GALA: Fascynuje mnie państwa związek.

JAN ROKITA: Co jest w nim takiego fascynującego?

GALA: Wszystko. Czy trafne jest porównanie państwa z Simone de Beauvoir i Jeanem Paulem Sartre’em – też dwie wielkie, skrajnie różne indywidualności żyjące w dwóch mieszkaniach.

JAN ROKITA: Nietrafne, pod każdym względem. Ich model to prototyp tzw. wolnego związku, w którym ludzie mają ograniczone zobowiązania wobec siebie, na boku robią, co chcą, jak chcą, kiedy chcą. Nasze małżeństwo to jego zaprzeczenie, bo jest bardzo polskie z ducha, bardzo przywiązane do tradycyjnych wartości, jak małżeńska lojalność, wierność, trwałość związku. Proste, ale dzisiaj nieoczywiste.

NELLI ROKITA: Tu nawet się zgodzę…

JAN ROKITA: Inna rzecz, że życie postawiło przed nami tyle kłopotów, zaskakujących sytuacji, iż musieliśmy nasze prywatne sprawy uregulować w ekstraordynaryjny sposób. Więc trochę borykamy się, raz lepiej, raz gorzej, na pewno nie doskonale.

GALA: Pod jakim względem najdrastyczniej się państwo różnią?

NELLI ROKITA: Jaś pije wina, ja lubię wódkę, ogórek kiszony, kapustę. Śledzia uwielbiam w każdej postaci. To nie kokieteria, czysta prawda. Aczkolwiek mój mąż twierdzi, że dla mnie szkoda butelkę wódki czy wina otwierać, piję w tak małych ilościach.

JAN ROKITA: Wszystko jest odrobinę inaczej, niż Nelli mówi. Uwielbia przeinaczać informacje na własny temat. Nelli jest abstynentką, a jej ulubiona anegdota to opowieść, jak lubi wódkę zakąszać ogórkiem. Specyficzny typ poczucia humoru drażnił mnie, ale słyszałem to tak często, że się przyzwyczaiłem i dziś nawet mnie bawi. Moja żona czasami także z dużą premedytacją i z poczuciem wewnętrznej radości udaje głupka. Na początku wobec mnie też to robiła, ale szybko się zorientowałem i teraz zabawia się tak z innymi ludźmi albo ostatnio publicznie. Lubi coś udawać, bawią ją takie sytuacje.

GALA: Musiała pani kiedyś marzyć o zostaniu aktorką.

NELLI ROKITA: Mój brat od dzieciństwa uważał, że to jedyny zawód dla mnie i że minęłam się z powołaniem. Kiedyś, owszem, myślałam o tym, ale nie miałam okazji.

JAN ROKITA: Pewnie dlatego wybrałaś po maturze Politechniczeskij Instytut imienia Plechanowa w Leningradzie?

NELLI ROKITA: Bo dawno wolę grać własne role w życiu. Jestem za mocna wewnętrznie, żeby reżyser narzucał mi cokolwiek.

JAN ROKITA: Nie wiem, czy Nelli byłaby dobrą aktorką, natomiast jestem absolutnie pewien, że byłaby genialnym mimem, talentem na miarę Marcela Marceau.

GALA: Wiem, że ekspresja pana żony to przedmiot analiz wielu obserwatorów.

JAN ROKITA: Nie spotkałem w najszerszym kręgu znajomych nikogo, kto by z taką nieustępliwością, mimiczną przesadą i ciągłością uprawiał „aktorstwo twarzą”, za co ją sowiecki sąd wyrzucił z rozprawy. Niech Nelli opowie sama.

NELLI ROKITA: Miałam 14 lat i siedziałam na procesie mojego starszego brata Zygmunta. Oskarżali go o antysowiecki spisek, a jednym z dowodów było to, iż chwalił się, że nie uprał koszuli na robotnicze święto 1 maja. Nie znałam szczegółów oskarżenia, słyszałam je po raz pierwszy, a tam występowali świadki…

JAN ROKITA: Świadkowie.

NELLI ROKITA: Dziękuje, lubię jak mnie Jaś poprawia. Przesłuchania trwały i trwały, a ja mimiką wyrażałam zdziwienie. Jakżeby inaczej? Byłam dzieckiem, a zarzuty pod adresem mojego brata były tak absurdalne, że każdy by się tylko dziwił. I choć siedziałam w środku sali, wyłuskali mnie z tłumu i kazali wyjść: „Ta niech wyjdzie, obraża sąd wyrazem twarzy”. A dla mojego brata skończyło się to wyrokiem trzech lat więzienia.

