GALA: Stworzyliście dość nietypowy jak na dzisiejsze czasy dom, w którym mieszkają aż trzy pokolenia.

PAULINA KURZAJEWSKA: To prawda, taki model rodziny idealnie do nas pasuje. Chociaż jako młodzi ludzie dość szybko wyprowadziliśmy się z naszych rodzinnych domów. Maciek już w wieku 19 lat zostawił rodziców w Kaliszu i przyjechał do Warszawy. Potem, kiedy byliśmy już małżeństwem, zamieszkaliśmy razem. Raz było lepiej, raz gorzej, bywało cudownie, a czasem beznadziejnie, ale dawaliśmy sobie radę, nie potrzebowaliśmy pomocy, mieliśmy swój dom. Ale po jakimś czasie uświadomiliśmy sobie, że chyba bardziej by nam odpowiadał dom wielopokoleniowy, w którym dziadkowie czują się potrzebni, dowartościowani, dzieci uczą się szacunku dla osób starszych. Taka wspaniała lekcja miłości.

MACIEJ KURZAJEWSKI: Oczywiście zanim zamieszkaliśmy razem, usiedliśmy przy jednym stole i ustaliliśmy zasady. Jak szanować swoją prywatność, jakich granic nie można przekroczyć. Co tolerujemy, z czego trzeba będzie zrezygnować. Stworzyliśmy listę zasad i trzymamy się jej. Cała nasza czwórka i moi rodzice.

PAULINA KURZAJEWSKA: Ostatnio Franek przy okazji jakiegoś wyjazdu żegnał się z tatą Maćka, a potem w samochodzie powiedział nam, że dziadek Czesiek to dziadek brylantowy. To tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że dom wielopokoleniowy to dobry pomysł.

GALA: A jak w takim wielopokoleniowym domu wyglądają święta? Ciężko chyba przygotować wszystko dla tylu osób?

PAULINA KURZAJEWSKA: Pewnie byłoby ciężko, gdyby wszystko spadło na jedną osobę. My sprawiedliwie podzieliliśmy się obowiązkami. Nasze mamy zajmują się posiłkami, na wielkanocnym stole króluje kuchnia poznańsko-kaliska (Paulina pochodzi z Poznania – przyp. red.). Razem z chłopcami dekorujemy dom i malujemy pisanki. Często są to pisanki-straszanki, ale zabawę mamy świetną. Wszędzie stoi mnóstwo kurczaczków i baranów. Co roku obiecuję sobie, że tym razem zainwestuję w minimalizm, i co roku okazuje się, że dom jest jeszcze bardziej pstrokaty niż w ubiegłym. Tata Maćka zapewnia nam aktywność podczas świąt. Zabawy, spacery, biegi to jego działka. Maciek natomiast organizuje wycieczki. Ja przygotowuję sos tatarski, podobno robię najlepszy.

MACIEJ KURZAJEWSKI: Do kościoła każde z nas idzie ze swoim koszykiem. Potem trochę siedzimy przy stole, jemy, rozmawiamy. Ale długo nikt tak nie wytrzyma. Wszyscy czekamy na pomysły dziadka Cześka. Chociaż chłopcy to zapewne czekają na to, co dostaną od zająca. Kupujemy im jakieś drobiazgi, płytę z muzyką, książkę, i chowamy w ogródku. Julianek uwielbia tę zabawę.

GALA: Czyli tradycyjne święta. Nie marzy wam się w tym czasie jakaś egzotyczna wycieczka-ucieczka?

PAULINA KURZAJEWSKA: Absolutnie nie. Jeżeli mielibyśmy gdzieś jechać, to jedynie na typową polską wieś. Gdzie kobiety w grupach spotykają się i malują pisanki, gdzie na stole stoją prawdziwe wielkanocne baby. Chcielibyśmy zobaczyć takie miejsce, w którym tradycja naprawdę coś znaczy, i ludzi, którzy do świąt przygotowują się tydzień, a kiedy one nadejdą, nie narzekają przy stole, nie skarżą się na politykę, pogodę, tylko świętują. Zawsze przed świętami czytam Juliankowi i Frankowi książki o polskich tradycjach. Sądzę, że to wprowadza ich w świąteczny nastrój. Tym razem dowiedzą się także o Wielkanocy w innych państwach, bo ostatnio kupiłam ciekawą książkę na ten temat.

GALA: A lany poniedziałek?

