Mieszkanie Papcia na warszawskich Siekierkach. Pan domu pokazuje pracownię, w której „maluje książeczki”. Sypialnię z kuframi, które ozdobił ludowymi wzorkami, pokój stołowy i ogródek. Drzewa rosną w nim jakoś tak odwrotnie proporcjonalnie do niewielkiej powierzchni. Niektóre sięgają trzeciego piętra. „Gdy się tu przeprowadzałem 15 lat temu, myślałem, że już długo nie pożyję, dlatego kupiłem metrowe drzewka, żeby zdążyć się nimi nacieszyć. A teraz, zobacz sama, pod oknem mam las. Albo potem obejrzysz, teraz chodź na herbatę”.

GALA: Czy Papcio się nie pogniewa, jeśli dyktafon włożę Papciowi do kieszeni?

PAPCIO CHMIEL: Gdzie? Mów głośniej.

GALA: Do kieszeni koszuli. Papcio cały czas się przemieszcza, z pokoju do kuchni i z powrotem. Tak będzie lepiej.

PAPCIO CHMIEL: Dobrze. Więc jest tak, że dziś to ja trochę narzucam temat. Dość mam w kółko tych samych pytań. Dobrze?

GALA: Którego pytania ma Papcio najbardziej dość?

PAPCIO CHMIEL: Skąd biorę pomysły. No bo jak to skąd? Z głowy. I to własnej. Czasem opowiadam dzieciom – tak trochę bujam, wiesz? – jak to byłem w Afryce i zmęczony szukałem cienia. Położyłem się pod palmą i nagle – pam! Coś uderzyło mnie w głowę, trafiając dokładnie w punkt, gdzie mieści się komórka od pomysłów. Pokazuję dzieciom kokos i wyjaśniam, jaki to wszechstronny owoc. Potem jeszcze dodaję, że tusz do robienia rysunków sporządzam z sadzy, którą co tydzień dostarcza mi kominiarz. W sobotę po zejściu z dachu wchodzi do mojej wanny i otrząsa się z sadzy, podczas gdy ja stoję obok, trzymając się za guzik na szczęście. Farby również sporządzam sam. W czasie nadawania kolorowego programu w telewizji barwy łapię w siatkę na motyle i mieszam z klejem z kozich racic.

GALA: Ja w to wchodzę.

PAPCIO CHMIEL: Dzieci mają niesamowitą wyobraźnię. Raz dostałem list od Marysi Biały z Zabrza (teraz ona ma pewnie 56 lat). „Wakacje spędzałam nad morzem. Pogoda fatalna, deszcz, a ja mimo wszystko wykąpałam się w morzu. Na drugi dzień patrzę w okno, niestety, znowu leje. Deszcz był tak gęsty, że ryby powychodziły z morza i pływały w powietrzu, nie czując różnicy. Jakiś śledź uderzył mózgiem w szybę i padł oszołomiony. Przez otwarty lufcik wpłynęła do pokoju ławica sardynek. Zjadłam parę z nich na zimno. Nie zaszkodziły mi, bo mnie szkodzą tylko płatki owsiane na mleku”.

GALA: Papcio też w dzieciństwie nie narzekał na brak fantazji. Wiem, że chorował Papcio na niby na zapalenie ucha środkowego, a w łóżku po cichutku czytał komiksy...

PAPCIO CHMIEL: Mocno to we mnie siedziało. Nie zdawałem sobie sprawy, że czytałem wtedy kopie z amerykańskich gazet z polskimi dymkami. Odkryłem to dopiero w 1966 roku w Stanach. Mój ulubiony bohater Ferdek okazał się marynarzem Popeyem. Po zjedzeniu puszki szpinaku stawał się on siłaczem tylko dlatego, że reklamował żywność w puszkach! Szok. Ale to było dużo później. Tak więc sporo czytałem, a potem robiłem historyjki o Felusiu Szczudełko i Jędrku Sadełko, aż pewnego dnia w redakcji „Świata Przygód” trafił się komiks „Sierżant King z Królewskiej Konnicy”, który musiałem dokończyć. Wycinano go z magazynu szwedzkiego i uzupełniano polskimi dymkami. Niestety, po krótkim czasie przestano go do nas wysyłać i nie było z czego wycinać...

