Specjaliści policzyli, że w kinowej wersji „Seksu w wielkim mieście” pojawia się aż 300 kreacji, z czego 81 nosi główna bohaterka. O to, jaką suknię założy Carrie do ślubu, rywalizowało kilku projektantów. Krytycy mogli sobie wypisywać, co chcą, o filmie, ale tłumy kobiet i tak szturmowały amerykańskie kina w weekend otwarcia. Wszystkie były ciekawe, czy Carrie wreszcie wyjdzie za mąż za Mr. Biga? Ale nie tylko tego. Równie ważne pytanie brzmiało – co tym razem będzie miała na sobie ona i jej koleżanki?

Stylowa czwórka z Manhattanu nie zawiodła publiczności. W filmie noszą torebki Fendi, Chanel i Diora, paradują w butach od Manolo Blahnika i Jimmy’ego Choo, pokazują się w sukienkach od Yves Saint Laurenta i Zaca Posena. Znani projektanci doskonale zdają sobie sprawę, jaką siłę reklamy ma słynny serial i będący jego kontynuacją film. Do tego stopnia, że niektórzy byli gotowi zapłacić każdą sumę za to, żeby któraś z bohaterek włożyła choć na chwilę ich kreacje. Większość, ale nie Timmy Wood. To ona jest autorką słynnej już torebki w kształcie wieży Eiffla, inkrustowanej kryształkami od Swarovskiego. Kiedy stylistka Patricia Field kupiła u niej jedną z nich, projektantka nie miała pojęcia, co się szykuje. Dowiedziała się dopiero, kiedy fotos z filmu ukazał się w popularnym nowojorskim dzienniku „Daily News”. Tego samego dnia Wood sprzedała wszystkie egzemplarze i dostała kilkadziesiąt zamówień na kolejne. Bo wszystko, co założy Carrie Bradshaw, staje się obiektem pożądania. A odpowiedzialną za to całe szaleństwo kostiumowe jest właśnie Patricia Field.

W 1998 r. Sarah zaproponowała producentom serialu „Seks...”, żeby kostiumami zajęła się właśnie Patricia, którą poznała trzy lata wcześniej na planie „Małżeńskiej rapsodii”. To był strzał w dziesiątkę. Kreacje, w których występowała Sarah Jessica i jej trzy przyjaciółki, rozsławiły serial nie mniej niż błyskotliwy scenariusz i talent aktorek. Okazało się, że zabójczo modny styl czterech przyjaciółek chcą naśladować kobiety na całym świecie. Szpilki od Manolo Blahnika chyba jeszcze długo będą się kojarzyć przede wszystkim z filmem. Nic dziwnego, że w czasie jego premiery więcej mówi się o kostiumach niż o samej fabule.

Gdy jedni narzekają, że film aż roi się od product placementów najdroższych światowych marek, inni bez wahania nazywają Patricię Field geniuszem mody. W końcu to dzięki niej Sarah Jessica Parker, która jeszcze parę lat temu przyznawała się do upodobania do dżinsów i T-shirtów, stała się bezdyskusyjną ikoną mody. Także sama Patricia Field, choć przez lata żyła w cieniu ubieranych przez siebie aktorek, z pewnością zasługuje na to miano. Jest prawdziwą indywidualistką znaną z tego, że lubi balansować na granicy kiczu. Niedawno podpisała kontrakt z firmą Marks & Spencer, dla której ma zaprojektować kolekcję ubrań. W swoim nowojorskim butiku sprzedaje kreacje, które można zobaczyć w filmie.

GALA: Projektanci dużo ci zawdzięczają.

PATRICIA FIELD: Nie przesadzaj.

GALA: Dzięki twoim wyborom stali się sławni. Rewanżują się?

PATRICIA FIELD: Myślisz, że mam dożywotni karnet na zakupy w butikach Vivienne Westwood czy Prady? Nie, to tak nie działa. Sama płacę też za zakupy u Manolo Blahnika...

GALA: Bez zniżek?

PATRICIA FIELD: Mam rabat, ale nie dlatego, że wypromowałam Manolo. Przyjaźnimy się od dawna i możemy na sobie polegać. Zaistniał dzięki swojej pracy. Niektórzy mówią, że dzięki mnie stał się ikoną. Uważam, że nie zrobiłam nic wielkiego. Po prostu doceniłam talent projektanta, wybierając akurat jego buty. Pytałeś o ich wdzięczność. Raz na jakiś czas ktoś wyśle mi parę szpilek czy jakąś kreację. Staram się jednak tego unikać. Ostatnio dostałam płaszcz od znanej projektantki. Był totalnie nie w moim stylu. Mam zasadę, że kiedy czegoś nie będę nosić, nie biorę.

GALA: Poczuła się urażona?

PATRICIA FIELD: Nie. Jest zbyt znana, żeby przejmować się kaprysami. Niedawno też zwróciłam diamentowy zegarek za kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Nie chciałam trzymać go tylko dlatego, że jest drogi. Na szczęście jestem w takiej sytuacji, że nie muszę brać nic za darmo. Stać mnie na wszystko, co mi się podoba.

GALA: Dużo wydajesz na ubrania?

PATRICIA FIELD: Nie mam drogich zachcianek. Nie lubię diamentów i naturalnych futer. Mam inne pomysły na wydawanie pieniędzy. Co nie znaczy, że nie lubię ubierać drogo aktorek, z którymi pracuję.

GALA: No właśnie, jak pracujesz?