PAULINA KURZAJEWSKA: Właściwie u nas lana jest już niedziela. Zawsze chcę pierwsza polać wodą chłopców i tylko czekam, kiedy nadejdzie wieczór. Wtedy daję sobie takie małe przyzwolenia. Ale zabawa tak naprawdę zaczyna się tradycyjnie w poniedziałek. Zakładamy kalosze, płaszcze przeciwdeszczowe i lejemy się wodą. Potem gorąca kąpiel, herbatka z malinami i relaks.

GALA: Żyjecie bardzo aktywnie. Praca, dom, dzieci. Macie jeszcze na coś czas?

PAULINA KURZAJEWSKA: Oczywiście. Jeździmy na pływalnię, bawimy się, po prostu staramy się ciągle ze sobą przebywać. Oboje z Maćkiem mamy sportowe dusze. Mąż uwielbia biegać, przygotowuje się do kolejnych maratonów. Ja kocham gimnastykę i tenis. Franek też jest sportowcem. Spokojnym, zrównoważonym, z charakteru chyba bardziej przypomina Maćka. Dziecko marzenie, można z nim pogadać o piłce nożnej, książkach, filmach, muzyce. Anioł. Julianek z kolei to taka nasza iskierka. Budzi się z uśmiechem na twarzy i zasypia roześmiany od ucha do ucha. Wszędzie go pełno. Śmiejemy się, że swoją energią mógłby zasilać elektrownię, a cała Warszawa zawsze miałaby światło. Franka traktuje jak mistrza, czeka na niego, kiedy wróci ze szkoły, i mówi: „Wodzu, prowadź!”. Wspólnie lubimy powygłupiać się w domu. Np. właśnie teraz mam na swojej twarzy, pomimo peelingów, szorowania szczotką i zmywania alkoholem, czarne kropki i wąsy zrobione przez Julianka, kiedy bawiliśmy się w malowanie twarzy. Obiecał, że mazak się zmyje, ale się nie zmywa, więc biegam, pracuję i funkcjonuję z rysunkami na twarzy. Bomba!

MACIEJ KURZAJEWSKI: Jakiś czas temu postanowiliśmy zwiedzać Europę na rowerach. Kiedy mamy wolną chwilę, czasami wystarczy tylko weekend, pakujemy rowery do pociągu, wybieramy sobie państwo i pedałujemy. To fantastyczny sposób na połączenie zwiedzania, sportu i rodzinnych wypadów za miasto. Podczas zimy mieliśmy postój, ale już niedługo wiosna i znowu będziemy mogli ruszyć w trasę.

GALA: A co z czasem tylko dla was?

 

PAULINA KURZAJEWSKA: Jak odchowamy dzieci, wtedy może znajdzie się go więcej na spotkania z przyjaciółmi, wypady do kina.

MACIEJ KURZAJEWSKI: Oczywiście bez ortodoksji, nie jesteśmy pustelnikami. Po prostu lubimy spędzać czas rodzinnie i tyle. Nie wychodzimy na imprezy, rzadko zostawiamy chłopców tylko pod opieką dziadków. Szkoda nam na to czasu ukradzionego dzieciom. Przecież kiedyś dorosną i same odejdą. A teraz, kiedy jeszcze są pod naszą opieką, chcemy dać im jak najwięcej miłości, ciepła, poczucia przynależności.

PAULINA KURZAJEWSKA: To bardzo ważne w świecie, w którym żyje się w ciągłym biegu. Bardzo łatwo w takich warunkach zapomnieć się, coś przeoczyć. Nie jeżdżę z koleżankami na wyjazdy do spa. Po co mi taka przyjemność, kiedy po kilku godzinach zaczynam tęsknić i dzwonię do moich chłopaków. Czasami spotykam się na szybkie ploteczki. Koleżanki śmieją się ze mnie wtedy, że jestem jak tabletka musująca, która wpadnie, narobi szumu, szybko się nagada i znika. A ja nie znikam, po prostu wracam na swoje miejsce. Nie mam może wielu przyjaciół, ale dla tych, których mam, jestem w stanie podciąć aortę temu, kto zrobi im krzywdę. Tak naprawdę mam czas dla siebie tylko wtedy, kiedy wszyscy już śpią. Zakładam sobie na głowę taką opaskę z latarką Maćka i czytam. Powoli, czasami nawet kilka razy, delektuję się tym samym obszernym opisem krajobrazu. To są takie chwile tylko dla mnie.

GALA: Jesteście już małżeństwem od prawie 14 lat. Pamiętacie, jak było na początku, pierwsze spotkanie, pierwsza fascynacja. Czy z czasem zapomina się takie rzeczy?

