Zapraszamy na ekskluzywny wywiad z reżyserem, scenarzystą i pisarzem Patrykiem Vegą, twórcą kultowego "Pitbulla". Najnowszy film Vegi - "Pitbull. Niebezpieczne Kobiety" - zgromadził w kinach aż 2 131 000 widzów po trzecim weekendzie od premiery! Vega wylansował nowe gwiazdy - Piotra Stramowskiego iSebastiana Fabijańskiego. Ekspert od mocnego kina męskiego ostatnio został też ekspertem... od kobiet. To właśnie o nich Vega zrobił swój nowy film.

 

WYWIAD Z PATRYKIEM VEGĄ

- Strasznie dużo pracujesz. Tylko w tym roku premierę miały dwa Twoje filmy i dwie książki. Szybko żyjesz?

Przez wiele lat byłem pracoholikiem, ale żona mnie z tego wyleczyła. Kiedy nie mam zdjęć, każe mi wracać o 17 do domu i zmieniać się z reżysera i producenta w męża i ojca. Pilnuje, żebym w wakacje nie sprawdzał maili i nie odbierał telefonów. Jestem jej za to wdzięczny. Nie tak łatwo się odłączyć, kiedy jest się cały czas na wysokiej adrenalinie. A ja byłem przez wiele lat. Pracowałem od 14 roku życia. W weekendy handlowałem nielegalnym oprogramowaniem na giełdzie komputerowej. Zarabiałem dwie pensje mojej mamy. Zresztą, to ona ciągle mi powtarzała, że jestem najlepszy - to fajne, bo buduje poczucie wartości. Ale opacznie zrozumiane - nakłada ciężar zbyt wysokich oczekiwań. Chciałem jak najszybciej uzyskać od świata potwierdzenie, że to co mówi mama, jest prawdą. Od kiedy pamiętam miałem ciśnienie, żeby coś osiągnąć w życiu.

- Co robiłeś, żeby potwierdzić, że jesteś najlepszy?

Studiowałem jednocześnie na dwóch kierunkach: socjologii i dziennikarstwie. Dziennych. Na dodatek wymyśliłem, że zaliczę dwa lata w rok. I pracowałem od 9 do 17 jako sekretarka w studio filmowym Waldemara Dzikiego. Do dziś nie wiem, jak mi się to udało.

- Może jesteś po prostu zdolny?

Chyba bardziej mam szczęście. Poza tym nie zostawiam sobie w głowie wszystkiego, traktuję wiedzę instrumentalnie. Wyrzucam informacje, których nie potrzebuję. Dlatego mam ograniczoną znajomość historii, nie pamiętam podstawowych dat. Ale kiedy wchodzę w temat, który mnie kręci filmowo - drobiazgowo go analizuję. Umiem się przełączać między historiami. Teraz równolegle piszę trzy książki i przygotowuję dokumentację do czterech filmów.

- Czyli nadal jesteś pracoholikiem.

Przede wszystkim mam trójkę dzieci. Niektórzy mówią, że najlepsze rzeczy tworzy się właśnie mając dzieci. To prawda, doceniam każdą wolną sekundę. Nie mam czasu, żeby czekać na wenę. I jeszcze jedno: życie jest sinusoidą. Mam teraz dobry moment, ale on nie będzie trwał wiecznie.

- Od jak dawna masz ten dobry moment?

Od filmu “Służby specjalne”. Zacząłem się wtedy odbudowywać wizerunkowo po “Ciachu”. Ciągle mi się wydaje, że ta fala za chwilę przeminie. Staram się ją maksymalnie wykorzystać.

- W dwóch ostatnich “Pitbullach” udało Ci się z Piotra Stramowskiego zrobić nowego twardziela, z Alicji Bachledy-Curuś ostrą zdzirę, a z Mai Ostaszewskiej dresiarę. Kompletnie wbrew temu, co do tej pory grali. Hipnotyzujesz aktorów, coś im podajesz, czy jesteś tak przekonujący?

Buduję z aktorami bliskie relacje, często nie mają przede mną tajemnic. Umiem słuchać - aktorów też. I potem wiem, co mam nacisnąć w tym człowieku, żeby osiągnąć efekt, na którym mi zależy. Staram się przy tym stworzyć im maksymalny komfort, robię to z miłością. Ten zawód jest w pewnym sensie świadomą zgodą na manipulację reżysera, bo aktor wie, że to dokądś prowadzi. Zdarza się też, że umawiam aktorów z pierwowzorami postaci. Maja błyskawicznie weszła w sposób poruszania się i mówienia dziewczyny, na wzór której napisałem rolę.

ZOBACZ TEŻ: Tak Piotr Stramowski zmienił się do roli Majamiego w filmie "Pitbull. Nowe Porządki"

- Chciałam Cię spytać o kobiety, bo to o nich zrobiłeś najnowszego “Pitbulla”...

