GALA: Żeby dostać pracę w telewizji, trzeba mieć podobno nie lada znajomości.

PAWEŁ BUKREWICZ: Między ludźmi, bez względu na płeć, działa pewna chemia. Pomógł mi Paweł Straszewski, który jest lektorem w redakcji. Polecił mnie do nocnego wydania „Teleexpressu”.

GALA: Skończył pan AWF i został trenerem. Ćwiczył pan m.in. z Grażyną Szapołowską, z którą jest pan po imieniu.

PAWEŁ BUKREWICZ: Trener nie może zwracać się do ćwiczącego: „Bardzo pana przepraszam, ale proszę, niech pan to teraz pociągnie pięć razy albo popchnie sześć.” Praca w siłowni wymaga kontaktu, także cielesnego. Kiedyś posądzono mnie o homoseksualizm, dlatego że jeden z panów chciał się porozciągać. To była rotacja w leżeniu, musiałem go przycisnąć trochę swoim ciałem, przytrzymać jego nogę swoją nogą, a rękę drugą ręką.

GALA: Kogo pan jeszcze trenował?

PAWEŁ BUKREWICZ: Sympatyczne osoby: Izabellę Trojanowską, Reni Jusis i Magdę Mielcarz. Na siłowni poznałem też Pawła Deląga, Pawła Wilczaka. A nawet Romana Polańskiego, gdy w Warszawie kręcił „Pianistę”. Po prostu filmowcy wykupili pakiet treningów i ja się nimi opiekowałem. Pamiętam, idę sobie Nowym Światem, patrzę, a po drugiej stronie w przeciwnym kierunku pędzi Adrien Brody, którego też znałem z fitnessu. Facet jest w obcym mieście, inny język, kultura, mentalność, w dodatku wielka gwiazda kina, a macha do mnie sympatycznie na powitanie.

GALA: To na pewno był on?

PAWEŁ BUKREWICZ: Rozpoznałem go natychmiast, bo nosił olbrzymi kowbojski kapelusz. On mnie musiał poznać po moim... tym rudym. Czułem się wtedy, jakby mnie co najmniej pocałowała Sharon Stone.

GALA: Dlaczego zmienił pan zawód?

PAWEŁ BUKREWICZ: Zdecydowały pewne niuanse w relacji pracodawca – pracownik. Przestałem pracować w zawodzie i zaczęliśmy mieć z żoną kłopoty finansowe. Ciągnęły się dwa lata. Ewa dała mi wtedy coś w rodzaju ultimatum. Stanęło na tym, że muszę znaleźć pracę.

GALA: I zdarzył się ten cud. Początki były trudne. Najpierw praca lektora...

PAWEŁ BUKREWICZ: Skakałem ze szczęścia, gdy dostałem pierwszą propozycję. Jak ja się starałem. Chłonąłem każdą literę. I jednocześnie cholernie się denerwowałem. Podczas nagrań tak mi zasychało w gardle, że piłem po trzy litry wody.

GALA: Jak pan myśli, dlaczego zaproponowano panu prowadzenie „Teleexpressu”?

PAWEŁ BUKREWICZ: Mój obecny szef, Krzysztof Juszczak, pewnego dnia zaprosił mnie na próby przed kamerą. Przeczytałem program, który poprzedniego dnia czytał Maciej Orłoś, i jak zwykle rzuciłem się w wir zajęć. Miałem świadomość, że na taką pracę czeka 350 tysięcy młodych ludzi. Nie myślałem, że to się może udać. Okazało się, że próby poszły tak dobrze, że zaproponowano mi prowadzenie programu. Długo nie mogłem dojść do siebie. Ja na wizji?!

GALA: Czytał pan, co piszą o panu internauci? Czepiali się oczywiście koloru...

PAWEŁ BUKREWICZ: Od urodzenia niemal wszyscy zwracali uwagę, że jestem rudy i mam piegi. W tej chwili też na to patrzą. „Ten rudy z Teleexpressu” – mówią. W szkole średniej i podstawówce to mnie dotykało. Pytałem siebie: „Dlaczego nie on, ale ja?”.

GALA: Może dla świętego spokoju powinien pan ufarbować włosy?

PAWEŁ BUKREWICZ: Po co? Wtedy by mówili: „Ten rudy z »Teleexpressu«, co się przefarbował”.

GALA: Miał pan kompleksy?

PAWEŁ BUKREWICZ: Miałem, owszem, ale dawno się ich pozbyłem. Teraz mam silne poczucie bezpieczeństwa. Mocny fundament rodzinny. Począwszy od moich rodziców, po żonę i dzieci. Czuję, że spełniam się zawodowo, co każdemu daje pewność siebie. Mam poczucie, że udało mi się w życiu. A raczej udaje mi się w życiu, bo czy się udało, będę wiedział, umierając. Dużo pracuję. Rano lektoruję w studiach nagraniowych, w dzień mam dyżury w „Teleexpressie”. Do domu wracam wieczorem, na chwilę, żeby wykąpać dzieciaki. Gdy żona usypia siedmiomiesięczną Michalinę, ja czytam bajkę synkowi Mikołajowi. I znów jadę do studia nagrań. Często zdarza się, że wracam do domu w nocy.

GALA: To jest życie z pasją!

PAWEŁ BUKREWICZ: Praca wciąga mnie maksymalnie, wsysa jak lej, niestety, raniąc też bliskich. Jest jak hazard. Aż czasem czuję, że czas by było oblać się zimną wodą. I moja żona Ewa oblewa mnie...

GALA: Żona się złości na pana pracę?

PAWEŁ BUKREWICZ: Wie pani, jak to jest z kobietami. Są nieszczęśliwe z powodu braku pieniędzy, ale z powodu braku męża w domu też. A tego za nic nie da się pogodzić. Czasem, gdy zostaję sam z dzieciakami, nie wytrzymuję fizycznie! Mikołaj ma 5 lat i daje niezły wycisk, Michaśka jest malutka. Mikołaj nie może jeść nabiału pod żadną postacią, uczula go również pszenica. Kupujemy produkty wyłącznie żytnie, kukurydziane albo owsiane.

GALA: Spory kłopot?

PAWEŁ BUKREWICZ: Za to nie jemy polepszaczy, barwników i całej tej chemii. I nigdy nie zmarnuje się u nas nawet kromka chleba.

GALA: Po urlopie wychowawczym pana żona, tłumaczka, wróciła już do pracy. Kto zajmuje się dziećmi?

PAWEŁ BUKREWICZ: Mamy świetną opiekunkę. A moja żona jest absolutną perfekcjonistką. Z całą pewnością i Mikołaj, i Michalina są najważniejsi w jej życiu.

 

GALA: Może się pan przed żoną wygadać, wyrzucić ze środka wszystko, co złe i boli?

PAWEŁ BUKREWICZ: Po to jest rodzina, prawda? Żona na mnie też możne wylać stresy. Choć czasem, przyznam szczerze, nie od razu rozumiem te żale. Ale przecież oboje mamy prawo szukać w sobie oparcia.