobę, że robię tylko piosenki pozytywne. Moje utwory to takie sanatorium, spa, relaksujący masaż lomi-lomi. Mało w tym „mięsa”, brutalnej strony życia.

GALA: Przesadzasz. „Lion Girl”, dziewczyna lew, to brzmi całkiem groźnie.

NATALIA PRZYBYSZ: Widziałam taki obrazek Osho (kontrowersyjny, hinduski guru – przyp. red.): stado owiec pasie się na łące i do jednej z nich jest przywiązany sznurkiem lew. Ten lew nie wie, że jest lwem, bo otaczają go wyłącznie owce. Z nimi spędza całe życie, one kształtują jego osobowość. Mówią mu: „Lew, ty się nie wychylaj, bo to nie leży w twojej naturze. Jesteś łagodny, lękliwy i słaby”. On im wierzy, bo nie ma nikogo, kto przypomniałby mu, jaka jest jego prawdziwa natura. Moja lion girl też nie wie, że jest lwicą, ponieważ żyje w świecie ludzi, którzy wysysają z niej energię. Cierpi na przerost ambicji, bo pozwoliła sobie wmówić, że musi wszystko kontrolować: w roli matki, żony, kobiety pracującej, kochanki. W efekcie nie panuje nad niczym, jest zmęczona, sfrustrowana, nieszczęśliwa.

GALA: I ty podpowiadasz jej...

NATALIA PRZYBYSZ:...kochana, nie pozwól, żeby inni powiedzieli ci, jak się czujesz i kim jesteś. Sama to zbadaj. Świat nie oczekuje od nas niczego więcej. Warto rozejrzeć się za ludźmi silnymi, którzy potrafią nas zainspirować, a nie zdominować. Trzeba być czujnym, nie ufać każdemu. Czytałam niedawno książkę Pinkoli Clarissy Estes „Biegnąca z wilkami”. Kobiety uczą swoje córki zaufania do wszystkich. Nawet najbardziej podejrzanym typom wierzą, że w głębi duszy są dobrzy i pełni pozytywnych intencji. Wilczyca natomiast uczy swoje dzieci nieufności do innych, skutecznej ucieczki, obrony i wiary we własną siłę. Dzięki takiemu wychowaniu wilki są silne, mądre i przebiegłe.

GALA: Podoba ci się ten model?

NATALIA PRZYBYSZ: Podoba mi się postać Dzikiej Kobiety, która wie, czego chce, wie, co jest warta, wie, że wszystko, o czym marzy, może stać się rzeczywistością.

GALA: Jesteś wojownicza i stanowcza.

NATALIA PRZYBYSZ: Długo nie umiałam głośno mówić, co czuję, co chcę robić naprawdę. Zero asertywności. Aż w końcu zaczęła się we mnie budzić wojowniczka, ale w taki nagły sposób, że Paulina, moja siostra, nie mogła ze mną wytrzymać.

GALA: To dlatego o waszym rozstaniu pisano w prasie: nagłe, niespodziewane, gwałtowne.

NATALIA PRZYBYSZ: Nie dlatego. My, siostry, w ogóle się nie rozstałyśmy. Chciałyśmy sobie zrobić przerwę od nagrywania z chłopakami i trochę od tras koncertowych. Zdrowa relacja z drugim człowiekiem nie polega tylko na tym, żeby się uzależnić, ale też nauczyć się funkcjonować oddzielnie. Każdy potrzebuje wolności, niezależności. Dla mnie to było fantastyczne, że pojechałam do Londynu, robiłam swoje, a Paulina w Polsce nagrywała własną płytę. Mamy ze sobą świetne relacje. To ja będę przy porodzie jej dziecka. Jest między nami niezniszczalna chemia.

GALA: Kiedy zaczęłyście śpiewać w Sistars, byłyście dziećmi.

NATALIA PRZYBYSZ: Grałyśmy za dużo, byłyśmy za młode, jak to wszystko się zaczęło. Jechałyśmy pociągiem rozpędzonym za bardzo w stosunku do realnego, płynącego czasu. Docierałyśmy do jakichś miejsc, nawet nie zdążyłyśmy się rozejrzeć, a już trzeba było wsiadać z powrotem i jechać dalej. Z koncertów do studia nagraniowego, z miasta do miasta. Nie panowałam nad niczym, nawet nie wiedziałam, czy tego chcę, bo to się wszystko „działo samo”. Inni za mnie decydowali. Czułam, że tracę część siebie.

GALA: Wtedy pojechałaś do Londynu.

