Patricia Kazadi od dziecka chciała być przebojowa jak Jim Carrey i tańczyć jak Michael Jackson. Długo jednak musiała walczyć ze swoją nieśmiałością. Gdyby jej nie przezwyciężyła, zostałaby zniszczona. Pierwsza w rodzinie weszła w świat show-biznesu, sama musiała przetrzeć szlaki. Ale tak jak sobie wymarzyła, jest znaną aktorką.

Jesteś artystką w amerykańskim stylu – nie martwisz się, nie planujesz, żyjesz z dnia na dzień i realizujesz swoje marzenia. Wiesz, że taki luz bardzo denerwuje Polaków?

Naprawdę tak myślisz? Gdybym się nad tym zastanawiała, niczego bym nie osiągnęła. Ja po prostu spełniam swoje marzenia, bardzo ciężko pracuję i nie czepiam się innych. Od dziecka wiedziałam, co chcę robić, i konsekwentnie dążę do samorealizacji. A nie było łatwo. Nigdy nie miałam menedżera – w wieku 13 lat podejmowałam pierwsze zawodowe decyzje i brałam za nie odpowiedzialność. Musiałam szybko się usamodzielnić i jak się potocznie mówi, ogarnąć się.

Jak Ci się to udało?

Nie wiem (śmiech), ale przez te 15 lat w branży nie angażowałam się w projekty, których dzisiaj bym się wstydziła. Po prostu postępowałam zgodnie z tym, co podpowiadała mi intuicja. Wyniesione z domu konserwatywne, wręcz wojskowe wychowanie, również się do tego przyczyniło. Z perspektywy czasu cieszę się, że tak wyglądała moja droga, długo wyczekiwany sukces smakuje lepiej.

Mówisz, że w pracy kierujesz się intuicją. Ona chyba Cię nie zawodzi, bo Twoja kariera nabiera tempa.

Miło, że tak uważasz. Staram się rozwijać: kolejne projekty telewizyjne, filmowe, kosmetyczne. Ciągle jestem w akcji. Dzięki roli w „Bodo” spełniłam marzenie o udziale w filmie opowiadającym o polskiej historii. Jestem Polką z krwi i kości. Tutaj się urodziłam i wychowywałam. Mam polską historię zaszczepioną pod skórą, ale ze względu na mój wygląd nie pojawię się w takich produkcjach, jak: „Katyń”, „Quo vadis” czy „Pan Tadeusz”. W „Bodo” wcielam się w postać Reri, gwiazdy Hollywood, która, zupełnie jak ja, uwielbiała taniec, śpiew i aktorstwo. Przyjechała do Polski na premierę swojego filmu „Tabu” i zakochała się do szaleństwa w Eugeniuszu Bodo.

Naprawdę jesteście do siebie podobne. Reri również wzbudza zainteresowanie swoim wyglądem: jest charakterystyczna, a przy tym odważna i bezkompromisowa.

Ja tylko sprawiam wrażenie odważnej i bezkompromisowej. Długo musiałam walczyć ze swoją nieśmiałością. Pamiętam, jak nauczycielka podczas jednego ze szkolnych przedstawień, chwaląc moje umiejętności, zaznaczyła, że jeśli nie uwierzę w siebie, niczego nie osiągnę. I takie sytuacje spotykały mnie ciągle. Po wielu latach przegrywania z przebojowymi, pełnymi scenicznej charyzmy dziewczynami postanowiłam wziąć się w garść. Spojrzałam w lustro i stworzyłam swoje alter ego Tygrysicę Lilię, którą teraz moi znajomi i rodzina nazywają po prostu Kazadi. Często śmieją się, jak mam np. tremę przed wyjściem na scenę, i mówią: „ Dobra, czas zostawić Patusię za drzwiami. Kazadi, pora na Ciebie!”. Kazadi nie jest kimś totalnie innym, ale dodaje mi odwagi, by wejść na scenę, gdzie jestem już sobą, i robię to, co kocham najbardziej. Prywatnie zostaje Patka, czyli ciepłe kluchy. (śmiech)

Mimo to zawsze wiedziałaś, co chcesz osiągnąć?

