Wygląda jak Celia z „Lulu na moście”: dżinsy, T-shirt, sportowe buty. Twarz bez makijażu, ciasno związane z tyłu włosy. Gdy je rozpuści – a sięgają poniżej pasa – jest jak księżniczka z opowieści Szeherezady. Ma świetną passę. I zawodową, i prywatną: została mamą. Ośmiomiesięczna Frania ma wielkie, niebieskie oczy i pucołowatą buzię. To wokół niej kręci się teraz świat Patrycji.

GALA: Rzadko się zdarza, żeby aktorka u progu kariery decydowała się na macierzyństwo. Nie miałaś dylematu: kariera czy dziecko?

PATRYCJA SOLIMAN: Los zadecydował za mnie. I to, że Frania się urodziła, to była najsłuszniejsza decyzja w moim życiu.

GALA: Jest podobna do ciebie?

PATRYCJA SOLIMAN: Nie. Ja byłam żywym dzieckiem, a Frania to typ filozofa-myśliciela. Wszystko musi obejrzeć, sprawdzić. Jest też uparta.

GALA: Ojciec córeczki pomaga ci w jej wychowywaniu?

PATRYCJA SOLIMAN: Nie rozmawiam na ten temat.

GALA: Dużo pracujesz, jak udaje ci się pogodzić obowiązki?

PATRYCJA SOLIMAN: Codziennie wstaję o piątej rano, bo Frania zaczyna o tej porze dzień. Jest widno, trzeba się bawić i cieszyć. Więc ja też muszę. O 9.30, gdy przychodzi opiekunka, idę do teatru na próbę. Zaraz po niej przejmuję Franię w parku i spacerujemy. Później wracamy do domu się kąpać. I wtedy znów przychodzi opiekunka, a ja idę na drugą próbę lub przedstawienie. Kiedy wracam po spektaklu, Frania śpi. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę kogoś tak kochać. Frania przewartościowała wszystko. Aktorstwo, teatr. Jest najważniejsza.

GALA: Nie jest ci lekko.

PATRYCJA SOLIMAN: Nie jest, ale w takim sensie, że za mało czasu spędzam z Franią. Bardzo za nią tęsknię. Mam wyrzuty sumienia, że dużo pracuję. Nigdy nie zapomnę pierwszego świadomego uśmiechu Frani, gdy rozpoznała we mnie mamę.

GALA: Przeszłaś szkołę życia?

PATRYCJA SOLIMAN: Na pewno. Podejmując decyzję, nigdy nie wiemy, co się wydarzy. Ja swojej nie żałuję. Dzięki Frani zapominam o wszystkim, co trudne. Wszystko złe oddala się, maleje.

GALA: Reżyserzy obsadzają cię w rolach tajemniczych kobiet. Takie są twoje bohaterki w „Ogrodzie Luizy”, „Lulu na moście” a wcześniej nieziemska Jasminum. Znasz źródło tej tajemniczości w sobie?

PATRYCJA SOLIMAN: Myślę, że kryje się za tym rodzaj wrażliwości. Moja nie do końca ujawniona, nazwana i wygestykulowana osobowość. To znaczy, że więcej dzieje się u mnie w środku niż na zewnątrz.

GALA: Jesteś marzycielką?

PATRYCJA SOLIMAN: Trochę marzycielką, a trochę realistką. Staram się zachowywać zdrową równowagę. Kiedy moje marzenia się spełniają, wymyślam następne, żeby mieć do czego dążyć.

GALA: Młode aktorki marzą o tym, by znaleźć się w Teatrze Narodowym. Jak tobie się to udało?

PATRYCJA SOLIMAN: Miałam dużo szczęścia. Pewnie by się tak nie stało, gdyby moim opiekunem w Akademii Teatralnej nie był Jan Englert. Uczył mnie przez cztery lata, a potem przygotowywał z moim rokiem dyplom. Po studiach trojgu z nas zaproponował etaty. W Teatrze Narodowym zadebiutowałam już na trzecim roku rolą Kopciucha w sztuce Janusza Głowackiego.