 

NATALIA PRZYBYSZ: Mam przyjaciółkę Anię, która jest mistrzynią organizacji: studiuje coś bardzo biznesowego i wie wszystko o wszystkich dobrych szkołach na świecie. Ona mną rządzi czasami i mówi tak: „Musisz jechać tam, bo to jest idealna szkoła dla ciebie”. Ja na to: „Dobrze, pojadę, skoro każesz”. I tak znalazłam się w Londynie, w szkole produkcji muzycznej i śpiewu, gdzie uczyłam się pół roku.

GALA: W tym czasie Paulina, młodsza o dwa lata, poszła inną drogą. Wydała solową płytę, za chwilę zostanie mamą.

NATALIA PRZYBYSZ: Ona ma zawsze wszystkie fajne rzeczy pierwsza. Nawet ci, którzy nas dość dobrze znali, uważali, że to ona jest starsza, bo wygląda i zachowuje się doroślej. Często mam wrażenie, że jestem troszkę opóźniona w rozwoju w stosunku do mojej siostry. Ona np. już jako mała dziewczynka lepiła z gliny albo gipsu ciężarne kobiety i zostawiała je na stole. Przychodzili znajomi rodziców, oglądali i zastanawiali się, o co tu chodzi (śmiech). Na ścianach malowała różne embriony. To był dla niej, z jakiegoś powodu, bardzo ważny motyw, szybko obudziło się w niej to macierzyńskie COŚ. U mnie dopiero teraz, powoli, zaczęło się wykluwać, w bardzo zresztą szczątkowej formie – po prostu chodzę z Pauliną do szkoły rodzenia i staram się całą tę sytuację jakoś ogarnąć. Moja siostra już chciałaby to dziecko urodzić, a przed sobą ma jeszcze dwa miesiące. Obydwie czekamy na córeczkę.

GALA: Jak brzmiałyby jej słowa do piosenki „Lion Girl”?

NATALIA PRZYBYSZ:  Opisałaby to pewnie z perspektywy życiowej, a ja zrobiłam to z ideologicznej. Moja siostra jest dużo bardziej odważna. To ona trzaskała drzwiami, a ja chlipałam na progu i mówiłam: „Otwórz, bo jak umrzemy w nocy, to będziemy pokłócone po śmierci”, i dopiero wtedy otwierała.

GALA: Tobie odwagi też nie brakuje, maturę zdawałaś sama, w Stanach.

NATALIA PRZYBYSZ: Taki był wtedy trend, że dziecko należy wysłać do Stanów, żeby tam się kształciło. Bardzo jestem wdzięczna rodzinie, choć nie było łatwo. Wylądowałam w stanie Iowa, gdzie po horyzont ciągnęły się pola kukurydziane, sojowe, a pomiędzy pasły się krowy. Bardzo konkretnie się tam nudziłam i tęskniłam, przede wszystkim za moją siostrą. Pierwsze miesiące były najtrudniejsze. Ze średnią znajomością angielskiego znalazłam się w rodzinie, która nawet nie wiedziała, gdzie leży Polska, w stanie, który zaopatrywał cały kraj w wołowinę, wieprzowinę etc., a ja nie jem mięsa. Dla polskiej wegetarianki to było ciężkie wyzwanie (śmiech). Co drugi dzień dopadała mnie migrena z przytrucia, bo w stanie Iowa nie znalazłam żywności bez toksycznych konserwantów. Ale dużo też się nauczyłam. Na przykład że można tak zmęczyć się fizycznie, że ciało i umysł zaczynają się regenerować. Wcześniej, w Polsce, chodziłam do szkoły muzycznej i jedynym wysiłkiem było noszenie wiolonczeli z domu na zajęcia. W Stanach odkryłam jogę, biegałam, grałam w piłkę. To mi pomagało wyleczyć tęsknotę i bóle.

GALA: W Londynie, starsza o pięć lat, czułaś się już jak emigracyjny weteran.

NATALIA PRZYBYSZ: Mieszkałam w pięknej starej kamienicy, w części miasta, która nazywała się Angel. Cudowne miejsce do życia, ale... w Londynie trzeba mieć rodzinę albo przyjaciół, z którymi się mieszka. Samemu jest strasznie trudno. Z jednej strony jest tłum, ale anonimowych ludzi, z drugiej totalna samotność. Dla mnie to było dramatyczne doświadczenie, ponieważ trzy miesiące przed wyjazdem tak koszmarnie się zakochałam, że nie mogłam tam zupełnie wytrzymać bez mojego chłopaka. Wojtek nie mógł przyjechać na dłużej, bo pracował, więc lataliśmy tak niemal co weekend do siebie.

