Wasza książka „Zakopane. Nie ma przebacz!” to jeden wielki donos   na miejsce, w którym żyjecie. Nie boicie się, że górale będą za Wami biegać z ciupagami?

Paulina Młynarska i Beata Sabała-Zielińska (razem): O, nie!

Beata:  Góral, jak się zdenerwuje, przeklnie, a nawet w kufę walnie. Ale gdy przemyśli sprawę, potrafi przyznać rację. Wie, co jest białe, a co czarne.

Paulina: Nie jest ważne, czy my się boimy, czy nie. Nie realizowałyśmy zamówienia biura PR, które chce wystawić miastu laurkę. Jesteśmy reporterkami i gdybyśmy się miały bać, nie mogłybyśmy pracować w tym zawodzie. Wszystko, co napisałyśmy, jest udokumentowane, poparte przykładami.

Beata: Po reportażach w Radiu ZET wiele razy dostawałam od górali burę. Mówiłam wtedy: „Zróbcie coś dobrego, to będę mówić dobrze”. Ale nikt mi nie wywijał ciupagą przed nosem, bo wiedzą, że jak jest źle, to jest ryzyko, że ktoś o tym głośno powie. Choć oczywiście nie są zadowoleni, że się to wciąga na wierzch.

Paulina: Zakopane budzi ogromne emocje, ostatnio zwłaszcza sposób zabudowy. Wielu turystów mówi, że ma dość tego badziewia, jarmarku. Tego, że nie można spokojnie pojeździć na nartach, że w restauracjach jest ohydne jedzenie. Wiele spraw posunęło się za daleko.

Na przykład klub go-go i góralskie safari z plastikowymi zwierzętami rodem z Afryki...

Paulina: Dlatego uderzamy pięścią w stół. To nie może tak wyglądać! Chcemy ratować Zakopane.

Beata: Górale przekombinowali. Nie docenili tego, co mają. Za bardzo zaczęli chłonąć to, co przychodziło z zewnątrz.

Paulina: Oni są przywiązani do własności i to obróciło się przeciwko nim. Bo jeśli ktoś uważa, że na swojej działce ma prawo postawić billboard albo apartamentowiec, który zasłania Tatry, to my, jako dziennikarki, pytamy: „Kto na to pozwolił?”, gdyż ziemia jest wasza, ale krajobraz wspólny. Nie może być tak, że miejsce, które jest kulturową perłą, zostaje zawieszone łachami. Ktoś musi nad tym panować. Pytamy: „Kto?”.

Beata: W pierwszej książce pisałyśmy o zakopiańskich perłach. W tej walimy prawdę w oczy. Zakopane wciąż ma szanse stać się kurortem. Chciałabym, żeby ta książka była kopniakiem dla naszych. Przecież wiedzą, co się dzieje i co o tym myślą cepry, ale nie wiedzieć czemu udają, że tego nie widzą. Sam burmistrz, o zgrozo, mówi, że Zakopane, owszem, jest brzydkie, ale ta brzydota jest jego ozdobą. Czysta schizofrenia.

Paulina: To się też przekłada szerzej na całą kulturę, bo w Zakopanem, jak w soczewce, skupiają się problemy polskie – mamy piękną przeszłość i wspaniałe dziedzictwo, ale liczy się tylko szybki zysk.

Łączy Was nie tylko miłość do Zakopanego, ale również przyjaźń – mówicie jednym głosem.

Paulina: Przyjaźń to podstawa. Inaczej nie napisałybyśmy tej książki.

Beata: Praca zespołowa wymaga zaufania. Mamy podobne poczucie humoru i widzenie świata. Dotarłyśmy się jako autorki. Ale też się kłóciłyśmy.

Paulina: Strasznie! I na zmianę zaśmiewałyśmy się.

Beata: A potem zastanawiałyśmy się, czy przypadkiem nie jest tak, że to śmieszy tylko nas.

Paulina: Więc testowałyśmy na córkach: Oli i Zosi, córkach Beaty, i mojej Ali. To były nasze krytyczki. Ala i Ola są na drugim roku studiów: pierwsza na etnologii i antropologii kulturowej w Warszawie, druga na psychologii w Krakowie.

I to dzięki nim się poznałyście...

Paulina: Tak, gdy dziewczynki były   w pierwszej klasie, a my odwoziłyśmy je do szkoły. Ala po szkole szła do Beaty, tam zjadała obiad, a następnego dnia ja zabierałam Olę. One bez przerwy u siebie nocowały, razem się bawiły.

Beata: Mieszkałyśmy blisko siebie.