PATRICIA FIELD: Lubię porównywać swoją głowę do komputera. Mam w niej mnóstwo danych. Rzeczy, które kiedyś mi się spodobały, a o których zapomniałam, nagle wracają w szalonej konfiguracji. Umysł podsuwa mi zaskakujące rozwiązania. Dziennikarze pytają, skąd czerpię inspiracje. To najtrudniejsze pytanie. Zbieram sobie wszystko razem i selekcjonuję w myślach.

GALA: Przewidujesz trendy.

PATRICIA FIELD: To nie jest cel mojej pracy. Nie przewiduję, co może być modne, raczej koncentruję się na tym, żeby to, co robię, było przede wszystkim oryginalne. A kiedy staje się trendy, to OK. Mogę nauczyć się z tym żyć.

GALA: Wszystko, co noszą aktorki z „Seksu w wielkim mieście”, jest trendy. Którą było najtrudniej ubrać?

 

PATRICIA FIELD: Zdecydowanie Cynthię Nixon (filmową Mirandę). Była trudna z powodu figury i totalnego braku zainteresowania modą. Ale do filmu bardzo schudła i zaczęła się nawet trochę orientować, o co chodzi z tymi sukienkami, które jej podsuwam.

GALA: Od ostatniego sezonu serialu do premiery filmu minęło pięć lat. Trudno było od nowa „tworzyć” bohaterki po takim czasie?

PATRICIA FIELD: Serial to była ciągła fala. Nie mieliśmy przerw, nawet te między sezonami można było kreatywnie wykorzystać. I nagle to się skończyło. Na bardzo długi czas. Kiedy okazało się, że mamy zielone światło na film, zaczęłam myśleć, jak pokazać przemianę dziewczyn. W końcu są o pięć lat starsze. To było największe wyzwanie. Na przykład Charlotte. Pod koniec serialu adoptowała dziecko, ma kochającego męża. Mieszka w prestiżowej okolicy. Nie pracuje. W pierwszej chwili, gdy przeczytałam scenariusz, pomyślałam o niej jak o Jackie Kennedy. Ma czarne włosy jak ona i pociągłą twarz. Jackie stała się moją inspiracją do budowania postaci Charlotte, dojrzałej, pięknej kobiety.

GALA: A pozostałe?

PATRICIA FIELD: Carrie (Sarah Jessica Parker) wciąż staje przed kolejnymi wyborami. Faceci, inne życiowe sprawy. Napisała książkę, dojrzała. Pomyślałam, że po tych pięciu latach będzie więcej wydawać na swoje ciuchy. Wybierze bardziej wyszukane stroje. Jej doświadczenie idzie w parze z seksapilem. Samantha (Kim Cattrall) zmieniła się najmniej. Jest tak samo zwariowana, jak była. A może nawet trochę bardziej? Miranda przeszła dużą metamorfozę. Ubraniami weszła do najwyższej ligi. Ma naprawdę piękne i stylowe stroje.

GALA: Czego się bałaś najbardziej? Powtórek, przesady?

PATRICIA FIELD: Wciąż z tyłu głowy miałam taką myśl: „Nie patrz na to, co może być modne, co stanie się trendem”. To byłaby porażka. Po prostu chciałam, żeby ładnie wyglądały. Wybierałam nowe rzeczy, ale sięgałam też po ciuchy modne 10 lat temu. Kiedy pasują do osoby, nikt nie zwróci uwagi na to, że są „z innej epoki”.

GALA: Dziewczyny nie były zazdrosne o stroje?

PATRICIA FIELD: Nie. Wiedziały, że Carrie nie może założyć ciuchów Samanthy i na odwrót.

GALA: Powiedziałaś, że Sarah Jessica Parker ma „najlepsze ciało” spośród wszystkich gwiazd, z którymi pracowałaś.

PATRICIA FIELD: I wciąż podpisuję się pod tym stwierdzeniem. Wszystko świetnie na niej wygląda. Jest bardzo proporcjonalna. Mimo niewielkiego wzrostu ma długie nogi i piękną talię. Chodzi z gracją i lekkością. Nie jest przesadnie umięśniona. Ma ładną linię ramion i idealny biust. Perfekcyjne małe ciałko.

GALA: Nawet z jej suknią ślubną do filmu nie było problemów?

PATRICIA FIELD: Najpierw zamówiłyśmysuknie od ulubionych projektantów. Ściśnięte na wieszakach w sumie zajmowały 12 metrów powierzchni magazynu. Sarah przymierzyła wszystkie. Najpierw zostało 50, później 10 i tak stopniowo doszłyśmy do tej jednej, jedynej. Od Vivienne Westwood.

GALA: Cenisz ją?

PATRICIA FIELD: Bardzo. Ale prawdziwym numerem jeden jest John Galliano. To on sprawia, że moda wciąż zaskakuje. Lubię go też za to, że dla niego projektowanie to wciąż sztuka, a nie tylko biznes.

GALA: A ikona mody wszech czasów?

PATRICIA FIELD: Zdecydowanie Kleopatra. Minęły tysiące lat, a wciąż się na niej wzorujemy.

GALA: Ludzie zaczepiają cię, prosząc o poradę?

PATRICIA FIELD: Często. Podchodzą i wprost pytają, co powinni założyć. Niektórzy są bardziej przebiegli: „O, ty jesteś Patricia Field. Uwielbiam twoją pracę, szalenie mnie inspiruje. A co sądzisz o tej marynarce? Będzie mi w niej dobrze?”.

GALA: Jesteś z nimi szczera?

PATRICIA FIELD: Zawsze mówię prawdę. Niezależnie od tego, czy jest dla nich miła, czy nie.

GALA: Złota rada?

PATRICIA FIELD: Pieniądze nie mają nic wspólnego z dobrym smakiem. Nie musisz mieć kasy, żeby świetnie wyglądać.