Już w przedszkolu chciałam być przebojowa niczym Jim Carrey, grać takie koncerty jak Michael Jackson. Imponowało mi to i było dla mnie ogromną inspiracją. Jako 6-latka organizowałam w domu teatrzyki. Na zaproszeniu pisałam: „W roli głównej: ja, scenografia: ja, reżyseria: ja, główna rola: ja”. I sprzedawałam bilety po 2,5 zł. (śmiech) Uwielbiałam ich rozśmieszać. Dzisiaj też, kiedy odwiedzam babcię, zawsze sypię żarcikami albo porywam ją do tańca. Jednak rodzina to co innego – scena natomiast długo mnie paraliżowała.

Naprawdę trudno mi w to uwierzyć, bo sprawiasz wrażenie osoby pewnej siebie, przebojowej.

Wszyscy tak mówią. Musiałam stworzyć sobie zbroję, bo inaczej ciężko byłoby mi się utrzymać w show-biznesie. Często jest tak, że osoby, które na scenie są przebojowe i charyzmatyczne, na co dzień nie lubią zwracać na siebie uwagi. Jako dziecko wstydziłam się swojego imienia! Do dziś, kiedy się przedstawiam, mówię „Patrycja”, a nie „Patricia”. Boję się, że ktoś odbierze to jako przejaw pretensjonalności, co jest niedorzeczne, bo tak przecież mam na imię. Nie chcę jednak zwracać na siebie uwagi i wolę wtopić się w tłum.

A młody wiek nigdy nie był problemem  w relacjach zawodowych?

Oczywiście, że był, i przez to traktowano mnie protekcjonalnie. Na spotkaniach często zwracano się do mnie per „dziewczynko” i sugerowano, że niewiele mogę wiedzieć. Początkowo puszczałam to mimo uszu, uśmiechałam się albo spuszczałam głowę. Nie chciałam się stawiać. Ale po latach zrozumiałam, że muszę walczyć. W przeciwnym razie ludzie wykorzystają to, że jestem uległa i nie bronię swojego zdania, a w show--biznesie trzeba mieć twardy tyłek.

Znasz już swoją wartość czy potrzebujesz być doceniana przez innych?

Każdy powinien znać swoją wartość, ale miło od czasu do czasu czuć się docenionym za pracę, którą się wykonuje. Niestety, często zdarza się, że ludzie krytykują mnie dla zasady. Na szczęście teraz przejmuję się tylko konstruktywnymi opiniami.

Z asertywnością nie masz już problemu? Ostatnio, gdy rozmawialiśmy, wspominałaś, że nie umiesz mówić: „nie”.

Nigdy nie chciałam nikogo urazić. Zależało mi, by osoby, z którymi pracuję, były zadowolone, często kosztem mojego komfortu. Tak się nie da – bo zżerały mnie nerwy, a potem wyrzuty, że robię coś wbrew sobie. Dziś już wiem, że nie da się zadowolić wszystkich. W mediach trzeba nauczyć się iść na kompromis, ale zawsze w granicach rozsądku.

Wyobrażasz sobie czasami, że rzucasz pracę i robisz coś totalnie innego?

Show-biznes to moje życie, nawet gdybym chciała robić coś innego, pewnie długo nie dałabym rady. Życie bez tej adrenaliny, muzyki nie miałoby dla mnie sensu. Tutaj czuję, że żyję.

Mając tak napięty grafik: próby, podróże, koncerty, z trudem chyba znajdujesz czas na przyjemności poza pracą?

Przyzwyczaiłam się do tego, bo nie pamiętam innego życia. Rodzice, choć nie spodziewali się, że dziecięce podrygi ostatecznie staną się moją pracą, pozwalali mi rozwijać pasje, pod warunkiem że będę miała świetne oceny. A ja, jako typowa kujonica, nie umiałam odpuścić – pięć plus zamiast szóstki z testu z polskiego to był koniec świata. Dlatego codziennie wstawałam o piątej rano, uczyłam się do siódmej i szłam do szkoły. Po zajęciach jechałam na próby do teatru, potem do szkoły muzycznej, a wieczorem na spektakl.

I nie myślałaś nigdy: po co mi to?