JAN ROKITA: O ile w żadnej mierze nie trzymam strony sowieckiego sądu w kwestii meritum, to całkowicie jestem po stronie sowieckiego sądu w kwestii usunięcia Nelli z sali. Nie było mnie tam, ale jestem pewny, że obrażała tamten sąd swoją mimiką. Choć swoją drogą ten sąd pewnie na to zasługiwał.

GALA: Chyba to już 15 lat państwa przekomarzań?

JAN ROKITA: 19 marca świętowaliśmy! Ale na rocznicę ślubu kościelnego musimy jeszcze poczekać. Dominikanin Andrzej Kłoczowski, serdeczny, mądry, zacny przyjaciel rodziny, udzielił go nam kilka miesięcy później.

NELLI ROKITA: 16 lipca w Krakowie. Termin wybrał Andrzej, nie my.

GALA: Czy do określenia początków państwa związku pasuje relacja: mistrz, nauczyciel – uczeń, czeladnik?

JAN ROKITA: Raczej czuję się wobec Nelli Pigmalionem. Mam poczucie, że ukształtowałem ją od początku. Jej gusty, upodobania, znajomości, książki, które czytała…

NELLI ROKITA: Szczerze mówiąc, Jan mnie fascynował. Może dlatego w nim się zakochałam? Bo nie jestem kochliwa, ale bardzo krytyczna. Moi rodzice byli przekonani, że nigdy nie wyjdę za mąż, zawsze miałam skomplikowany stosunek do mężczyzn. Dla mnie nie był to problem, pogodziłam się z tym... Wychował mnie ojciec, który mnie kochał i ja go bardzo kochałam. Każdego mężczyznę z nim porównywałam, ale żaden nie dorastał mu do pięt. Jak poznałam Jasia, od razu wydawał mi się bardzo mądry, bo niedużo gadał. Nie lubię, jak faceci dużo gadają, ale jak już mówią, to żeby to było przemyślane. Jaś był tą osobą, którą mogłam o wszystko zapytać, a on starał się na każde pytanie odpowiedzieć. A jak nie znał odpowiedzi od razu, odpowiadał następnego dnia.

GALA: O co Nelli pana pytała?

 

JAN ROKITA: O wszystko. O dowolne rzeczy z dziecinną naiwnością. Trochę przeżywałem z nią sytuacje, jakie znają rodzice małych dzieci. Zadawała pytania ze spontaniczną, autentyczną ciekawością świata. To było urocze. A ja, jak nie wiedziałem, sprawdzałem, szukałem, żeby wyjaśnić. Po latach się dowiedziałem, że bardzo ją to zadowalało, ale wtedy pochwał nie było żadnych. Dopiero po latach. Nelli zawsze interesowała się sprawami społecznymi, w końcu już jako dziecko była komsomołką. Po latach dzięki mnie poznała nie tylko zasady rządzące światem polityki, ale wszystkich niemal ludzi liczących się w polityce. Dzisiaj, kiedy jest posłem, jej przywilej polega na tym, że osobiście zna każdego istotnego polityka w Polsce, zna go prywatnie, a z 90 procentami jest na „ty”. Przez lata bardzo lubiłem, jak chodziła wszędzie ze mną, interesowała się praktyką polityki, no i poznawała masę ludzi. Dzięki temu ma większą od wielu praktyczną wiedzę o polityce.

NELLI ROKITA: Wtedy żadna żona nie towarzyszyła swojemu mężowi-politykowi, a ja tak. I nie chodzi o bankiety, tylko o ważne spotkania, zjazdy, konferencje. W sytuacjach oficjalnych Jaś bardzo chciał, żebym była przy nim obecna.

JAN ROKITA: To teraz opowiem pani historię, której nie opowiadałem nikomu nigdzie do tej pory. W maju 1993 r. w prywatnym mieszkaniu w Warszawie, nie powiem w czyim, z mojej inicjatywy toczyły się pertraktacje między rządem Hanny Suchockiej a PC na temat możliwości uratowania rządu i rozszerzenia koalicji. A negocjacje prowadziłem ja z niejakim Jarosławem Kaczyńskim. Jak wiadomo, zakończyły się one niepowodzeniem. Do tego mieszkania w Warszawie na wszystkie negocjacje chodziła Nelli. Gdybym jej wtedy nie zabierał ze sobą, ona by nigdy potem do PiS-u nie wstąpiła, bo wtedy go poznała i wtedy się z nim skumplowała (nieustanny perlisty śmiech Nelli).

GALA: Ukręcił pan bicz na siebie. I troszkę sobie zaszkodził.

JAN ROKITA: Troszkę sobie zaszkodziłem.