GALA: ...I wtedy podjął się Papcio dokończenia dzieła.

PAPCIO CHMIEL: To był jakby mój debiut. Postanowiłem jednak jeszcze sam coś stworzyć. Jak każdy początkujący, chwyciłem się za kosmos. Tak jest najłatwiej, bo nikt nie sprawdzi, co tak naprawdę dzieje się w galaktyce. Wziąłem dwie postaci: szczupły, chudy Romek i gruby A’tomek. Każdemu debiutantowi wydaje się, że kontrastowi bohaterowie będą atrakcyjni już sami w sobie, bo niby tacy śmieszni, jak Pat i Pataszon czy Flip i Flap. Małpkę nazwałem Tytus, bo wydawało mi się, że to się tak jakoś dobrze rymuje: Tytus, Romek i A’tomek. Zrobiłem 10 odcinków, które sobie leżały, bo nie było zezwolenia na drukowanie komiksu. 4 października 1957 roku Związek Radziecki wystrzelił pierwszy sputnik i temat kosmiczny stał się nagle bardzo aktualny. Wszystko było tajne. Poza tym, że sputnik jest kulą ważącą 98 kg plus anteny i czułki, że kręci się dookoła Ziemi i wydaje głupi głosik „pi, pi”, społeczeństwo polskie nie wiedziało nic. Moja redakcja była więc zakłopotana. Wypadało coś napisać, ale co?

GALA: Postawili więc na kosmiczny komiks?

PAPCIO CHMIEL: Jedynie on mógł podbudować nędzne teksty, jakie były wtedy w „Świecie Młodych”. Redakcja ze strachem czekała na odzew, czy się podobają.

GALA: Czego się bali?

PAPCIO CHMIEL: Panowała wtedy hierarchia zależności. Redaktor naczelny nie był samodzielnym panem, ponieważ był uzależniony od wydziału prasowego KC, od wojewódzkiego po centralny. Tak się na szczęście złożyło, że pewien sekretarz miał 10-letniego synka. Zadzwonił do redakcji, że moje komiksy mu się podobają i są „nawet pożyteczne”. Poszło. Przyszły pierwsze pochwalne listy. Dla dzieci i młodzieży to była zupełna nowość. I tak do 1966 roku „Tytus, Romek i A’tomek” był drukowany w „Świecie Młodych”, a ja chwytałem się różnych tematów. Był to przede wszystkim humor dla humoru.

 

GALA: A kiedy pojawiła się idea uczłowieczania Tytusa?

PAPCIO CHMIEL: Nastała odwilż ideologiczna po wypuszczeniu Gomułki z więzienia i Wydawnictwo Harcerskie poprosiło mnie o narysowanie komiksu harcerskiego. Trochę mi się to mówienie już nudzi, bo w kółko to powtarzam. 1 września mijają 62 lata mojej pracy. Lepiej tego nie słuchaj, bo się odkochasz.

GALA: Nic z tego.

PAPCIO CHMIEL: No dobrze. Rysunki to nie wszystko. W 1985 roku na podstawie mojego komiksu zrobiono sztukę teatralną. Przez rok miała 300 przedstawień w Teatrze Rozmaitości. Byłoby jeszcze więcej, ale zabijała inne sztuki, te bardziej poważne.

GALA: Czy to była sztuka skonstruowana specjalnie dla teatru?

PAPCIO CHMIEL: Tak. Na podstawie XIV książeczki „Tytus uczniem”.

GALA: Można ją jeszcze gdzieś zobaczyć?

PAPCIO CHMIEL: Ówczesny dyrektor teatru nie zgodził się na sfilmowanie przedstawienia przez telewizję, ale mam nagranie zrobione jakąś prymitywną kamerą. Koleżanka trzymała kamerę, ręce jej trochę latały, więc ja je podtrzymywałem i równocześnie nagrywałem. Ciekawe w tej sztuce jest to, że wprowadzono do niej dziewczyny – sekretarki, a u mnie są przecież tylko chłopcy: Tytus, Romek i A’tomek

GALA: Dlaczego scenarzysta to zrobił?