Nie, bo ja lubię się zmęczyć. Teraz i tak pracuję dużo mniej niż na przykład 10 czy 5 lat temu. Wtedy byłam nie do zatrzymania. Potrafiłam z jednego planu jechać na drugi. Teraz układam swój grafik tak, by znaleźć czas na  przyjemności.

A dla rodziny?

Staram się każdą wolną godzinę poświęcać bliskim: babci, rodzicom, rodzeństwu. Mam młodszego brata i siostrę. Chociaż dzieli nas przepaść pokoleniowa, usiłuję nadawać z nimi na tych samych falach. Oczywiście, nie tracąc przy tym autorytetu starszej siostry. (śmiech)

Kto z rodziny jest Ci najbliższy?

To bardzo trudne pytanie. Kocham całą rodzinę, ale szczególne miejsce w moim sercu zajmuje babcia. Mamy niesamowitą więź – gdy tylko ją widzę, rozpromienia mi się serducho. Moje całe dzieciństwo, to beztroskie, zanim zaczęłam pracować, związane jest z babcią. Mieszkałyśmy wtedy razem w Łukowie. Spędziłam tam pierwsze 4 lata życia, bo rodzice ciężko pracowali. Babcia odprowadzała mnie na zajęcia teatralne. Brała na barana i razem pokonywałyśmy drogę z autobusu do domu. Wspólnie pieliłyśmy ogród, zrywałyśmy jabłka w sadzie, lepiłyśmy pierogi. Do dziś powtarzam, że wszędzie jest dobrze, ale u babci najlepiej!

Ile lat ma babcia?

87 lat i zawsze powtarzam jej, jak zaczyna narzekać, że się starzeje, żeby pamiętała o moim ślubie. To ona musi odprowadzić mnie do ołtarza i trzymać za rękę przy pierwszym porodzie. Na szczęście ma tyle energii, że czasami dziwię się, skąd ona ją czerpie.

Babcia odkryła Twój talent?

To była kwestia przypadku. Mama, jak każda kobieta, uwielbia zakupy. Miałam niecałe 3 lata, gdy wybrałyśmy się razem po buty. Jeden sklep, potem drugi. Bardzo się nudziłam. Nagle usłyszałam dobiegający z głośników utwór, który od razu wpadł mi w ucho. Zaczęłam bawić się zasłoną i tańczyć! Jedną z klientek tego butiku była kobieta prowadząca teatr muzyczny. Poprosiłam mamę, by pozwoliła mi wziąć udział w castingu, który zresztą wygrałam. (śmiech) Rodzice zawsze traktowali moją karierę z przymrużeniem oka. Ale kiedy zaczęłam angażować się w coraz więcej projektów, próbowali mi wybić to z głowy. Do końca walczyli, bym skończyła SGH i skupiła się na poważnych rzeczach. Na szczęście nie udało im się mnie powstrzymać. (śmiech)

Rzuciłaś studia?

Tak, niestety, na trzecim roku. Zdałam wszystkie egzaminy, ale odpuściłam napisanie pracy. Żałuję, choć nic straconego. Wiem, że jeszcze domknę ten etap w swoim życiu. Kujonka bez wyższego wykształcenia? Nie może być!

A może po prostu miałaś dość łączenia studiów z pracą? Nie żałujesz czasami, że nie dałaś sobie w dzieciństwie więcej wolności?

Czasami tak, dlatego teraz więcej uwagi poświęcam imprezom, oczywiście nie zaniedbując obowiązków zawodowych. Nie jestem już tak surowa wobec siebie jak w dzieciństwie, kiedy nie chodziłam nawet na wagary! Staram się być bardziej spontaniczna i po prostu cieszyć się życiem. Jeśli dzisiaj powiedziałbyś mi: „Kupiłem dla nas bilety, jutro o 9 rano lecimy do Brazylii”, zrobiłabym wszystko, by tam z tobą polecieć! Uwielbiam spontaniczne wyjazdy na wakacje z przyjaciółmi. Większość zarobionych pieniędzy wydaję albo na nagrania w studiu, albo na podróże. Nic nie daje mi takiego energetycznego kopa jak tydzień na plaży spędzony razem z ukochaną paczką przyjaciół!