Moja żona powiedziała, że to mój pierwszy film, który spodoba się kobietom. Duży komplement, bo mało który facet potrafi o nich naprawdę opowiedzieć. Oczywiście pomogła mi dokumentacja, nie wymyśliłem postaci policjantek, one naprawdę istnieją. Ja po prostu oddałem im głos.

- Co musiało się stać, żebyś Ty, twórca mocno męskiego kina, zrobił tak świadomie kobiecy film?

Wychowywała mnie matka, dlatego zawsze rozumiałem kobiety. Dawno zauważyłem, że lubią ze mną rozmawiać, bo uważnie ich słucham. Poza tym, tak naprawdę jestem bardzo wrażliwym gościem, choć maskuję się, udając twardziela. Umiem płakać, wzruszać się. W środku jestem łagodnym człowiekiem. Przez wiele lat zastanawiałem się nad własnym stylem w kinie. Już prawie byłem pewny, że to będzie gatunek policyjny. Teraz wiem, że kilka kolejnych filmów, które zrobię będzie o kobietach w męskim świecie. To jest temat, który mnie kompletnie uwiódł.

- Ale dlaczego akurat teraz?

Po premierze “Pitbulla. Nowych porządków” dowiedziałem się od pewnego policjanta, że w 2015 roku 40% funkcjonariuszy przyjętych do policji to były kobiety. Olśniło mnie. Natychmiast zmieniłem plany dotyczące kolejnych filmów i postanowiłem szybko zrealizować właśnie ten temat. Z doświadczenia wiem, że trzeba być uważnym na znaki, działać w zgodzie z tym, co się udaje, a nie brnąć w to, co stawia opór. Kiedyś próbowałem na siłę przebijać głową mur. Nie wychodziło najlepiej.

- Kobiety są bardziej niebezpieczne od mężczyzn?

Ja się kobiet nie boję. Nawet wolę z nimi pracować, bo potrafią dla wyższego celu poświęcić własne emocje, są bardziej skłonne zrezygnować z ego. Pewien mój znajomy powiedział, że mężczyzna jest nieświadomym uczestnikiem prawdziwych przygód kobiet. Czy kobiety są niebezpieczne? Na pewno potrafią być bardziej bezwzględne od mężczyzn.

ZOBACZ TEŻ: Doda już wkrótce wystąpi w "Pitbullu"! Zagra w trzeciej części hitu:

- A kobiety rządzą światem?

Oczywiście. Cała nasza męska aktywność, zarabianie pieniędzy, dbanie o siebie jest po to, żeby zaimponować kobietom.

- Masz duże doświadczenie z kobietami?

Tak, jeśli patrzeć na jakość związków, nie - jeśli na ilość partnerek. Zanim poznałem moją żonę, przez kilka lat byłem w związku z kobietą, którą mógłbym nazwać “Hannibalem Lecterem w spódnicy”.

- Nie rozumiem, była kanibalem psychiatrą?

Była niezwykle wymagającą kobietą - emocjonalnie i intelektualnie. Ten związek mocno przetrzepał mi głowę. Dużo się o sobie dowiedziałem.

- Mówiąc, że mężczyźni wszystko robią z myślą o kobietach, wspomniałeś o wyglądzie. Masz wyrazisty styl, trzyczęściowy garnitur szyty na miarę, markowy szalik Louis Vuitton. Chyba żaden reżyser w Polsce nie ubiera się jak hollywoodzki producent. Ty tak. Lubisz zwracać na siebie uwagę?

Korzystam z pomocy mojej koleżanki, stylistki. Wspomniałaś o producentach, łączę ten zawód z zawodem reżysera. Kiedy spotykam się z inwestorami (bo moje filmy powstają wyłącznie za prywatne pieniądze), są w szoku, że na spotkanie nie przyszedł gość w wyciągniętym swetrze, z głową w chmurach. Kiedyś pewien Żyd na Manhattanie, który był menedżerem Rolling Stonesów i Barbry Streisand, powiedział mi, że po pieniądze chodzi się z pieniędzmi. Ludzie są wzrokowcami, inaczej mnie traktują, kiedy widzą, że przyszedł ktoś z ich bajki. Dbanie o siebie jest ważne. Ciągle mam problem z nadwagą, nie udaje mi się osiągnąć smukłej sylwetki, staram się przynajmniej być eleganckim mężczyzną.

- W czerwonym Ferrari.

Lubię piękne rzeczy, jestem estetą. Kiedy schodzę rano do garażu, uśmiecham się na widok mojego samochodu. Co w tym złego?