PAPCIO CHMIEL: Musiał wprowadzić kobiety, bo w teatrze były zatrudnione aktorki i trzeba było dać im pracę. Do dziś najpiękniejsza z nich – pani Manteska – występuje w telewizji.

GALA: Z czego jeszcze Papcio żył przez te lata?

PAPCIO CHMIEL: Zwróciła się do mnie na przykład firma produkująca armaturę łazienkową. Mieli 15-lecie istnienia i chcieli podarować pracownikom nagrody w formie rysunku z Tytusem. Wydało mi się ciekawe, że nie jakieś tam 1000 zł, tylko Tytus, więc oczywiście się zgodziłem. Później zwrócili się do mnie jeszcze raz, by zamówić 11 rysunków z serii „Tytus, sprzedawca armatury łazienkowej”. Współpracowałem także z placówką tworzącą programy komputerowe. W zeszłym roku po raz drugi robiłem im reklamę w formie komiksu, a ostatnio rysowałem dla pewnej firmy ksero z Warszawy. Moją pracę zamieszczono w książce telefonicznej. Bardzo silnie promuje mnie księgarnia przy placu Trzech Krzyży. Poza komiksami narysowałem dla nich Tytusa zamieszczonego później na torbie, kubkach, planach lekcji i w kolorowankach. Toruń zamówił u mnie obrazki na pudełka pierników. Mam lizaki z Tytusem i krawat z jego wizerunkiem.

GALA: Związał się też Papcio z życiem politycznym w Polsce...

PAPCIO CHMIEL: Przed poprzednimi wyborami rysowałem dla PiS-u ulotki. W „NIE” Urbana ukazał się artykuł „Tytus, Romek i Kaczyński”, w którym autor mnie skrytykował i stwierdził, że Papcio się przepoczwarzył z prosocjalisty w PiS-owca.

GALA: Co Papcio na to?

PAPCIO CHMIEL: Jako były powstaniec jestem bardzo wdzięczny Lechowi Kaczyńskiemu za Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie będę się taką krytyką w ogóle przejmował.

GALA: Niełatwo tu żyć. Syn i córka Papcia mieszkają w Stanach. Nie kusiło Papcia, żeby pojechać tam na stałe?

PAPCIO CHMIEL: Mogłem tam zostać, ale nie byłem tym miejscem specjalnie zachwycony. Wróciłem do domu z tysiącem dolarów, pięcioma worami i trzema kartonami ciuchów, darów od kuzynów i kupionych na wyprzedażach. Poza tym miałem 45 lat i tak zaczynać od nowa? Bez języka? Nawet gdy się spotykałem z jakimiś paniami z ogłoszenia matrymonialnego, po godzinie miałem dość ich sposobu bycia i patrzenia na świat.

GALA: Jakiego?

PAPCIO CHMIEL: Konsumpcyjnego. Byłem zszokowany, gdy pierwszy raz pojechałem tam w 1966 roku i zobaczyłem te supermarkety i jeżdżące po ulicach „cary”. To był dla mnie wstrząs psychiczny, a do tego nie miałem przecież żadnych pieniędzy.

GALA: Gdzie Papcio jeszcze był?

PAPCIO CHMIEL: W 1978 roku byłem w Indiach na wycieczce Orbisu. Dwa tygodnie. Nie ożeniłem się tam, bo po pierwsze żadna Hinduska nie interesowała się Polakiem, bo wiedziała, że tu bieda. Co innego Anglik albo Niemiec. Po drugie nie miałaby żadnych możliwości wizowych ani paszportowych.

GALA: A co Papcia tam najbardziej zdziwiło?

PAPCIO CHMIEL: Zróżnicowany poziom ekonomiczny. Przed willami bogaczy zawsze ochroniarz z bambusem w ręku, odganiający żebrzących. Przed hotelem w Delhi na przykład stał święty żebrak z pustą puszką po konserwach, a przechodzący ludzie wrzucali mu tylko po jednym ziarenku kukurydzy. Wypełniał taką puszkę przez cały dzień, a wieczorem z różnych śmieci i patyków rozpalał ogienek i gotował taką paćkę. Gdy chcieliśmy wynieść mu jedzenie, obsługa hotelu nie pozwoliła, mimo że wszystkiego mieliśmy nadmiar. Poinformowali nas, że jeśli poczęstujemy tego żebraka, inni zbiegną się tu masowo. Ile minut mieści się na takim dyktafonie?