GALA: Opłacał się ten wysiłek?

NATALIA PRZYBYSZ: (śmiech) Jesteśmy razem. Mam superchłopaka. On jest rekinem, a ja rybką oczyszczającą go z planktonu. Pełna symbioza oceaniczna.

GALA: Twój mężczyzna musi mieć muzyczne wykształcenie?

NATALIA PRZYBYSZ:Wystarczy, że Jurek, jego brat bliźniak, ma i gra w moim zespole na gitarze. Wojtek ma słuch i nuci różne trudne jazzowe kawałki, ale w ogóle nie zna tekstów. Nie słyszy ich i nie umie słuchać. Na najnowszej płycie jest jeden osobisty utwór. Jak siedzę w domu i piszę piosenki, szlajam się po mieszkaniu, po kuchni, łazience, żeby się rozluźnić, oderwać oczy od komputera. W czasie takiej wędrówki znalazłam fajny notes na biurku mojego chłopaka. Wzięłam go do ręki i niestety, otworzyłam. Najpierw się wzruszyłam, bo to, co napisał, było ładne, a na dodatek pod starą datą, kiedy jeszcze nie byliśmy razem. Nagle się przestraszyłam. Zrobiło mi się głupio, że grzebię w jego rzeczach i było to paraliżujące uczucie. Nie wiedziałam, jak mu o tym powiedzieć, więc napisałam piosenkę. Akurat miałam od Wujaszka Enveego śliczny bit czekający na odpowiedni temat.

GALA: Mówisz o „Blue Notebook”.

NATALIA PRZYBYSZ: Wszystko tam opisałam czarno na białym: jak chodzę po mieszkaniu, znajduję notes, otwieram i świat zmienia się zupełnie, i radość mam w sercu. Puściłam mu ten kawałek, a on nic, więc pytam: „Hej, fajna jest ta piosenka?”. „Świetna, naprawdę dobra” – odpowiedział. „Ale posłuchaj słów, proszę, ona otwiera blue notebook” – nie poddawałam się. „Ale o co chodzi? O laptopa?”. Kompletnie nic nie zrozumiał (śmiech). W końcu powiedziałam mu prawdę. Nie obraził się.

GALA: Londyn był łaskawy w miłości. Szkoła też była pouczająca?

 

NATALIA PRZYBYSZ: Kiedy mówiłam, że mam dwie nagrody MTV i masę różnych innych na koncie, moi koledzy nie rozumieli, co ja tam właściwie robię. Oni sobie stawiali cel, który ja już trzy lata wcześniej osiągnęłam. Tłumaczyłam im, że właśnie teraz muszę się zastanowić, co jest naprawdę moim celem. Wcześniej byłam za młoda, żeby np. pochylać się nad czymś takim jak... głos. Potraktować go nieco techniczniej, jak organ wewnętrzny, coś fizycznego. Kiedy źle się z nim obchodzisz, nie dbasz o niego, robisz sobie dużą krzywdę. Głos to bardzo intymna rzecz. Nie wiedziałam, jak ważne jest, żeby śpiewać w sposób, w jaki się czuje, bo każdy inny będzie formą gwałtu na sobie. W tym sensie londyńska samotność była mi potrzebna, żeby się całkowicie zresetować. Na dodatek moje konto w banku też się wyzerowało, więc czułam się tak, jakbym stanęła na początku drogi. Któregoś dnia zastanawiałam się, co robić po zajęciach. Do kina nie, bo za mało funtów w kieszeni, knajpka też odpadła. Mogłam tylko usiąść i pisać piosenki. I tak zrobiłam. Ilekroć psuje mi się auto, które ma 15 lat, albo mi kradną komórkę, to się cieszę, bo wiem, o co chodzi. To sygnał, żeby się zatrzymać.

GALA: Kiedy zepsuło ci się auto?

NATALIA PRZYBYSZ: Dwa tygodnie temu. Musiałam je oddać do warsztatu. Tego samego dnia ukradli mi komórkę, a na dodatek kończyły mi się pieniądze na karcie. Kupiłam bilet jednodniowy komunikacji miejskiej. Miałam tylko książkę i słuchawki na uszach. Nikt do mnie nie dzwonił, niczego nie chciał. Jeździłam po mieście, patrzyłam na ludzi, słuchałam i kumulowałam obrazy do nowych piosenek. Odkąd śpiewam, co chcę i jak chcę, czuję się wolna i niezależna. Jestem farciarą.