GALA: Generał „Nil”, zabity przez UB szef Kedywu AK, to dla młodych lekcja patriotyzmu?

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Nie ma co pouczać młodych. Jestem przekonany, że gdyby coś Polsce groziło, kolejna generacja wykrzesze z siebie patos i odpowiedzialność. W dzieciństwie stykałem się z miłością ojczyzny w wydaniu, które mnie śmieszyło. Moja babcia każde nasze spotkanie zaczynała od pytania zadawanego ze wschodnim akcentem: „Oliek, a ty kochasz Polskę?”. Ona dokładnie wiedziała, co to znaczy. Mając 14–16 lat, wykradała z bolszewickich biur, gdzie była maszynistką, listy skazanych na wywózkę lub rozstrzelanie i roznosiła do polskich organizacji wojskowych. Była osobą z innego świata i dla niej powojenna Polska była nadal bolszewicka. Nie rozumiałem jej. Czytałem „Waśkę Trubaczowa i jego kolegów”, „Timura i jego drużynę”, pouczające obrazki o tym, jak radziecka młodzież radzi sobie w trudnych okolicznościach.

GALA: Ktoś z pana bliskich doświadczył prześladowań?

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Przy pracy nad postacią Fieldorfa miałem przed oczami wuja, Wacława Strzeleckiego, który pojawił się u nas po wyjściu z ubeckiego więzienia. Nie wiedziałem, za co tam trafił. Prawdopodobnie likwidował fabryki broni w 1939 roku. Dziś rozumiem, że wyborom, które decydują o życiu lub śmierci, towarzyszy ukryty patos. Ale tylko do momentu, kiedy trzeba wybrać: życie czy śmierć. Za takimi ludźmi jak Fieldorf stoi instynkt walki.

GALA: Film o losach generała Augusta Emila Fieldorfa boli. Starzy mogą na niego nie pójść, bo wolą tamten tragiczny czas wykreślić z pamięci. A młodzi wybiorą łatwiejsze kino, np. „Kochaj i tańcz”.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Nie sądzę, aby pokolenie, które kocha i tańczy, miało z tym problem. Np. Mateusz Damięcki jest wychowany w tradycji patriotycznej. Zawdzięcza to babce Irenie Górskiej i dziadkowi Dobiesławowi Damięckiemu, za którymi gestapo słało listy gończe. Zdumiewa mnie jego wiedza na ten temat.

GALA: To chyba nie jest najlepszy przykład, zważywszy, że jego ojciec Maciej Damięcki współpracował z SB. Ale wiedzy zapewne brak rówieśnikom Mateusza, pokoleniu IPN. W ich ocenie świat jest prosty: biały lub czarny.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Za tym, co się zdarzyło Maćkowi Damięckiemu, stała głupota i słabość charakteru. Kiedyś mi się wydawało, że uproszczony czarno-biały świat mieli tylko komsomolcy, aktywiści ZMP, później hunwejbini w Chinach. Dzisiaj widzę, że to cecha młodości. Młodzi, którzy działają w oparciu o dokumenty IPN, też upraszczają świat, wyrywają z kontekstu czasów, dylematów, strachu. Ale jeśli nie będziemy pokazywać takich historii jak generała, uproszczenia będą triumfować.

GALA: Zawsze się pan bał, by nie przegapić życia. To się udało?

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Czasami tak, czasami nie. Konfrontowałem rzeczywistość z moimi marzeniami i oczekiwaniami. Dotyczyło to ścisłej intymności, ale i działalności publicznej, bo przez trzy lata byłem prezesem Związku Artystów Scen Polskich (ZASP).

GALA: Smutne doświadczenie. Oskarżono pana o niewłaściwe zarządzanie pieniędzmi...

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Doświadczenie bolesne, bo wciąż się ciągnie. Najważniejsze, że udało mi się, dzięki wsparciu dyrektorów teatrów, uratować ZASP od upadłości. Ja, który zawsze miałem głowę w chmurach, musiałem się zająć czymś tak konkretnym jak zarządzanie. Miałem program: chciałem, żeby w Polsce, na wzór niemiecki, powstał związek scen polskich. Ale to temat na odrębną rozmowę. Po przygodzie w Niemczech rola Fieldorfa to mój come-back.

GALA : Może niepotrzebnie pan wyjeżdżał do Niemiec? Po powrocie nie było już zapotrzebowania na romantycznego bohatera, z jakim pan się kojarzył.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Wyjechałem do Niemiec, ponieważ czułem, że coś się kończy. Mój przyjaciel, dyrektor Grzegorzewski wziął mnie do swojego teatru, ale nie znajdował dla mnie ról. Przyszedłem zagrać Bałandaszka w „Onych”, ale poprosił mnie, żeby to zagrał Zbyszek Zamachowski. Mnie zaproponował Abłoputę. Myślę: dobrze, charakterystyczna rola. A ona z próby na próbę się zmniejszała... Kiedy zainteresowali się mną Niemcy, poczułem, że trzeba zrobić krok w nieznane. Nie żałuję.