Paulina: I miałyśmy po trzydzieści parę lat! Droga pomiędzy naszymi domami była „szlakiem hańby”. (śmiech) „Posiady” odbywały się u Beaty, bo Zośka, jej druga córka, była mała. Dziewczyny bawiły się, my też, a potem ja z dzieckiem za rękę wracałam do domu. Nie wiem, czy powinnam o tym mówić… (śmiech)

Beata: …jak zjeżdżałaś do mnie w koszuli nocnej na jabłuszku…

Na jabłuszku?!

Paulina: Wykonywałam ekstremalny zjazd do Beaty w koszuli nocnej ze śniegiem na plecach. Mamy za sobą cudowny okres, który na pewno będziemy wspominać jako babcie. Okres intensywnej „balangowości zakopiańskiej”, życia towarzyskiego na wielką skalę.

Beata: Tańczenia na stołach.

Paulina: Bawiłyśmy się z toprowcami, góralami, obłędnymi muzykami, artystami, którzy przyjeżdżali tu na narty.

Beata: Oj, działo się!

Paulina: Dużo się działo, wino się lało. I była cytrynówka, i tańce na stole… Obie zostałyśmy bardzo młodo matkami i myślę, że tak odreagowywałyśmy wczesne macierzyństwo, przez które skróciłyśmy sobie młodość. Dzieci trochę podrosły, bawiłyśmy się. Dzisiaj już nam się nie chce. Ale nie mamy niedosytu.

Beata: Myśmy się już wyszumiały. Chociaż...

Paulina: …chociaż zawsze by się poszumiało. (śmiech) Było wesoło. Złote lata rock’n’rolla. Dzikie sylwestry, harce na śniegu, noce w schroniskach, bieganie na bosaka po śniegu.

Co sprawiło, że zdecydowałyście się zamieszkać w górach? Beata, nowotarżanka, marzyła o życiu w mieście i wylądowała w Krakowie. Paulina, warszawianka, kosztowała życia w Paryżu. ani w Krakowie, ani w Warszawie nie trzeba zimą palić w piecu, odśnieżać drogi dojazdowej czy nosić opału do domu…

Paulina: Nigdzie życie tak mi nie smakowało jak w Zakopanem. Ja tu lizałam rany. Jako wyliniała kotka nabierałam nowego futra i rzucałam się do nowego boju. A potem, po przegranej bądź wygranej, ale bolesnej walce, zjeżdżałam z powrotem do Zakopanego. Życie jest tu wyzwaniem. A ja lubię, żeby się działo. Źle znoszę stagnację, więc jak sobie poodśnieżam, czuję się lepiej. Ostatnio halny oderwał mi taras od domu i zniszczył ogród – mam co odbudowywać. Walczę z żywiołami, a nie ze swoimi demonami. Poza tym od dziecka kocham góry.

To Twój azyl?

Paulina: To moje miejsce mocy, w którym w trudnym momencie życia zapuściłam korzenie. Czuję przynależność do tego miejsca, jakąś ciągłość. Mogę się tam schować, kiedy potrzebuję samotności. Beata do mnie dzwoni: „Czy zombie dzisiaj będzie gotów wyjść ze swojej pieczary?”. (śmiech) A zombie najczęściej nie jest gotów. Jestem typem samotnika. Czasami mi to doskwiera, ale potem wynagradza to bliskość natury. Zwłaszcza odkąd zajęłam się pisaniem, czuję się tam szczęśliwa. To mój port powrotu. Ziemia, na którą woła się: „Ziemia!”.

Beata: Ty odnajdujesz w Kościelisku samotność, natomiast ja kocham ludzi i też się tam odnajduję. Przez wiele lat nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaką wartością jest bycie góralką. Uważałam to za „wsiańskie”. Przyjechała „wsiana” z Nowego Targu z góralskim zaśpiewem. Tak siebie widziałam. Uciekłam do Krakowa. Kiedy mąż dostał pracę w Zakopanem, byłam zrozpaczona, bo trzeba było wrócić na stare śmieci. Ależ miałam strasznego focha na Zakopane! Mąż, warszawiak, był zachwycony. Zamierzał codziennie jeździć na Gubałówce na nartach. Mieszkamy w Zakopanem już blisko 20 lat i ani razu tam nie jeździł...

Paulina: Kiedy poznałam Beatę, przewracała oczami co drugie zdanie – co też ona tutaj musi robić. Proponowałam: „A tu pójdźmy…”, „A to zróbmy…”, ale zawsze była na „nie”.

 

Ale historia: ceperka przekonuje góralkę do gór...

Paulina: Paradoksalnie. Bo ja się wychowałam w zachwycie nad Zakopanem. Moi rodzice uwielbiali to miejsce i wpoili mi zachwyt nad góralską kulturą, miłość do Tatr, do nart. Beata pierwszy raz na nartach była ze mną.