GALA: Masz szczęście również do wybitnych reżyserów, jak Agnieszka Glińska, Jan Jakub Kolski, Maciej Wojtyszko czy Maja Kleczewska. Czego cię nauczyli?

PATRYCJA SOLIMAN: To ważne dla mnie osoby. I jako ludzie, i jako twórcy, autorytety. Jan Englert nauczył mnie warsztatu, gotowości aktorskiej, lepił mnie jako aktorkę. Podobnie jak Agnieszka Glińska, która prowadziła ze mną zajęcia, a dzisiaj jest moją wielką podporą życiową. Maja Kleczewska, u której znów będę grała, jest reżyserką ekstremalną. Bywa potworem, żyje teatrem i tego samego wymaga od aktorów: totalnego poświęcenia się i rezygnacji z życia prywatnego.

GALA: Jesteś na to gotowa?

PATRYCJA SOLIMAN: Jest mi ciężko. Nasza praca będzie musiała wyglądać inaczej, niż gdy byłam sama i mogłam się rzucić w wir pracy. Dzisiaj nie ma o tym mowy.

GALA: Dwa lata grałaś w „Pensjonacie pod Różą”. Nie bałaś się serialowej szufladki?

PATRYCJA SOLIMAN: Gdybym cokolwiek złego powiedziała o serialach, byłabym hipokrytką. Rolę Kaliny wygrałam w castingu. Byłam na drugim roku Akademii Teatralnej, uważałam, że chwyciłam Pana Boga za nogi! Reżyser Maciej Wojtyszko nauczył mnie pracy z kamerą. I nie oszukujmy się, serial to źródło niezłych pieniędzy. Muszę zarabiać, bo żyję na styk.

GALA: Jednak odmówiłaś udziału w serialowym hicie „Brzydula Ula”.

PATRYCJA SOLIMAN: Z żalem, bo mam zajęty przyszły sezon. Gram w teatrach. Nie jest też tak, że dla pieniędzy przyjmę każdą propozycję.

GALA: A jakiej nie?

PATRYCJA SOLIMAN: Nie pójdę na pewno tańczyć na łyżwach ani śpiewać z gwiazdami. Tańczyć nie lubię, łyżwy nie są moją życiową pasją, a pośpiewać mogę w przedstawieniu. Pieniądze chcę zarabiać w zawodzie, który kocham.

GALA: Kiedy doszłaś do wniosku, że to właśnie aktorstwo?

 

PATRYCJA SOLIMAN: Sama nie wiem. Miłością do teatru zaraziła mnie mama, która często zabierała nas z siostrą na spektakle. Nie pochodzę z artystycznej rodziny. Ojciec jest inżynierem, mama prowadziła księgarnię, a dziś pracuje w fundacji ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom. Jako dziecko byłam wstydliwa. Nie było takiej możliwości, żebym wystąpiła na szkolnej akademii, publicznie zaśpiewała czy wyrecytowała wiersz. Potem burzliwie przechodziłam okres dojrzewania, byłam okropna. Mama od razu pójdzie do nieba, bo czyściec miała już ze mną. Jako 14–15-latka chodziłam na wagary, paliłam papierosy i pyskowałam rodzicom. Próbowałam wszystkich zakazanych spraw. Przekraczałam granice, ile się da. Jak teraz pomyślę, co wyprawiałam… Gdyby moja córka takie rzeczy robiła, tobym ją zatłukła. Z przerażenia i strachu o nią. Jako nastolatka lubiłam szokować, zwracać na siebie uwagę.

GALA: Może dlatego wybrałaś aktorstwo – gwiazdę widzą wszyscy.

