Na spotkanie Patricia przyszła prosto z wykładów. Na co dzień nosi okulary i sprawia wrażenie osoby dorosłej, poważnie myślącej o życiu. A przecież w tym roku zdawała maturę. Kiedy podnosi filiżankę z herbatą, na jej lewym nadgarstku widzę tatuaż. „Ten napis to tybetańska mantra – wyjaśnia. – Mój były chłopak był buddystą. Byłam w nim bardzo zakochana. Zrobiliśmy sobie identyczne tatuaże, a potem... rozstaliśmy się”. Patricia przyznaje, że tamto uczucie przyszło za wcześnie i przetoczyło się po niej jak lawina. Teraz jest gotowa i czeka na wielką miłość.

GALA: Czego szukasz w mężczyznach?

PATRICIA KAZADI: Charyzmy, inteligencji, barwy głosu. Facet powinien być niezależny, zaradny i mieć pasję. Lubię też, kiedy mężczyzna jest dobrze wychowany i szarmancki. Myślę, że jeszcze nie spotkałam swojej drugiej połówki, ale mam na to dużo czasu. Do domu przyprowadzę chłopaka, dopiero jak będę pewna, że chcę mieć narzeczonego i że tata go zaakceptuje (śmiech).

GALA: Twój ojciec 26 lat temu przyjechał z Zairu (obecnie Demokratyczna Republika Konga - przyp. red.) na studia do Polski. Zakochał się i został. Byłaś już w jego kraju?

PATRICIA KAZADI: Jeszcze nie, choć co roku planujemy taki wyjazd całą rodziną. Kiedyś było niebezpiecznie z powodów politycznych, a teraz brakuje nam okazji. Ale na pewno się wybierzemy. Chciałabym poznać swoje korzenie, zobaczyć miejsce, gdzie tata się urodził, gdzie chodził do szkoły. Ja urodziłam się i wychowałam w Warszawie.

GALA: W internecie można przeczytać, że miałaś problemy z rasizmem.

PATRICIA KAZADI: Rozdmuchano ten temat zupełnie niepotrzebnie. Nikt mnie w Polsce nie prześladował. Czasem tylko słyszałam uszczypliwe uwagi albo jakieś głupie przezwiska typu "asfalt". W dzieciństwie nie umiałam się przed nimi bronić, co najwyżej popłakałam sobie w kącie. Dziś zbywam to żartem. Jak słyszę: "asfalt", mówię: "A tak, mam problemy na przejściu dla pieszych, bo jak idę przez pasy, to raz mnie widać, a raz nie". I ci, co chcieli mnie obrazić czy sprowokować, śmieją się razem ze mną. Ale takie sytuacje zdarzają się już bardzo rzadko.

GALA: Ciekawe, jak się poznali twoi rodzice?

PATRICIA KAZADI: Tata spotkał mamę na schodach w akademiku w Lublinie już drugiego dnia po przyjeździe. Ona studiowała w Wyższej Szkole Muzycznej, grała na fortepianie i na akordeonie, on był studentem politechniki. Zakochał się od pierwszego wejrzenia, ale ona była niedostępna i udawała, że nie zwraca na niego uwagi. Zdobył ją sposobem.

GALA: Sposobem?

PATRICIA KAZADI: Tata opowiada, że mama była najpiękniejszą dziewczyną na roku, w dodatku artystką. Wszystkim się podobała i wiedziała o tym. Nie miał szans, musiał więc znaleźć jakiś podstęp. W akademiku mama mieszkała w pokoju z mniej atrakcyjną koleżanką. I tata udawał, że interesuje się tą drugą. Odwiedzał ją, przynosił kwiaty, czekoladki. Pokazywał, jaki potrafi być czarujący. Chciał, żeby mama była zazdrosna. Pewnego dnia koleżanka wyjechała, a on przyszedł jak zwykle. Mama powiedziała, że koleżanki nie ma, a on na to, że przyszedł do niej, bo chce porozmawiać. Puścił płytę Marvina Gaye’a ze swoim ulubionym utworem "Let’s Get It On” (do dziś jest to ich piosenka) i – jeszcze ze słownikiem w ręku, bo słabo mówił po polsku – powiedział mamie, co do niej czuje. Następnie się oświadczył. Mama zaskoczona całą sytuacją stwierdziła, że nie jest zainteresowana małżeństwem. Ale zadziałało.