- Bo to taki typowy gadżet…

I bardzo dobrze. Potrafię się przyznać, że naprawdę podoba mi się wizualnie, jako przedmiot. Że doceniam jego estetykę. To nie jest snobizm. Snob na bezludnej wyspie przestałby jeździć Ferrari, bo nie miałby przed kim się pokazać. A ja, nawet gdybym był sam z tym samochodem, codziennie uśmiechałbym się na jego widok. 

- Lubisz luksus?

Nie lubię chamstwa. Być może to wynika z tego, że sam jestem chłopakiem z blokowiska, wychowałem się w dzielnicy Warszawa-Włochy. Dlatego szukam poczucia komfortu i bezpieczeństwa, często wybieram rzeczy i miejsca, w których dobrze się czuję. To jest też trochę antidotum na okropieństwa, które oglądam i których słucham przygotowując moje filmy. Lubię chodzić na zakupy, z kolei moja żona tego nie cierpi. To ja ją ubieram, potrafię dobrać jej sukienki i płaszcze, nie tylko bieliznę. Uważam, że wychodzi mi to całkiem nieźle.

- Jesteś rozrzutny?

Dziś nie. Ale kiedyś marzyłem o luksusie, zwłaszcza w latach 90., kiedy jako chłopak obserwowałem powstające z niczego fortuny i czułem, że powinienem się urodzić 10 lat wcześniej. Tymczasem u mnie bywało różnie, kiedy wszedłem w świat filmowy, nie miałem grosza. Klepaliśmy z mamą biedę. Roznosiłem gazety za 280 zł miesięcznie, nocami pracowałem w drukarni. I ciągle pisałem scenariusze, które lądowały w koszu, a ja słyszałem, że do niczego się nie nadają. Ale uczyłem się, szukałem doświadczeń, uparcie dążyłem do spełnienia marzenia numer jeden: żeby dostać Oscara. Mając 26 lat wyreżyserowałem pierwszego “Pitbulla”. Więc coś się jednak udało.

- Mówiłeś, że żona strzeże granicy między pracą i domem. Ale przecież pracujecie razem?

Tak, ale w kompletnie innych przestrzeniach, ona pilnuje księgowości. Naprawdę nie zdarza się, żebyśmy w domu przy dzieciach ślęczeli z telefonami i sprawdzali wiadomości. Sto procent uwagi poświęcamy naszym synom i córce. Zwłaszcza niedziele mamy zajęte: konie, spacer, msza dla dzieci.

- Niedzielny obiad jecie w domu?

Moja żona nie gotuje, więc częściej chodziliśmy do restauracji. To się ostatnio zmieniło, bo cztery miesiące temu urodziły się nasze bliźniaki, teraz siedzimy w domu. Skończyłem zdjęcia do “Pitbulla”, a tydzień później był poród.

- Byłeś przy porodzie?

Przy operacji, to była cesarka. Teraz jest tak, że ojciec może być na sali.

- Nie zemdlałeś?

Podczas kręcenia filmów dokumentalnych naoglądałem się sekcji zwłok i operacji. Chyba jestem już odporny. Ale najważniejsze jest to, że bardzo chciałem być pierwszą osobą, która powita nasze dzieci na świecie. Cieszę się, że wziąłem w tym udział.

- Jakie mają imiona?

Leonard i Romeo.

- To rzadkie imię w Polsce - Romeo. Nie boisz się, że koledzy będą się z niego śmiać?

Jestem pewien, że nasze dzieci będą żyły w świecie bez granic, może będą pracować już w innych krajach? Zależało mi na imionach, które będą czytelne na całym świecie. Zresztą, na naszym osiedlu jest kilka międzynarodowych szkół, Ziang, czy Jean-Pierre nie są tam nikim wyjątkowym. Zwiększa się tolerancja na nietypowe imiona.

- Mając 18 lat zmieniłeś nazwisko na Vega, po bohaterze filmu “Pulp Fiction”, Vincencie. Twoja mama nie protestowała?

Przyjęła to na luzie. Moja mama, choć wiele rzeczy wypiera, była czasem bardziej zwariowana ode mnie. Popuszczała mi lejce, z perspektywy czasu myślę, że aż za bardzo. Ja w stosunku do swoich dzieci nie będę aż tak pobłażliwy.

Wracając do nazwiska: mój ojciec pierwotnie nazywał się “Kwoka”. Zmienił brzydkie nazwisko na szlacheckie “Krzemieniecki”. A potem wyjechał do Stanów i dziś nazywa się Arden. Nie czułem się związany z moim nazwiskiem, zwłaszcza, że ojciec był w naszym życiu nieobecny. Zresztą, byłem pewien, że będę robił filmy za granicą, kto by tam wymówił: Krzemieniecki?

ZOBACZ TEŻ: Piotr Stramowski opowiada o filmie "Pitbull. Niebezpieczne Kobiety"

- Masz kontakt z ojcem?