PATRYCJA SOLIMAN: Być może. Za nic w świecie nie chciałam być taka jak wszyscy. Kiedy ogoliłam głowę, znalazłam się w centrum zainteresowania. Na szczęście mama jakoś ze mną wytrzymała. Dzisiaj mamy świetne porozumienie. Jest członkiem paczki, z którą chodzimy na przedstawienia, i superpartnerem w rozmowach o teatrze. A także cudowną babcią dla Frani.

GALA: Twoje pierwsze pół roku w Akademii Teatralnej?

PATRYCJA SOLIMAN: Koszmar. Nie mogłam pojąć, o co chodzi w aktorstwie. Udawałam głupszą, niż jestem. Zakładałam maskę. Nawet mówiłam inaczej. Więc na scenie trudno mi było uzyskać wiarygodność. Totalne pudło!

GALA: Dlaczego się tak zachowywałaś?

PATRYCJA SOLIMAN: Chciałam być akceptowana, lubiana. Dużo czasu upłynęło, zanim zrozumiałam, że nie potrzebuję sympatii i akceptacji wszystkich, bo to się i tak nigdy nie uda.

GALA: Teraz jesteś prawdziwa czy wymyślona? – zapytam jak w „Lulu na moście”.

PATRYCJA SOLIMAN: Jestem prawdziwa. Teraz żyję naprawdę i nie boję się tego. Dojrzałam. Nie mam potrzeby udawania kogoś innego.

GALA: Jakich masz przyjaciół?

PATRYCJA SOLIMAN: Wspaniałych. Bez nich nie istniałabym. To Agnieszka Glińska, Ania Antonowicz, Kamilla Baar, moja mama i koledzy: Kamil Maćkowiak, Grzesiek Małecki z żoną Kingą. Z Agnieszką odnalazłyśmy się w prywatnej niemocy. Najpierw mojej, a potem jej. Wyciągnęła do mnie rękę, gdy byłam pogubiona. Dała mi dużo serca, uwagi i życzliwości, poczucia, że jestem ważna i warto o mnie zawalczyć. Z Kamillą Baar pracujemy w tym samym teatrze, mogłybyśmy rywalizować o role. A my cieszymy się, kiedy którejś coś się udaje. Czasami przyjeżdża do mnie, gadamy, pijemy wino, a potem grzebiemy w internecie. I Kamilla, i Ania Antonowicz, którą poznałam podczas kręcenia „Pensjonatu pod Różą”, były przy mnie w najgorszych momentach.

GALA: Czyli kiedy?

PATRYCJA SOLIMAN: Ania była jedną z pierwszych osób, do których zadzwoniłam, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Ryczałam w słuchawkę. Najpierw ona mnie pocieszała, a potem ja ją: cztery miesiące później okazało się, że Ania też zostanie mamą. Teraz, kiedy obie mamy cudowne dzieci, śmiejemy się z tamtej sytuacji. Ania mieszka z rodziną w Brukseli, z Kamillą jeździmy czasem do niej. Teraz zamierzamy razem pojechać nad Bałtyk.

GALA: O czym marzysz?

PATRYCJA SOLIMAN: O stworzeniu takich warunków do rozwoju mojemu dziecku, żeby nie odczuwało żadnych braków. Zastanawiam się, czy trochę nie przeginam, bo kupuję dla Frani góry ubranek, zabawek, gryzaczków, co się da. Przy okazji uzależniłam się od Allegro. Rozgrzeszam się, ponieważ nie kupuję nic sobie. O czym marzę? Jestem młoda, nie mam garba i jednej krótszej nogi. Wierzę, że stworzę jeszcze wspaniałą rodzinę i będę szczęśliwa.

GALA: Przydałby ci się magiczny kamień, pod którego wpływem, jak w „Lulu na moście”, rodzi się miłość?

PATRYCJA SOLIMAN: Ten kamień nosimy w sobie, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. W sercu, mózgu, gdzie kto chce. Ja też go mam. Nie wiem tylko, kiedy znowu zaświeci.