GALA: 120 godzin.

PAPCIO CHMIEL: 120 godzin?!

GALA: Tak.

PAPCIO CHMIEL: Nieprawdopodobne! Ile to kosztuje?

GALA: 200 złotych.

PAPCIO CHMIEL: No to grosze. Mój telewizor ma 40 cali, jest ciekłokrystaliczny. 12 tysięcy kosztował. To prezent od syna. Ale mam teraz uciechy!

GALA: Co się Papciowi najbardziej w tym telewizorze podoba?

PAPCIO CHMIEL: Ma podłączenie na satelitę i łączy ze 300 kanałów! Mogę zademonstrować. Mam pięć ulubionych, gdzie się reklamują dziewczyny. O, Chiny są. Dalej, drugie Chiny, a to Bangladesz, to Cejlon i Maroko. Jak się trafi, to pięknie tańczą i śpiewają. O, patrz, jest cała gromadka.

GALA: To Papcio teraz podróżuje po całym świecie najnowszym pojazdem, telewizolotem?

PAPCIO CHMIEL: Tak. Jak się przeleci przez świat, oglądając rozmaite spikerki, można już nie podróżować w rzeczywistości.

 

GALA: Ma Papcio jakieś marzenia?

PAPCIO CHMIEL: Nie byłem w Grecji i Włoszech. A przecież tyle uczyłem się o sztuce starożytnej. Wszystko znam tylko z obrazka.

GALA: Dwie godziny się tam leci.

PAPCIO CHMIEL: No leci, ale ja mam już kłopoty z sercem. Robi mi się mgiełka na oku. Nie da rady. W Chinach chciałbym być. Były kiedyś wycieczki. Zrezygnowałem. Do Korei Północnej także. Jeszcze za komuny. No, bo to niby kraj przyjaźni. Byli tam moi znajomi i opowiadali. Nie daj Boże! Przyjeżdżasz, zabierają ci autokar i później wędrujesz szlakiem ich przywódcy. I tak: tu siedział na kamieniu i wymyślił to i to. Tu, pod tym drzewem się zamyślił. I dalej do świątyni. Nigdzie samemu nie wolno. Ubranka jednakowe. Gdy zaprosili tych znajomych na tańce, okazało się, że sami mężczyźni ze sobą tańczyli.

GALA: Lubi Papcio tańczyć?

PAPCIO CHMIEL: Już nie, bo wyszedłem z wprawy. 20 lat temu przestałem.

GALA: A kiedyś?

PAPCIO CHMIEL: Zatrzymałem się na epoce rock’n’rolla. Dawniej to było jak u dziecka. Trzeba było się ruszać, bo mięśnie kazały. One mają własną moc. Teraz bardziej interesuje mnie historia.

GALA: Jak poznał Papcio swoją drugą i obecną żonę Irenkę?

PAPCIO CHMIEL: Miałem pracownię przy Naruszewicza, a mieszkałem przy Modzelewskiego. Po drodze mieszkała Irenka i zawsze przez okienko wyglądała. „A może na zupkę byś, Heniu, wstąpił?”. Robiłem sobie u niej przerwę, oddech. I tak już zostało.

GALA: W swojej najnowszej książce wspomina Papcio też inne ważne kobiety, np. Wandę Chotomską, co nie chciała Chmiela...

PAPCIO CHMIEL: Była niesamowita. Zgrabność, apetyczność i pożądliwość. My, chłopcy, oceniamy kobiety najpierw z atrakcyjnej sylwety, wielkości oddechów, miłej buziuli i ruchu. Po pięciu minutach rozmowy zorientowałem się, że Wanda ma nie tylko kibić, ale i mózg niezgorszy. Moja platoniczna miłość do niej przetrwała 50 lat. Ona wolała jednak przystojnego bruneta.

