Nagle zrobiło się bardzo cicho. Nawet fotoreporterzy przestali walczyć o lepsze miejsce i krzyczeć w kierunku podestu. Kilka minut przed rozpoczęciem konferencji na temat walki z przemocą wobec kobiet do sali w centrali Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku weszła Nicole Kidman. Tym razem nie było wrzasków rozhisteryzowanych fanów, czerwonych dywanów ani rewii mody. Po krótkiej prezentacji ambasadorka UNIFEM-u (Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Kobiet) zabrała głos.

DZIEŃ KOBIET

„Kiedy dwa lata temu przyjęłam propozycję od organizacji, wiedziałam, że to zmieni moje życie. Nie przypuszczałam jednak, że aż w takim stopniu. Cieszę się, że nasza kampania osiągnęła sukces. Do tej pory petycję przeciwko przemocy wobec kobiet podpisało ponad pięć milionów osób” – mówiła. – „Zaangażowanie w kobiece sprawy zawdzięczam matce. To ona z wielką pasją wpajała mnie i mojej siostrze, że zawsze mamy wybór. Nauczyła nas świadomości. Wyrosłam na takich wartościach, a teraz chcę je przekazać kolejnym pokoleniom”. Wypowiedź Nicole zrobiła duże wrażenie na wszystkich uczestnikach konferencji. Dostała nawet owacje na stojąco. Zresztą niejedyne tego dnia. Kilka godzin później oczarowała fanów podczas nowojorskiej premiery filmu „Australia”. „Ubrana w czarno-złotą sukienkę Driesa Van Notena, wyglądała wręcz zjawiskowo” – komplementował gwiazdę redaktor portalu Redcarpet. com. „Nicole skradła show. Bez dwóch zdań. Nawet Hugh Jackman, jej filmowy partner, najseksowniejszy mężczyzna na świecie, pozostawał w cieniu” – zachwycały się bulwarówki. Wszystkie tytuły zgodnie podkreślały, że aktorka w końcu wygląda na kobietę szczęśliwą i spełnioną.

NIC NIE JEST PROSTE

Już w dzieciństwie Nicole była uważana za dziwaczkę. W wieku trzech lat każdą wolną chwilę poświęcała na lekcje baletu. Pięć lat później zaczęła chodzić na zajęcia z pantomimy, a kiedy skończyła 10, była najlepszą uczennicą w kółku dramatycznym. A to nie przysporzyło jej przyjaciół. Dzieciaki wręcz unikały wysokiego i chudego rudzielca nierozstającego się z książką. „Nie było mi łatwo. Wielokrotnie płakałam w poduszkę, ale przynajmniej miałam cel. Pasję, w którą uciekałam” – wspominała po latach. I rzeczywiście. Nicole szybko stała się gwiazdą. Najpierw w Australii, a potem w USA. Niestety, talent nie szedł u niej w parze z odpornością na stresy związane ze sławą. „Była taka krucha i delikatna. Nie tylko fizycznie. Przede wszystkim psychicznie. Na jej twarzy malowały się wszystkie emocje” – opowiadał Tom Cruise, który przekonał producentów, żeby to właśnie Nicole zagrała w filmie „Szybki jak błyskawica”. Tak właśnie zaczął się najgorętszy romans lat 90.

W CIENIU MĘŻA

To była toksyczna miłość. Aktorka robiła wszystko, żeby zadowolić Toma. Wciąż jednak coś było nie tak. Do historii przeszły opowieści ich wspólnych znajomych o poświęceniach Nicole. Przez 10 lat małżeństwa nie zakładała butów na wysokim obcasie. Za to nosił je jej mąż. Na wszystkie sposoby starał się niwelować 10-centymetrową różnicę wzrostu. „Sprawił, że czuła się przy nim jak niezdarny potwór. Ona, piękność o figurze modelki. To było straszne” – oburzały się jej przyjaciółki. Aktorka zwolniła też tempo w pracy. Wszystko było podporządkowane karierze Toma. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Kiedy po 10 latach małżeństwa oznajmił jej, że złożył papiery rozwodowe, Nicole wpadła w depresję. Miesiąc później poroniła. „Tak długo czekała na dziecko. I kiedy w końcu udało się jej zajść w ciążę, ten maniak ją zostawił. To niewybaczalne” – bulwersowała się Lauren Bacall, która pracowała z Nicole przy „Dogville”.