NELLI ROKITA: Zaimponował mi wtedy Jarosław Kaczyński, bez wątpienia.

GALA: No to nieźle… Skąd się bierze ta pana bezgraniczna wiara w kobiety? Wiem, że wychowała pana mama i jej pięć sióstr.

JAN ROKITA: Tak. I paradoksalnie, to nie było nadto konserwatywne wychowanie. Jako dorosły człowiek widzę, jak bardzo te kobiety były nowoczesne, samodzielne i wyzwolone. Świetnie wykształcone, z nieudanymi małżeństwami, samotnie wychowujące dzieci, takie emancypantki prusowskie.

GALA: Jak pani Stawska z „Lalki” Prusa?

JAN ROKITA: Godna, dzielna wdowa, pani Stawska. Stąd się pewnie wzięła moja nietypowa, spontaniczna łatwość uznania autonomiczności, podmiotowości, samodzielności i siły kobiet. Pewnie dlatego jako dorosły człowiek nie miałem problemu z partnerskim małżeństwem i z zaakceptowaniem temperamentu mojej przyszłej żony. Samodzielnej, niezależnej, co jak się potem okazało, też przynosi kłopoty, bo nic nie jest w życiu jednoznaczne. Chyba nawet chciałem w życiu kobiety nieco zwariowanej, przekornej, inteligentnej, światowej. Z kobietą typu… jak to jest, Nelli?

NELLI ROKITA: ... „Kinder, Küche, Kirche”...

JAN ROKITA: … nie byłbym w stanie wytrzymać, oszalałbym z nudów. Nelli na dodatek jest zabawna, pełna życia, tak fascynująca, że każdy mógłby się zakochać. Ale dlaczego się zakochałem, to już Bóg raczy wiedzieć.

NELLI ROKITA: O, to ładnie słyszeć, w domu mi tego nie mówi. Warto rozmawiać czasami tak na zewnątrz, z osobami trzecimi, to się coś miłego usłyszy.

GALA: Związek państwa można dziś nazwać partnerskim?

JAN ROKITA: Zawsze był, bo Nelli była i jest samodzielna aż do przekory i dumna aż do przesady. Pod względem materialnym było w miarę dobrze, jak braliśmy ślub, ja już byłem posłem. Nelli zarobiła trochę pieniędzy wcześniej w Niemczech, w biznesie. Sprawy materialne nie były problemem. Ale musiałem zaakceptować, że Nelli ciągle mnie zaskakiwała. Gdzieś wyjeżdżała , znikała na parę dni bez wyjaśnień. A w którąś niedzielę, wieczorem, właśnie zrobiłem kolację dla nas i zastanawiałem się, dlaczego nie wraca, nagle telefon: „Wiesz, zapomniałam ci powiedzieć... Jestem w Dubaju”.

GALA: Skłonność do niespodzianek miała pani we krwi.

NELLI ROKITA: Ojej, nie chciałam mówić za wcześnie, bo nie byłam pewna, czy wyjazd dojdzie do skutku, więc po co? Pojechałam tam trochę nagle, bo prosił mnie o pomoc kolega-biznesmen, z którym wcześniej robiłam interesy.

JAN ROKITA: Musieliście to planować. Mogłaś mi to powiedzieć. To trochę podobna historia do tej z września ubiegłego roku.

NELLI ROKITA: Jasiu, tu muszę się wtrącić. Problem polega na tym, że z jednej strony ja nie lubię się chwalić, ale też Jaś często nie bierze moich słów na serio. To prawda, czasem pół żartem, pół serio różne rzeczy opowiadam, trochę zmyślam, trochę fantazjuję albo prowokuję, ale mój mąż zawsze mówi niedowierzająco: „Ha, ha, ha...”. Przy okazji zakupów na Kleparzu wspominałam o statku w Dubaju, ale ty w ogóle nie zwracałeś uwagi na to, co mówię. W sprawie funkcji doradcy prezydenta też wiele razy mówiłam Jasiowi, że to moje marzenie, a on kpił: „No oczywiście, pewnie, prezydent tylko na ciebie czeka”.

GALA: Nie czuje się pani winna, że dzięki temu manewrowi wyrzuciła rodzonego męża za burtę?

NELLI ROKITA: Nie, to skomplikowana sprawa. Historia ją oceni.

JAN ROKITA: Byłem już wtedy w przewlekłym konflikcie z Tuskiem, a zachowanie Nelli było kroplą, która przelała czarę. Oczywiście, gdybym nie był wtedy obiektem ustawicznych szykan i ataków moich przyjaciół, nie byłoby tej kropli.

GALA: Jak mam napisać słowo przyjaciół, w cudzysłowie?