W przyjaźni kierujesz się rozumem czy emocjami?

Na początku emocjami, a dopiero później rozumem…

I nigdy się nie zawodzisz?

Często, ale ja nie jestem kolekcjonerką przyjaciół. Mam stałe grono bliskich osób, z którymi trzymam się od lat. Dwie przyjaciółki i trzech przyjaciół. Zgrana piątka. Czworo z nich znam  od liceum, z kolei Monikę poznałam pierwszego dnia studiów. To była przyjaźń od pierwszego wejrzenia. (śmiech)

To ludzie z branży?

Każde z nich ma swoją pasję, ale żadne nie pracuje w show-biznesie. Cenię ich za to, że są prawdziwi, nikogo nie udają.

Czego nie byłabyś w stanie wybaczyć przyjaciółce?

Kłamstwa i braku lojalności. To dla mnie tzw. deal-breaker. Nie potrafiłabym już jej zaufać.

A jakim człowiekiem trzeba być, żeby się z Tobą zaprzyjaźnić?

Rzadko nawiązuję głębsze więzi z nowo poznanymi osobami. Przyjaźń to intymna relacja, potrzebuję czasu, by się przed kimś otworzyć i zaufać mu na tyle, by nazwać go przyjacielem. Śmieszy mnie, gdy ktoś po kilkugodzinnej rozmowie deklaruje, że już wszystko o mnie wie i że się przyjaźnimy.

Z czego to wynika?

To chyba kwestia zawodu, który wykonuję. Nie powinnam opowiadać o intymnych szczegółach ze swojego życia byle komu, bo to może zostać wykorzystane przeciwko mnie. W dzieciństwie, kiedy nie chciałam o czymś rozmawiać, pisałam piosenki. Pianino traktowałam jak przyjaciela, bo nie musiałam przed nim niczego ukrywać.

Pamiętnik też pisałaś?

Nie, pamiętnikiem były moje utwory. Od 11. do 17. roku życia napisałam 200 piosenek, każda skrupulatnie opatrzona datą. Spisane nuty, tekst... byłam bardzo dokładna w archiwizacji. Większość z nich opowiada o emocjach towarzyszących dojrzewaniu – pierwszym zauroczeniu, złamanym sercu, relacjach z rodzeństwem.

A kiedy wracasz pamięcią do tych piosenek, jaką Patricię w nich odnajdujesz?

Często jestem w szoku, słuchając tych utworów. Były na maksa skomplikowane, jeśli chodzi o kompozycję, a teksty, jak na nastolatkę, megadojrzałe. Wtedy byłam na bieżąco z klasyką, uwielbiałam chodzić do filharmonii, skończyłam szkołę jazzową… Teraz zajmuję się muzyką komercyjną i to jest zupełnie inny świat.

Twoja mama powiedziała kiedyś, że jesteś najwrażliwszą osobą, jaką zna, że nie umiesz przejść obojętnie obok ludzkiej krzywdy.

Są plusy i minusy tej wrażliwości. Rozczulają mnie ludzie o dobrym sercu: jestem w stanie oddać im wszystko.

A gdyby coś przytrafiło się komuś bliskiemu i zadzwoniłby do Ciebie w środku nocy, byłabyś w stanie zmienić swoje plany i mu pomóc?

Oczywiście, że tak. Kocham swoją pracę, ale rodzina i najbliżsi są dla mnie zawsze na pierwszym miejscu. Jestem do ich dyspozycji bez względu na porę. Uwielbiam też robić im prezenty i niespodzianki. To mi sprawia największą radość.

Szczęście w życiu prywatnym jest dla Ciebie ważniejsze niż sukcesy zawodowe?

Bardzo rzadko udaje mi się łączyć sukcesy zawodowe z powodzeniem w życiu prywatnym. Jednak jeśli miałabym wybierać: praca czy rodzina, zawsze wybieram rodzinę.

A kiedy jesteś zakochana, lepiej pracujesz?

Fatalnie! (śmiech)

Dlaczego?