Beata: Tak, bo jak się wyrasta w tej kulturze, nie docenia się jej. A potem odnalazłam w Zakopanem własne korzenie. Góralską duszę. I zakochałam się w tej tradycji. Dopiero wtedy naprawdę ją poznałam i odzyskałam siebie. A miałam być miastowa, chciałam być kimś innym, przebrać się. A spod miejskich ciuchów wystawała haftowana halka.

Paulina: Ja z kolei, decydując się na zamieszkanie w Kościelisku, ratowałam ostatnią tonącą skrzynkę ze szczęś-ciem mojej rodziny. Ona się roztrzaskała, a to było szczęśliwe dla nas miejsce. Dom warszawski się rozpadł, rodzice się rozeszli, każdy poszedł w swoją stronę. Ogromna trauma. Ten dom to dla mnie szalupa z Titanica, oaza szczęś-cia, ostatnie, co zostało, po rodzinie, która była. Na planie poetycko-kwantowym chwile żyją wiecznie. I dla mnie my wszyscy cały czas tam jesteśmy. Radośni, szczęśliwi. Jak się okazało, że dom może zostać sprzedany, bardzo to przeżyłam. Ta perspektywa była dla mnie czymś tak potwornie bolesnym, że siadłam okrakiem na tej tratwie i powiedziałam: „Nie oddam”. Rozpadające się rodziny mają to do siebie, że każdy zabiera ze sobą kawałek wspomnień. Dużo się zaprzepaszcza. Dziś mam do tego inny stosunek, ale wtedy to była operacja na otwartym sercu.

Tylko Ty walczyłaś o ten dom? Twoje rodzeństwo, Agata i Jaś, nie?

Paulina: Tak wyszło. Żeby to wszystko zrobić, trzeba było się tam przenieść i dużo zainwestować. Zdarzyło się, że w domu pękła rura i był totalnie zalany. Przez dwa tygodnie ferii Ali go ratowałam. Ostatniego dnia poszłam na obiad do ZAiKS-u, przy telefonie leżała książka. Poszukałam hasła „radio”, znalazłam RMF. Akurat kogoś potrzebowali. Wróciłyśmy do Warszawy, złożyłam wypowiedzenie w TOK FM, zwinęłam manele i 1 kwietnia Ala poszła do szkoły na Skibówkach.

Beata: A my 3 kwietnia się poznałyśmy.

Pokazujecie Zakopane sprzed lat, pełne wybitnych artystów. Świat, którego już nie ma.

Paulina: Jeszcze trzy pokolenia wstecz mówiło się, że to „polskie Ateny”. Jakież to było fantastyczne miasto! Wyobraźmy sobie, że dziś przyjeżdżają tam najwięksi polscy twórcy, aktorzy, pisarze, że w jednym domu mieszka Joanna Bator, w drugim Pilch, w trzecim Myśliwski, sąsiaduje z nimi Krystyna Janda, a państwo Pendereccy proszą wszystkich na kolację. I wszyscy są w komitywie z miejscowymi, chłoną ich kulturę, czerpią z niej. Ludzie, chcąc nie chcąc, dotykają świata artystów.

Upominacie się o ulice dla wielkich zakopiańczyków, ale ich samych nie oszczędzacie. Witkacemu, Stryjeńskiemu i Rafałowi Malczewskiemu żony służą jedynie za parawan dla hulanek.

Paulina: Biedne „panie artyściny”... Zgodnie z zasadami panującymi w świecie artystycznym, mężczyznom wolno było wszystko, a kobietom nic. Witkiewicz ojciec z kochanką, Marią Dembowską, wyjechał na Istrię, a jego żona, matka Witkacego, miotała się, próbując utrzymać pensjonaty, co w tamtych czasach było mordęgą. Mając przy tym syna, który się „kokainuje” i „wyprawia brewerie”, oraz męża, który nie przynosi pieniędzy. Swoboda obyczajów była wielka, a wraz z nią przyzwolenie na męskie „wybryki”.

Górale szanują kobiety?

Beata: Moja babcia góralka mówiła, że chłopu trzeba na wiele pozwalać. W domu ma być mądra kobieta, nie  facet. Chłopem trzeba sterować, ale inteligentnie, żeby tego nie wyczuł. Trzeba się z nim zgadzać, kiedy jest zdenerwowany, pozwolić mu się napić w weekend, bo ciężko pracuje w tygodniu. Ale moja teściowa ceperka mówiła: „Beaciu, pamiętaj: mężczyzna to tylko mężczyzna”. Więc to jest może przesłanie uniwersalne. A co do miłości, górale nie bardzo obnoszą się z uczuciami. Nie zobaczy się na ulicy czule objętej pary góralskiej.