JAN ROKITA: Wystarczy „niegdysiejszych”. Musiałem podjąć decyzję w ciągu trzech godzin i o to tylko mam do Nelli pretensje.

NELLI ROKITA: Do głowy mi nie przyszło, że jestem tak ważną osobą, że przychodząc do prezydenta, wpłynę na układ wielkiej sceny politycznej.

GALA: Co pan poczuł w tamtej chwili? Zaskoczenie?

 

JAN ROKITA: Ono było bezsporne, ale mimo to zachowałem się racjonalnie. Zadzwonił kolega i spytał: „Masz włączony telewizor? Nie? Natychmiast włącz, zobacz, co się dzieje!”. Nadal nie miałem ochoty, ale tak nalegał, że włączyłem. Na ekranie zobaczyłem Nelli perorującą coś tam, a obok niej zadowolony Leszek się uśmiecha. Prezydent Lech Kaczyński. Zobaczyłem i zaniemówiłem. Potem kilka godzin intensywnie myślałem. Podjąłem decyzję i do tej pory jestem z niej zadowolony.

GALA: I pan, który 48 lat szykował się do polityki, nagle…

JAN ROKITA: Niełatwo w ciągu kilku godzin podjąć decyzję, która przesądza o całym życiu, to prawda. Nelli była zszokowana, też prawda. Śmiałem się, że w skali sensacji tamtego dnia całkowicie ją przelicytowałem! Kłopot tej decyzji polegał na kompletnej zmianie codziennego sensu życia, konieczności odnalezienia się w nowej sytuacji w bardzo krótkim czasie. Po porzuceniu zajęcia, któremu poświęciłem całe życie. Nie ma nikogo w czołówce polityki polskiej, kto by z dnia na dzień powiedział: „Odchodzę”. Pamiętam tylko jeden taki przypadek w Europie. To Oskar Lafontaine, szef SPD, rządzącej wówczas partii, w konflikcie ze Schröderem, ku kompletnemu zdumieniu opinii publicznej, wycofał się bez słowa wyjaśnienia. Ale po 10 latach nie wytrzymał, wrócił, założył nową partię.

GALA: Wszystko przed panem.

JAN ROKITA: Na pewno nie wykluczam.

GALA: Jak polityk odreagowuje zły dzień?

JAN ROKITA: Jako introwertyk, atakowany, zamykałem się w sobie.

NELLI ROKITA: Przychodził niezadowolony o 2, 3, może nawet 4 w nocy i chciał ze mną pogadać. Gotów był zrobić mi herbatkę, żebym tylko wstała. Wygadywał się, uspokajał, zasypiał. A ja przejęta, nie spałam do samego rana.

GALA: Kasia, państwa córka, studiuje w Hiszpanii. To prawda, że trzyma sztamę z ojczymem?

JAN ROKITA: To Nelli się skarżyła… Trzeci rok Kasi nie ma, ale przyjeżdża często. 15 maja wybieramy się do niej na uroczystość licencjatu. Mówi do mnie „Jasiu”, do Nelli po imieniu, bo ją liberalna mama przyzwyczaiła. Listy do mnie pisze jak typowe dziecko do ojca. Ostatnio dostałem list z taką inwokacją: „Przysłałeś mi nie dość pieniędzy i nie rozumiesz, czym jest miłość ojca do swojego dziecka”.

GALA: W moim pokoleniu pisało się: „Kochane pieniążki przyślijcie rodzice”.

NELLI ROKITA: Ona jest dyplomatką. Jaś ustępuje jej we wszystkim. Nie jest w stanie jej się przeciwstawić. Skrzykują się przeciwko mnie, Kaśka wszystko potrafi z Jasiem załatwić. Wszystko jedno, co ona powie, on uważa, że jak ona tak argumentuje, to trudno, nie ma wyjścia, trzeba ustąpić.

GALA: Podobno uwielbia pani sklepy second-hand. Znam to uczucie zaspokajania instynktu myśliwego.

NELLI ROKITA: Dokładnie też tak to odczuwam. Mąż nie potrafi się przemóc, by do nich chodzić. Mówi, że czuje się skrępowany. Tę bluzkę też tam kupiłam, czysta bawełna. Dla Jasia też czasem coś upoluję.

GALA: Co jest największym życiowym trofeum, które udało się pani upolować?

JAN ROKITA: Ja!

NELLI ROKITA: Już mu powiedziałam kiedyś, kiedy narzekał, krzyczał, niezadowolenie okazywał: „Kochany, trzeba było lepiej wybierać. Ja tam dobrze trafiłam. Ucz się ode mnie”.