Przyleciał teraz na premierę filmu "Pitbull. Niebezpieczne Kobiety”. Odbudowałem z nim relację przy okazji naszego ślubu. Zrozumiałem, że skoro tak silnie naznaczyło to moje życie, powinienem domknąć ten rozdział. Teraz namawiam go, żeby przeniósł się do Polski i spędził starość z nami. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz po latach, nie poczułem nic. Trzeba było całą naszą relację budować od początku. Nie czułem do niego żalu. Dziś sam będąc ojcem mam świadomość, jak wiele sytuacji go ominęło.

- Jakim Ty jesteś ojcem?

Bardzo kocham moją córkę, ale kiedy się urodziła, byłem znacznie mniej dojrzały, niż teraz. Do czwartego roku jej życia nie mogłem się wkręcić w ojcostwo. Pewnie też dlatego, że sam nie miałem ojca. Dziś widzę, że relację z dzieckiem buduje się od pierwszego dnia. Od początku brałem “dyżury” i spędzałem noce z chłopakami, przewijając, karmiąc, usypiając i dzięki temu ich poznając. Już po miesiącu wiedziałem, jak bardzo się od siebie różnią, mimo, że są bliźniętami. Najcenniejszą rzeczą, jaką możesz dać swojemu dziecku jest czas.

- Skoro tak pięknie potrafisz zrobić miejsce dla kobiet w swoim filmie, jestem ciekawa, czy w życiu też. Kto rządzi w Waszym domu?

Chyba jednak Kasia. Jeśli mężczyzna ma poczucie własnej wartości, to dla niego żadna ujma oddać stery w ręce żony. Bardzo wiele jej zawdzięczam. Dzięki niej rzuciłem nałogi, z dnia na dzień, chociaż przedtem całymi latami mi się to nie udawało. Wszystko przyszło łatwo, jakbym wjechał windą na inne piętro i tamtego życia, które miałem za sobą, już nie było. Jakby mi je ktoś odpuścił. Uważam, że tak działa miłość.

- Wasz ślub miał piękną oprawę - widziałam zdjęcia: przystrojona na biało platforma pływająca na środku jeziora w pałacowym ogrodzie. Lubisz, jak życie przypomina film?

To było kilka lat temu. Dziś walczę o to, żeby pieniądze nie były w moim życiu bożkiem. Są wyłącznie środkiem do zapewnienia dzieciom dobrego wykształcenia i godnych warunków. Teraz szukam w życiu wyłącznie wyciszenia, kiedyś potrzebowałem adrenaliny, na równi z tą, jaką miałem w pracy. Za rok będą moje 40 urodziny, spędzę je w wąskim gronie. Kiedyś wyprawiłem żonie urodziny na sto osób, ściągnąłem koleżanki z podstawówki, zespół Boys i prestidigitatora. Teraz ważniejsze są emocje, niż wielkie wydarzenia. Jeszcze do niedawna kolekcjonowałem je, odhaczałem zdarzenia, im bardziej spektakularne, czy niebezpieczne, tym lepiej. Nie mogłem się nasycić, nic nie było na tyle ważne, jak to, co miało się dopiero wydarzyć w przyszłości.

- Czyli co?

Dostałem nagrodę za reżyserię na prestiżowym festiwalu amerykańskim - mało, bo lepszy byłby Oscar. Byłem świadkiem strzelaniny - za słabo, przeżyć kataklizm to byłoby coś. Żaden samochód nie był wystarczająco wspaniały, po pół roku kupowałem nowy, żeby znowu poczuć strzał adrenaliny. Ciągle żyłem przyszłością, skazany na wieczne niespełnienie. Teraz skupiam się na drobnych sprawach, które dzieją się dziś, a nie na fajerwerkach, które być może wydarzą się jutro. Uśmiech dziecka, małe, czasem trywialne doświadczenia, które łączą mnie emocjonalnie ze światem są dla mnie najważniejsze.

- Tajni agenci, policjanci operacyjni, bezwzględni przestępcy opowiadają Ci swoje prawdziwe historie, a Ty je publikujesz w książkach i umieszczasz w swoich filmach. To nie jest niebezpieczne?

Nie. Obie strony mają pewność, że nigdy nie dowiedzą się ode mnie niczego na swój temat. Gdybym choć raz zrobił coś takiego, dał komuś cynk, byłbym spalony. W moich filmach i książkach nie ma prawdziwych nazwisk, ani konkretnych dat. Mogę się chować za fikcją, jestem tylko facetem z bujną wyobraźnią. Ale jednocześnie wiadomo, że to są historie, które się wydarzyły. Pewnych rzeczy nie da się wymyślić, życie przynosi bardziej zaskakujące rozwiązania, niż jesteśmy w stanie napisać w scenariuszach.

Z Patrykiem Vegą rozmawiała Anna Luboń


ZOBACZ RELACJĘ Z PREMIERY "Pitbull. Niebezpieczne Kobiety"