GALA: Mama przestała grać na fortepianie, a swoje artystyczne marzenia przelała na ciebie?

PATRICIA KAZADI: Miałam zaledwie kilka lat, gdy woziła mnie na zajęcia taneczne w zespole Tintilo. To ona namówiła mnie na casting do musicalu „Piotruś Pan”. Konkurencja była ogromna, tysiące dzieciaków. Przez rok brałam udział w przygotowaniach do tego spektaklu. Miałam grać Tygrysicę Lilię. Ostatecznie rolę dostała koleżanka. Blondynka, która musiała nosić czarną perukę i przyciemniać skórę w solarium. A ja byłam taka naturalnie! Co z tego, kiedy odpadłam przez swoją nieśmiałość. Nie miałam siły przebicia.

GALA: A jednak kilka lat później trafi łaś do serialu „Egzamin z życia”.

PATRICIA KAZADI: Na casting namówiła mnie koleżanka. Wiadomo, jak to jest, tłok, ścisk, straszne nerwy. Miałam zagrać scenę, w której wściekam się na brata. Byłam zdenerwowana, więc wyszło naturalnie. Spodobałam się. Postawiono mi jeden warunek – mam się pozbyć tremy.

GALA: To nie takie proste. Nie wystarczy powiedzieć sobie: spokojnie, wszystko będzie dobrze.

PATRICIA KAZADI: Dlatego chodziłam na zajęcia aktorskie prowadzone przez znaną reżyserkę Teresę Kotlarczyk w agencji Grupa XXI. Dla mnie to było jak psychoterapia. Musiałam pokonać barierę wstydu, czasem zatańczyć albo rozpłakać się na zawołanie, kiedy indziej zrobić z siebie pajaca. Pomogło, ale z tremą walczę do dziś.

GALA: Jako serialowa Anka Chełmicka radzisz sobie całkiem nieźle. Masz narzeczonego, ale w twoim życiu pojawia się też inny chłopak.

PATRICIA KAZADI: Mój narzeczony jest koszykarzem. Gra teraz w Gdańsku i widujemy się tylko w weekendy. Ostatnio byłam na Mazurach i oglądałam pokaz tańca, który prowadził Żora Korolyov z „Tańca z gwiazdami”. W serialu nazywa się Anatolij Romanow. Chyba wpadłam Anatolijowi w oko, ale reszty nie mogę zdradzić, o tym będzie w następnych odcinkach.

 

GALA: Nie chciałaś zdawać do szkoły aktorskiej?

PATRICIA KAZADI:Od dziecka tata powtarzał mi, że praca w show-biznesie to nic pewnego, że trzeba mieć konkretny zawód i zabezpieczenie na przyszłość. On zawsze na pierwszym miejscu stawiał wykształcenie. Kiedy tylko pojawiały się gorsze stopnie, musiałam przerywać zajęcia dodatkowe. W ten sposób pożegnałam się ze stepowaniem i szkołą muzyczną II stopnia. Bardzo tego żałowałam.

GALA: Buntowałaś się, kiedy rodzice decydowali za ciebie?

PATRICIA KAZADI: Nie, bo prędko zrozumiałam, że to nic nie da. Tata potrafi być nieugięty, ale to dobrze, dyscyplina jest ważna. A uczyć się też warto.

GALA: Na przykład języków obcych?

PATRICIA KAZADI: Oczywiście. Jako dziecko uczyłam się francuskiego, ale tata bardzo chciał, żebym znała także angielski, i stawiał mi za wzór moją koleżankę. Czułam się zazdrosna, że tak ją wychwala, więc zapisałam się do tej samej szkoły językowej i wkrótce ją dogoniłam. Pomógł mi też zespół Spice Girls. Byłam jego fanką i tłumaczyłam sobie teksty piosenek.