Bo jak kocham, to na maksa. Każdą wolną chwilę chcę spędzać z tą osobą. Wszystko kręci się wokół niej. Mam mniejszą presję pracy, wolę wspólnie z ukochanym zwiedzać świat, uczyć się języków. No i... nie umiem się na niczym skupić. Nie znasz tej zasady, że najpiękniejsze piosenki pisze się po nieszczęśliwej miłości? Więc kiedy się zakochuję, nie mam o czym pisać. Wszyscy ludzie, z którymi jestem związana zawodowo, wolą, żebym była singielką. (śmiech)

Czyli kiedy dzwonisz do nich i mówisz: „Poznałam fajnego faceta”, są załamani?

Każdy swój związek ukrywałam tak długo, jak to możliwe.

Zdarzyło Ci się rzucić wszystko dla miłości?

Oczywiście, jestem totalną romantyczką! Ale nie chcę rozmawiać o kulisach moich związków.

Facetów nie odstrasza taka zaradna, przebojowa kobieta?

Nie wiem, czy odstrasza, ale są pewnie tacy faceci, którzy lubią wyzwania i skoki na bungee. (śmiech) Mama zawsze powtarzała, że trudno będzie mi znaleźć faceta. Mam taką pracę, że o 3 nad ranem mogę dostać telefon, że następnego dnia lecę do Nowego Jorku. W ciągu kilku godzin muszę się spakować i być gotowa do wyjazdu. Życie z kimś takim jak ja bywa męczące. Nie można niczego zaplanować, no i... nie można się swobodnie zachowywać w miejscach publicznych.

Ale byłaś przecież w kilku związkach, czyli znaleźli się tacy mężczyźni, którzy umieli Ci dotrzymać kroku.

Tak. Związek nie polega na tym, by jedna osoba hamowała rozwój drugiej. Najważniejsze jest wzajemne otywowanie się: jeśli jesteś w stanie zaakceptować, że Twój partner chce się rozwijać i pracuje w taki, a nie inny sposób, super, wspieraj go. Ja na szczęście byłam z mężczyznami, którzy również prowadzili intensywny i chaotyczny tryb życia – więc świetnie się dogadywaliśmy.

Co musi mieć facet, żebyś zwróciła na niego uwagę?

Pociąga mnie inteligencja, barwa głosu, charyzma. No i... wzrost. Lubię wysokich mężczyzn. Najlepiej 190 i więcej. (śmiech) A tak poważnie: nie ma nic bardziej sexy niż facet z poczuciem humoru. Uwielbiam się śmiać, a mężczyzna, który umie mnie rozbawić i sprawia, że nawet ciężkie dni stają się nieistotne, ma moje serce.

Jesteś śliczną dziewczyną, zwracasz uwagę mężczyzn, pojawiasz się na okładkach magazynów. Lubisz siebie?

Nie popadam w samozachwyt, ale lubię siebie, choć długo mi zajęło dojście do tego etapu. Mimo że mam dystans do siebie, jestem swoim najsurowszym krytykiem. Ostatnio poznałam dziewczynę, obiektywnie bardzo ładną.  Powiedziałam, że świetnie wygląda, a ona na to: „Tak, gdyby nie ten złamany nos”, i zaczęła się śmiać. Ma z tym totalny luz, chętnie robi sobie zdjęcia, na których podkreśla kształt nosa! Chciałabym tak wychować swoje dzieci, by w pełni się akceptowały. Ja mam ten problem, że mój wygląd codziennie oceniają inni. Czuję odpowiedzialność, a nawet presję z tym związaną, dlatego staram się o siebie dbać. Ale bez histerii – muszę też sobie pożyć, dlatego nie ma szans, bym odpuściła sobie porcję serowych nachos w kinie. (śmiech)

A co w sobie lubisz?

Myślę, że szczerość i dobre serducho. To się nigdy nie zmieni. Takimi ludźmi też staram się otaczać.

Rola w „Bodo” była spełnieniem Twojego marzenia. A teraz jakie masz marzenia?

Mam w głowie tysiące pomysłów, głównie związanych z muzyką. Wierzę, że wkrótce wydarzą się wspaniałe rzeczy. Myśl o mnie ciepło.