GALA : Krok desperacki. Dopiero wtedy zaczął się pan uczyć niemieckiego. Krzysztof Zanussi żartował, że to tak, jakby do polskiego teatru przyjechał grać Bułgar.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: U nas obcokrajowiec w teatrze to wciąż ktoś obcy, w Europie to norma. Wyjechałem w 1988 roku, wróciłem po siedmiu latach. Za pracę na niemieckich scenach i w filmach otrzymałem niemiecki order zasługi pierwszej klasy. Uroczystość w formie minispektaklu zorganizowałem w warszawskim Teatrze Polskim. Zaproponowałem gościom – elicie twórczej, aby zapoznali się z dokumentami o przyjaźni polsko-niemieckiej z okresu po powstaniu listopadowym. A koledzy, aktorzy z Berlina, zaśpiewali: „Jeszcze Polska nie zginęła, Niemcy się zbudziły i przyjdą, Polsko, aby być Twoją podporą”.

GALA : Hmm...

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Dziwimy się, że coś takiego mogło powstać. A to pieśń z 1832 roku. Świat był kiedyś inny. W rocznicę wstąpienia Polski do Unii przed Pałacem Staszica chcę odczytać projekt Konstytucji dla Europy z 1831 r. Wojciecha Jastrzębowskiego, który napisał go z żołnierzami w przerwach bitwy pod Olszynką Grochowską. Nasza tradycja narodowa jest związana z marzeniem o wspólnej Europie. Marzy mi się też, by Warszawa miała festiwal uliczny nawiązujący do „Lalki” Prusa.

GALA : A o czym pan marzy dla siebie osobiście?

 

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Takie pomysły dają mi poczucie sensu, przyszywania się do życia. Do Warszawy przyjechałem ze Śląska i dla mnie to tam była Polska. Teraz, kiedy przekroczyłem sześćdziesiątkę, chce się mocniej zszyć z Warszawą. Mam nawet medal „Zasłużony dla Miasta Warszawy”.

GALA: Wolałabym, żeby się pan chwalił nagrodami za dokonania artystyczne.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Żeby nie było złudzeń: w minionych latach nie było ciekawych propozycji, których nie przyjąłem. Wobec tego wypełniam życie własnymi pomysłami. Swój wizerunek zawdzięczam kinu lat 70. Kiedy Ryszard Bugajski zaproponował mi rolę Fieldorfa, byłem szczęśliwy. Wygłodniały.

GALA: Prywatnie jest pan spełniony. Ma pan obok siebie dwie oddane kobiety – żonę, aktorkę Grażynę Marzec i córkę Zuzannę.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: I nawet dwoje wnucząt: pięcioletniego Adasia i półtoraroczną Hanię. Córka pracuje w szpitalu, zajmuje się surdologopedią, czyli implantami dla niesłyszących. Adaś przy mnie nauczył się chodzić. Skończywszy prezesurę w ZASP-ie, przeszedłem do piaskownicy (śmiech). On mnie ratował z wielu frustracji, przykrych stanów. Czasem odprowadzam go do przedszkola, oczywiście na barana. A w przedszkolu czytam dzieciom bajki. Gdy robiłem to pierwszy raz, bardzo się starałem. Patrzę, a dzieci zasłaniają sobie uszy i mówią: „Za głośno, dziadku” (śmiech). Córka i wnuki spajają moje małżeństwo. Bo jak się jest z kimś 40 lat, są i kryzysy.

GALA: Przeszedł pan z żoną trudny okres walki z chorobą nowotworową. To też zbliża.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Od tamtych chwil szczęśliwie minął już kawał czasu. Żona przeszła na emeryturę i współpracuje z Polską Unią Transplantacyjną, bierze udział w ćwiczeniach dla lekarzy. Odgrywa sceny, w których reprezentuje rodzinę dawcy narządu. Naprzeciwko siada lekarz i uczy się sztuki pertraktacji. Jego reakcje analizuje psycholog. Jestem pełen uznania dla żony. O takich krańcowych sytuacjach nie mogę nawet myśleć.

GALA: Mimo że w filmach gra pan też sceny ostateczne, w „Szpilkach” napisano kiedyś, że albo pan umiera, albo się rozbiera.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: Sceny są napisane, trzeba je tylko uprawdopodobnić.

GALA: Nadal jest pan nudystą?

OLGIERD ŁUKASZEWICZ: (śmiech) Nie, od lat już nie. Te rozkosze uprawiałem między trzydziestką a czterdziestką. Potem nie było już okazji. Niedawno, czytając „Felietony z mojego młyna” Kazimierza Kutza, który przez lata był moim przyjacielem, odkryłem, że napisał i o mnie. W puencie jest mowa o tym, że chociaż rozbierałem się w wielu filmach, nie stracił do mnie zaufania. Dlatego, gdyby mu się zdarzyło popełnić jakieś morderstwo i znalazł się w więzieniu, chciałby, abym to ja był jego klawiszem (śmiech). Felieton opowiada o aktorstwie i cenie, jaką się za ten zawód płaci. Coś o tym wiem.