SZUKANIE SIEBIE

 

Długo nie mogła się otrząsnąć po rozstaniu z Tomem. Nie chodziło już nawet o złamane serce. Raczej o nieumiejętność samodzielnego życia. To były mąż decydował o wszystkim. Od rzeczy błahych przez dobór diety aż do wyboru kolejnych propozycji filmowych. I nagle to się skończyło. W najtrudniejszych chwilach Nicole mogła liczyć na pomoc najbliższych. „Prawie codziennie rozmawiałyśmy przez telefon. Często też przylatywała do Sydney” – wspominała jej młodsza siostra Antonia. To właśnie ona, razem z matką Janelle, przekonały aktorkę do przyjęcia roli w musicalu „Moulin Rouge” w reżyserii Baza Luhrmanna. „Zawsze chciałam śpiewać, ale nigdy nie zaczęłam nic robić w tym kierunku. W końcu nadarzyła się świetna okazja i nawet nieźle wyszło. Nauczyłam się też tańczyć. Podstawy baletu nareszcie się do czegoś przydały. Spełniłam swoje marzenia” – przekonywała na premierze filmu. Z czasem zaczęła też układać sobie życie prywatne. Najpierw przez kilka miesięcy spotykała się z raperem Q-Tipem. Lider zespołu A Tribe Called Quest nie odstępował jej na krok. Razem byli na premierze kolejnego filmu Nicole – „Godziny”. Towarzyszył jej także na ceremonii rozdania Złotych Globów w 2002 roku. „Tym razem to ona musiała być facetem w związku. Q-Tip zachowywał się jak dzieciak. Miała go serdecznie dość” – komentowali złośliwi. Kolejny na liście muzyków był Lenny Kravitz. Zaczęło się dość niewinnie. Nicole wynajęła od niego apartament w Nowym Jorku. Potem coraz częściej byli przyłapywani na randkach w restauracjach na Manhattanie. Mimo że ich związek nie przetrwał nawet roku, Lenny przyznał, że łączyła ich prawdziwa miłość. „Zniszczyły ją tabloidy, donosząc o moich domniemanych skokach w bok. Przysięgam, że nigdy nie zdradziłem Nicole” – zarzekał się publicznie. Na próżno. Zraniona Nicole przyjęła zaproszenie Robbiego Williamsa i nagrała z nim piosenkę „Somethin’ Stupid”. Podczas prac w studiu gwiazdy bardzo się „zaprzyjaźniły”. Mimo że oboje zaprzeczali, że mieli romans, gazety aż kipiały od domysłów. „Nicole jest dorosłą kobietą, która zna swoją wartość. Nie zamierzam komentować żadnych doniesień na temat jej życia prywatnego. Cieszę się tylko z jednego. Moja córka w końcu nabrała pewności siebie” – mrugał okiem do dziennikarzy ojciec aktorki Anthony Kidman.

NA WŁAŚCIWYM TORZE

W styczniu 2005 roku poznała piosenkarza country Keitha Urbana. Spotkali się na obiedzie, który w Los Angeles zorganizował rząd Australii. Już wtedy zaiskrzyło między nimi. W listopadzie na palcu Nicole paparazzi wypatrzyli pierścionek zaręczynowy. „Wszystko świetnie się układało. Gwiazdkę spędzili w towarzystwie swoich rodzin. Prawdziwa sielanka” – pisał „People”. I nagle pół roku później, tuż po ich ślubie, wybuchła bomba. „Keith jest alkoholikiem” – donosiły brukowce. Media od razu przypomniały historię jej małżeństwa z Tomem. „Czy znowu poświęci własne szczęście w imię miłości?” – pytali dziennikarze „The Star”. Na szczęście tym razem Nicole nie pozwoliła się zdominować. Osobiście zawiozła Keitha do kliniki odwykowej i wymusiła na nim publiczne przyrzeczenie, że nie tknie więcej whisky. Mimo to mało kto wierzył, że ich małżeństwo przetrwa. Nie poddali się jednak. Udowodnili, że łączy ich prawdziwa miłość. Jej owocem jest 5-miesięczna Sunday Rose. „To skarb. Wciąż nie mogę uwierzyć, że spotkało nas to szczęście” – przyznała Nicole. Keith przy każdej okazji wciąż podkreśla, jak bardzo ukochana zmieniła jego życie. „Jest moim aniołem. Moją nadzieją i przyszłością. Zaś Sunday Rose to piękne dopełnienie naszego związku”. Nicole po latach frustracji znów zaczęła cieszyć się życiem. Sama podejmuje też kluczowe decyzje. I co najważniejsze, w końcu u jej boku jest mężczyzna, który wspiera ją w tych wyborach.