GALA: Pamięta Papcio jeszcze jakieś figle damsko-męskie?

PAPCIO CHMIEL: Miałem panią, która była gimnastyczką, taką po medalach olimpijskich. 5 lat młodsza ode mnie. I jakoby rozwiedziona. Pewnego dnia poszedłem do niej. Dwa pokoje miała. Jeden z nich, do którego mnie zaprosiła, był tak mały, że nie było gdzie usiąść. Cały zapchany rzeczami. Drugi obok, większy, prawie pusty. Stoję, patrzę i się zastanawiam... i w tym momencie przyszedł jakiś jegomość. Okazało się, że to mąż, a w dodatku oficer. Zatkało mnie, a jeszcze gdy on powiedział: „Życzę panu miłego odbioru”, to już całkiem padłem.

GALA: Dawał Papcio ogłoszenia matrymonialne.

PAPCIO CHMIEL: Trochę dla hecy. Nie miałem zamiaru żenić się drugi raz, bo dzieci już miałem. Z ciekawości mógłbym najwyżej mieć ciemnoskórą i zobaczyć, jakie dzieci by wyszły z tej mieszanki.

GALA: Co Papcio pisał w tych ogłoszeniach?

PAPCIO CHMIEL: „Artysta plastyk, popularny autor, kawaler Orderu Uśmiechu, czterdziestolatek pod pięćdziesiątkę, wzrost 172, waga 67 kg, szczupły, bez nałogów, znajomość niemieckiego i angielskiego. Uprawia narciarstwo i kajakarstwo. Proszę o fotooferty całej sylwetki, gwarantuję zwrot i dyskrecję. Oferty nr 37226 kierować: CBOIR Kuriera Polskiego, Warszawa, Szpitalna 8”. Gdy moja żona wyjechała i rozwiodłem się w wieku lat 50, mój charakter natychmiast się zmienił. Cholera, idę na miasto i nie muszę wracać na godzinę! Ogarnęła mnie całkowita swoboda. Patrzę, dziewczyny, oglądam się. A te stanęły przy wystawie i chi, chi. Podchodzę i pytam: „Czy to ładnie ze starszego pana się śmiać?”. A one mówią: „Ależ nie, my nie z pana, tylko pan ma takie piękne włosy”. To ja za taki komplement zaprosiłem je na lody. A dziewczyny na to: „Proszę pana, lody to już nam stawiało dwóch panów, teraz to my byśmy obiad zjadły”.

GALA: I poszliście na obiad?

PAPCIO CHMIEL: Nie... Dużo było przygód. Raz trafiła mi się pani tkaczka, a ja przecież tkałem gobeliny. Pokoik miał 8 metrów razem z kuchnią, więc na widok pracowni od razu oświadczyła: „To ja się jutro tu przenoszę. Wszystkie te wełny wezmę i przyjadę. I u ciebie będę tkała”. Wszystko byłoby w porządku, ale jak stanąłem przy niej, do ramienia jej sięgałem. Miała chyba 184 cm wzrostu. No za Boga, nie mogłem! Szedłem z nią ulicą i czułem się młodszy. Jak jej synek. W końcu wyszła za mąż za Norwega. Kiedyś, przed laty, przysłała mi kartkę.

GALA: Miał Papcio swoje ulubione sposoby na podryw?

PAPCIO CHMIEL: Teraz już wyszedłem z wprawy. A poza tym system się zmienił. Gdy miałem motor WSK 125, przejeżdżałem wolno obok przystanku, a tam tłum. Przejeżdżałem drugi raz, patrzyłem, czy jest taka, co się nadaje. Więc jeszcze raz wrrr, wrrr i podjeżdżałem prosto do niej: „Zosiu, co tak będziesz stała i czekała na autobus...”. Jak była bystra, od razu wsiadała. I lody, gadu-gadu na tematy kulturalno-oświatowe. A potem okazało się, że Zosia chce, by ją podwieźć do ginekologa... Jednak wszyscy żonaci mi zazdrościli. Wtedy to było wesołe życie. Motor, bilet do kina bez ogonka od przekupnia, carmeny, kawa z Peweksu, luksus. A teraz czym kobiecie zaimponujesz?