MACIEJ KURZAJEWSKI: Oczywiście, że pamiętam moment, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Paulinę. Była piękna zima, przełom stycznia i lutego 1996 roku. Jako reporter redakcji sportowej obsługiwałem Puchar Świata w skokach narciarskich w Zakopanem. I wtedy pod Krokwią zobaczyłem piękną dziewczynę. Zaprosiłem ją na grzane wino, łyżwy. Wpadłem po uszy.

PAULINA KURZAJEWSKA: Mój ideał to wysoki blondyn z bladą karnacją, typ holendersko- skandynawski, ale zakochałam się w średniego wzrostu śniadym brunecie, który oświadczył mi się na Mazurach na przejażdżce konnej. Od razu się w nim teraz kocham go inną miłością – dojrzalszą, mocniejszą, bezoddechową. Pomimo optymizmu i radości, która jest w nas teraz, nie zawsze byliśmy tak szczęśliwi. Przeżyliśmy też momenty ciężkie, dramatyczne, kiedy straciliśmy dzieci (Paulina dwukrotnie poroniła – przyp. red.). I właśnie wtedy się sprawdziliśmy. Maciek był moim powiernikiem, ostoją, pocieszycielem. Wspierał mnie, przez wszystkie ciężkie chwile przechodziliśmy razem. Trzymał mnie w ramionach, kiedy nocami nie mogłam opanować płaczu. Ani przez ułamek sekundy nie żałuję, że jestem z nim. Razem jesteśmy silniejsi, wiemy, że liczy się to, co tu i teraz. Dlatego trzeba żyć bardziej, kochać mocniej i śmiać się częściej. Trzeba wyciskać z życia tyle, ile się da. A nawet jeszcze więcej. Nie narzekać, nie kłócić się, nie rozpaczać. Szkoda na to czasu, życie jest tylko jedno. My nauczyliśmy się nim cieszyć. A tak naprawdę to wszystko dzięki Adamowi Małyszowi – kto wie, czy spotkalibyśmy się, gdyby nie jego skoki?

GALA: Od niedawna prowadzicie wspólnie poranny blok TVP 2 „Pytanie na śniadanie”. Kto u was w domu robi śniadania?

MACIEJ KURZAJEWSKI: Ten, kto pierwszy wstanie.

PAULINA KURZAJEWSKA: Zazwyczaj pada na mnie, choć nie są to takie idealne śniadania, jakie moglibyśmy sobie wymarzyć. Rano wszyscy jesteśmy zabiegani, ale w weekendy siadamy przy stole, jemy, rozmawiamy.

GALA: Jakie wtedy zazwyczaj pada pytanie na śniadanie?

PAULINA KURZAJEWSKA: Pytania padają codziennie, ale przy kolacji. Jesteśmy już wyciszeni po całym dniu, mamy czas na spokojne delektowanie się sobą. Zawsze pytam Maćka i moich synów, jak minął im dzień, i nie dam się zbyć lakonicznym OK. Odpuszczam, kiedy dokładnie wiem, co robili moi mężczyźni między drugim śniadaniem a lunchem.

GALA: Taka spowiedź?

MACIEJ KURZAJEWSKI: Raczej zainteresowanie sprawami kochających się osób.

GALA: Razem w pracy, razem w domu. Nie przeraża was taki układ?

MACIEJ KURZAJEWSKI: Nie, pracę z Pauliną mogę postrzegać tylko w kategoriach spełnienia marzeń. To naprawdę fajne uczucie, kiedy obok ciebie stoi osoba, którą kochasz i rozumiesz, której ufasz. Jesteśmy rodziną, w domu spędzamy razem z Julkiem i Frankiem każdą wolną chwilę. A kiedy razem z żoną prowadzę program i mam świadomość, że przed telewizorem ogląda nas dwóch małych facetów, czuję się tak, jakbyśmy ciągle byli razem. A przecież nie zawsze tak było i nie zawsze będzie. Telewizja śniadaniowa to tylko jeden z przystanków naszej pracy. Nadal jestem dziennikarzem sportowym, który często wyjeżdża, prowadzę w telewizji jeszcze inny program – „Kocham Cię, Polsko”. Ten układ, jak widać, jest dość elastyczny.

GALA: Za co kochacie Polskę?

PAULINA KURZAJEWSKA: Za to, że to nasze miejsce, tu się urodziliśmy, wychowaliśmy, teraz wychowujemy nasze dzieci. Za las za naszym domem, za wiewiórkę, która skacze z drzewa na drzewo nad naszymi głowami, za biedronki, bociany, pogodę. Po prostu jest tak, jak powinno być.

