GALA: Pierwsze słowa twojego bardzo osobistego spektaklu „Miłość po rosyjsku” brzmią: „Jako Rosjanka jestem patetyczna, mam to po ojcu. Jako Ukrainka bardzo się tego wstydzę, wstyd mam po matce. Jako od pewnego czasu Polka próbuję złapać do tego dystans”. W każdym zdaniu czuje się literacką rękę Janusza...

OLENA LEONENKO: Cudownie, z tym, że akurat te słowa są moje. Własne, wybolałe. Esencja tego, co mnie we mnie drażni, z czym muszę żyć na co dzień. Ta wewnętrzna dwoistość sprawia, że gdy walczę w życiu o coś, najpierw przychodzi do mnie tata z całym swoim patosem i absolutną bezkompromisowością, a po chwili dochodzi do głosu mama, osoba o niebywałej duchowości, pełna ciepła i miłości do ludzi. Przy czym mama uważa, że jestem podobna do ojca. Zabawne, co?

GALA: Mówimy oczywiście o metafizyce, bo od lat twoi rodzice są w Kijowie, a ty w Warszawie.

OLENA LEONENKO: Pochodzę z Ukrainy, ale zawsze podkreślam, że urodziłam się w Kijowie. Kijów był przepiękny, zielony, pachnący kwiatami. Bułhakow pisał, że w Kijowie co drugi to wariat albo geniusz. Trudno nie lubić tego miasta. Teatry grają w kilku językach: ukraińskim, rosyjskim, cygańskim, żydowskim. Mieszkałam w Moskwie i w Petersburgu, dużo podróżowałam po byłym Związku Radzieckim w poszukiwaniu bajek, pieśni, rytuałów. Dzięki temu, że mój tata jest Rosjaninem, a mama Ukrainką, czuję się dobrze w obu kulturach.

GALA: W spektaklu muzycznym „Ech, raz, jeszcze raz” zmieściłaś zaskakującą ilość wątków autobiograficznych: o chudym dzieciństwie, marzeniach o wielkim świecie, ucieczce do cyrku. Nie oszczędziłaś nawet sąsiadów, dobrych i złych jednocześnie.

OLENA LEONENKO: Opowiadam o podwórku, na którym się wychowałam. O ludziach, których kochałam, ale których się bałam. To oni mnie uczyli, czym jest dobro i zło. Wszyscy mamy w sobie małego i wielkiego człowieka. I tylko od nas zależy, którego dopuszczamy do głosu. A ten spektakl jest jednym z pretekstów do zaśpiewania najpiękniejszych pieśni – o życiu, miłości i śmierci. Tak jak „Noc z Wertyńskim”, nad którym pracowałam, mam wrażenie, całe życie. Ściągałam ze świata wszystko, co napisano o Wertyńskim, i wszystko, co on napisał. Żyłam tym i pewnie dlatego udało mi się Janusza zarazić tematem. Szukałam sposobu, jak piosenki Wertyńskiego, arietki, które przeżyły wszystkie władze i tyranów, zaśpiewać. Kobieta – i męskie pieśni. Do tego potrzebny był mądry mężczyzna, czyli Janusz, który ujął temat syntetycznie.

GALA: Głowacki jest zafascynowany Rosją i Ukrainą, ale w rzeczywistości krąży między Polską i Ameryką. I po całej Europie, gdzie wystawiają jego sztuki. Teraz wrócił z Izraela. To chyba jeszcze bardziej poszerza twoją sferę doznań.

OLENA LEONENKO: Poszerza i każe szukać tematów uniwersalnych. Występowałam we Francji, Włoszech, w Niemczech, Szwajcarii. Śpiewałam po rosyjsku, ale czułam, że publiczność jest ze mną, wszystko rozumie. Ale chyba najprzyjemniej rozmawia mi się z polską publicznością, która wychwytuje wszystkie niuanse i dla której śpiewam w wersji polsko-ukraińsko- -rosyjskiej.

GALA: Jesteś artystką z krwi i kości, ale twój ojciec nie miał dobrej opinii o tym zawodzie.

OLENA LEONENKO: Łagodnie mówiąc. Święcie wierzył, że droga na scenę prowadzi przez łóżko. I to nie jedno. Na dodatek bez gwarancji. Krzyczał: „Będę cię trzymał za nogi, żebyś nie fruwała za wysoko”. I trzymał z całych sił, pomagając sobie pasem. A mama szeptała: „Olena, twoje życie tutaj będzie prawdziwym piekłem Uciekaj stąd, córeczko, nie oglądaj się, uciekaj”. Więc dość wcześnie zaczęłam się „odpępowiać” od rodziny. W mamie – moim dobrym duchu – miałam ogromne wsparcie. Z tatą codziennie „występowałam na ringu”. Coraz częściej leczyłam się poza domem.

GALA: I nadszedł dzień, gdy uciekłaś, a potem drugi – gdy ojciec zmienił zdanie.

OLENA LEONENKO: Ten drugi dzień nastał całe lata później… Gdy zaprosiłam ojca do Polski, na spektakl w Teatrze Małym. Zobaczył mnie na scenie, usłyszałam: „No widzisz, w końcu zrobiłem z ciebie człowieka”. Był bardzo dumny z siebie.

GALA: No i okazało się, że można wychować dzieci, rzucając im kłody pod nogi.