Paulina: Młodym to się zdarza, ale górale nie są wylewni.

Góral to dobry materiał na męża?

Beata:  Dla mnie nie, tym bardziej nie dla ceperki! Trzeba znać porywczą naturę górala, by wiedzieć, kiedy ustąpić, a kiedy docisnąć. Górale potrafią postawić na swoim, więc to niełatwi przeciwnicy. Znamy wiele nieudanych małżeństw góralsko-ceperskich.

Paulina: Dziewczyny, które się zakochały w pięknym góralu, są nieszczęśliwe. Jak się napatrzą na cudne Tatry, zaspokoją romantyczną wizję, zderzają się z twardą rzeczywistością.

Beata: Porywczy góral chadza własnymi drogami. Do tego żony ceperki wciąż nie są akceptowane w góralskich do-mach. To uznaje się za formę zdrady: „Co to, nasych juz nie było?!”. Ale trzeba podkreślić, że góral jest człekiem wyjątkowo zaradnym. Nie boi się pracy, zarobienie na rodzinę to priorytet.

 

Już nie pytam, Paulino, czy znalazłaś tam kandydata na męża. Po czterech małżeństwach zapewne patrzysz na życie realistycznie. Ale co z miłością? Trudno bez niej żyć...

Paulina: Mnie nie wolno nawet o tym myśleć! Pilnuje mnie policja myśli! Mam „czipa”, który – gdy wypowiadam słowo „małżeństwo” – pakuje we mnie ładunek elektryczny. Co będzie, to będzie.

Beata: Górale potrafią być uroczy. Nikt tak pięknie nie bajeruje jak oni. Na każdym kroku komplementują kobiety.

Paulina: Najpiękniejszy góralski komplement usłyszała moja mama od znajomego cieśli: „Mocie, pani, takie kusące łocy, że kie tak na wos patrze, to jescebyk tatom zostoł...”.

Beata: To, że wróciłam do świata górali, zawdzięczam Paulinie. Dzięki niej dostałam pracę w Radiu ZET i musiałam wyjść do ludzi. A kiedy zaczęłam poznawać górali, poznawałam i kulturę. I wszystko powoli nabierało kolorów. Poczułam, że jestem u siebie. A nie ma nic piękniejszego niż taka świadomość. Można o góralach różnie mówić, ale oni są jednością i potrafią o siebie zawalczyć. Przepytają cię do dziesiątego pokolenia, żeby stwierdzić, czy jesteś góralką.

Paulina: „Ka siedzicie, jako się pisecie, a wos ojciec to ka siedział, koło potoku, a jak się pisał...”. I dopiero wtedy stwierdzą: „A tak, toście są góralka. Toście są nasa”. Ja nigdy do końca nie będę „nasa”. Jestem częścią krajobrazu, tą ceperską. Jestem zameldowana w gminie Kościelisko, jeżdżę na tatrzańskich numerach. Znam wszystkich, ponieważ w dużym stopniu tam się wychowałam, chodziłam do szkoły podstawowej. Pewne prawa odziedziczyłam po tacie, który jest na Podhalu uwielbiany. To „nasz pan Wojtek”. Oczywiście za „Jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach”, ale też za wspaniałe piosenki o Podhalu i Tatrach, bo górale potrafią docenić talent. W krąg arystokracji góralskiej wprowadzał mnie przyjaciel ojca, który zaprojektował mój dom, Staszek Karpiel. Mam wielu przyjaciół, i górali, i ceprów. Jestem tam u siebie.

Beata: Kiedy stoję na tarasie, mam wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę, by dotknąć Giewontu. Przechodzisz przez ulicę i jesteś w parku narodowym.

Paulina: Ja, która latałam od prawa do lewa po świecie, miałam problem z ukorzenieniem. Dzisiaj wiem, kogo spotkam na ulicy. Pochodzę z rodziny ludzi o intensywnych osobowościach i ta przewidywalność małego miasteczka jest dla mnie kojąca. Żyję zgodnie ze swoim wewnętrznym rytmem. Nie muszę za niczym gonić, piszę książki, raz w miesiącu jadę do Warszawy na nagranie „Miasta kobiet”. Ograniczyłam liczbę ciuchów, wszystkiego, co może mnie obciążać. Mniej pracuję. Zależy mi na wolności.

Mieszkając wśród górali, jesteście bogatsze o...

Beata:  O poczucie bezpieczeństwa i moją tożsamość.

Paulina: Nie mam tożsamości góralskiej, ale mam poczucie więzi i przynależności. Moja historia pisze się w ciekawym krajobrazie.