GALA: Za pogodę? Nawet kiedy pada deszcz? Albo śnieg wiosną?

PAULINA KURZAJEWSKA: Czy jest coś przyjemniejszego od kaloszy na nogach i skakania przez kałuże, kiedy pada deszcz?

 

GALA: Potraficie cieszyć się każdą wspólną chwilą. Chyba kiedyś nie było ich tak wiele jak teraz.

PAULINA KURZAJEWSKA: Kiedyś miałam podwójną pracę – jedną w telewizji, drugą normalną. Po dwóch latach od urodzenia Julianka wróciłam do ukochanego public relations w dużej korporacji. Wychodziłam rano, wracałam wieczorem, Maciek często wyjeżdżał w weekendy. Żyliśmy w biegu, niby razem, a jednak osobno. Nagle zdałam sobie sprawę, że przegapiam momenty, kiedy młodszy syn uczy się malować zwierzątka, a starszy robi postępy w angielskim, dorasta, staje się odpowiedzialnym facetem. Zrozumiałam, że na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Na założenie rodziny, zrobienie kariery, wychowanie dzieci. Nagle z kobiety, która w butach na obcasach zarządza grupą ludzi, zmieniłam się w mamę, gotującą synom rosół. Tego chciałam. Powiedziałam Maćkowi, że rezygnuję z pracy.

MACIEJ KURZAJEWSKI: To był moment, kiedy pomyślałem, jak bardzo kocham tę kobietę. Nie musiałem przekonywać Pauliny, że brakuje nam jej w domu, że tęsknimy za nią, kiedy pracuje do późna.

PAULINA KURZAJEWSKA: Oczywiście, to nie jest tak, że wskoczyłam w dres, zamknęłam się w domu i nic poza wychowywaniem dzieci nie robiłam. Po nocach pisałam książkę, raz w tygodniu prowadziłam program „Mamo, to ja”.

GALA: Kiedy masz czas na sen?

PAULINA KURZAJEWSKA: Śmieję się, że wyśpię się na emeryturze.

GALA: Na emeryturze będą wnuki.

PAULINA KURZAJEWSKA: Oby były. Hura!!!

GALA: Jesteście parą, która idealnie do siebie pasuje czy raczej idealnie się uzupełnia?

PAULINA KURZAJEWSKA: Uzupełnia, dlatego do siebie pasuje. Nie mogłabym być z mężczyzną, który słucha takiej samej muzyki i czyta takie same książki. Zanudziłabym się na śmierć. Cieszę się, że Maciek ma swoje pasje. Poza tym spojrzenie kobiety zawsze różni się od męskiego. Maciek jest typowym mężczyzną, który zapomina o niektórych rzeczach, do innych nie przywiązuje wagi. Pamiętam, jak kiedyś wyszedł z Juliankiem na spacer i ubrał go w piżamę, będąc święcie przekonany, że to dres.

GALA: Nie chce mi się wierzyć. Może to miał być nowy trend, jak słynna czapka „na Kurzajewskiego”?

PAULINA KURZAJEWSKA: Ależ to ja kupiłam Maćkowi tę czapkę, która teraz nazywa się czapką kurzajką. Leciał wtedy do Finlandii, gdzie był 30-stopniowy mróz. Pomyślałam, że w takiej uszatce będzie mu przynajmniej ciepło. Dla Maćka najważniejsza jest wygoda, komfort. A ja uważam, że mój mężczyzna świadczy o mnie. Dlatego nie widzę niczego złego w tym, że kupuję mężowi ubrania. Poza tym to naprawdę miłe uczucie – mieć obok siebie niezłe ciacho.

MACIEJ KURZAJEWSKI: Albo piękną kobietę, która swoją urodą ozdabia moje niedoskonałości. I nawet wybaczę jej tę czapkę, którą na początku wstydziłem się założyć, ale potem było naprawdę bardzo zimno i nie miałem wyjścia. No cóż, już taka moja rola, jestem głową rodziny, którą kręci Paulina. Razem tworzymy coś idealnego, doskonałego, bo zbudowanego z miłości.

GALA: O co poprosilibyście złotą rybkę?

PAULINA KURZAJEWSKA: O córeczkę! Chciałabym jeszcze raz przechodzić przez macierzyństwo od podstaw, ale bez bólu, rozpaczy, bez łez.

MACIEJ KURZAJEWSKI: Żeby zawsze było tak idealnie, jak jest teraz.