OLENA LEONENKO: Ojciec kłód nie żałował. Ale jakoś nie czuję wdzięczności.

GALA: Mama – twój przyjaciel – jest tam, ty tutaj. Tęsknisz za nią?

 

OLENA LEONENKO: Opowiem ci o jednym z najczarniejszych dni w moim życiu. Najpierw dowiedziałam się, że mama została sparaliżowana i musi być natychmiast operowana. Wtedy, dzwoniąc z Polski, załatwiłam jej najlepszego specjalistę chirurga w Kijowie. Musiałam zorganizować kolosalne pieniądze, naprawdę ogromne. Nie spałam całą noc, ale dzięki pomocy Janusza udało mi się wszystko załatwić. A rano dowiedziałam się, że Gustaw Holoubek nie żyje. Mój mistrz i „teatralny ojciec”. Tego wieczoru musiałam zagrać w Ateneum spektakl „Ech, raz, jeszcze raz”, nad którym Gustaw sprawował opiekę artystyczną. A rano, nie odróżniając już dnia od nocy, wsiadłam w samolot do Kijowa. Parę godzin później byłam już u mamy na oddziale intensywnej terapii i cuciłam ją po ośmiogodzinnej operacji. Miała dużą narośl wewnątrz kręgosłupa. Gdyby nie szybka operacja, przekształciłaby się w złośliwego raka – to ponoć następstwo Czarnobyla. Występuje tak często, że ten chirurg operuje tylko to. Operacja szczęśliwie się powiodła, ale mama, wycieńczona, jeszcze nie chodzi dobrze, choć jest nadzieja. Sięga mi ledwo do ramienia, waży tyle co piórko, 45 kg. Ma na imię Maria. Masza. Dziwne i zabawne, bo wiele razy w życiu grałam Maszę.

GALA: Nie myślisz o ściągnięciu rodziców do Warszawy?

OLENA LEONENKO: Prosiłam, namawiałam, bo łatwiej opiekować się nimi, gdy są blisko. Ale tata się nie zgodził, bo starych drzew się nie przesadza. On czuje się bezpiecznie na swoim taborecie, gdy patrzy w swoje okno, a za nim szumią jego drzewa, widać jego własnych sąsiadów.

GALA: Jak naprawdę wygląda twoja współpraca z Januszem? Przecież on jest bardzo zajęty.

OLENA LEONENKO: Od lat jakimś cudem nam się to udaje. Jego sprawy są moimi, a moje – jego. Rozmawiamy na wszystkie tematy świata. Kiedy on musi być sam – jest sam. Kiedy ja muszę być sama – jestem sama. Dajemy sobie przestrzeń. Każdą przestrzeń. Janusz jest bardzo oddany swojemu pisaniu, ale nigdy nie czułam się przy nim samotna. Był zawsze, gdy go potrzebowałam. Nasze egoizmy nie przeszkadzają sobie nawzajem.

GALA: Widzę kolizję interesów: pieśniarka ma głośne próby, pisarstwo wymaga ciszy i skupienia.

OLENA LEONENKO: Mam swoją pracownię, gdzie mogę śpiewać.

GALA: Gdy wracasz zmęczona po koncercie, bywasz panią domu, gosposią? Tam boskie pienia, a tu zlew pełen naczyń?

OLENA LEONENKO: Lubię gotować. Piorę, prasuję, porządkuję mieszkanie. I myśli. Najlepiej się czuję, kiedy wchodzę do domu i widzę jasność, powietrze jest świeże, a kwiaty mają umyte liście. Bardzo lubię ład. Wtedy śpiewam z radości.

GALA: Do tego obłędne ilości kawy popijanej wodą bez gazu.

OLENA LEONENKO: Z bąbelkami nie wolno, bo rozpulchniają struny głosowe! Woda musi być w temperaturze pokojowej. W dniu, w którym występuję, jem tylko jedno jajko na śniadanie. I koniec.

GALA: Nareszcie rozumiem, skąd ta idealna linia.

OLENA LEONENKO: Nie jem, bo taka ucieczka energii oznaczałaby katastrofę. Muszę pamiętać bardzo dużo tekstu, śpiewać w kilku językach i dać z siebie wszystko.

GALA: Nie tylko śpiewasz, także komponujesz. Zdradź, co ci chodzi po głowie.

OLENA LEONENKO: Od kilku lat choruję na powieść o Jesieninie. O jego poezji, namiętnym związku z Isadorą Duncan i innymi kobietami, alkoholizmie. Jego życie było naprawdę tragikomedią. Kiedy powiedziałam o tym Holoubkowi, usłyszałam: „Jestem szczęśliwy, rób to. Może nareszcie zrozumiem, dlaczego tak Rosję kocham i tak jej nienawidzę”. Piszę muzykę do dwóch dużych projektów filmowych Janusza. Udało nam się napisać wspólnie bajkę „Jak powstał wiatr” dla wydawnictwa Gaga. Przeczytaliśmy ją na antenie radiowej Trójki.

GALA: Raju, rety, świat się kończy! Głowa bajkopisarzem...

OLENA LEONENKO: Proszono go o tę bajkę tak długo, aż się poddał. Mnie tylko poprosił, żebym coś wymyśliła, bo żyję w świecie bajek, kocham je i spisuję, co wymyślę. Wydam je, jak będę doroślejsza.