GALA: Mieliście taką łatkę: górale, chłopaki w haftowanych kaftanach. A widzę normalnych facetów oraz... fury, skóry i komóry.

PAWEŁ GOLEC: Samochody to mój konik, gdybym nie śpiewał, to bym był pewnie drugim Kubicą. Obaj jeździmy dobrymi terenówkami. Obaj mamy ten sam model i w tym samym kolorze. W pewnym sensie znowu dzielimy się jednym samochodem.

ŁUKASZ GOLEC: Kiedy obok siebie parkują nasze bryki – czarne, lśniące, ustawione jedna przy drugiej, to później słychać rozmowy pod sklepem: ,,Ty, Stasiu, a ty widziałeś, co tam się u tych Golców wyprawia? Taaa... zespół! Przykrywka to jest, ja ci mówię!”.

PAWEŁ GOLEC: Komóry mamy też duże i ciężkie – to nasza baza kontaktowa, tym bardziej że my mieszkamy tutaj, w górach, a nasz menedżer w Warszawie. Komóry są niezbędne, żeby wszystko działało, jak trzeba.

GALA: A jak wytłumaczycie te skóry?

ŁUKASZ GOLEC: Jestem od nich uzależniony. A ściślej mówiąc, od starych góralskich kożuszków ze skór baranich, których mam całą masę, odkupuję je od ludzi.

GALA: Kiedyś nie można było otworzyć lodówki ani puszki z konserwą, żeby nie wyskakiwali z nich Golce. Byliście u szczytu kariery, kiedy nagle o was ucichło. Co się stało?

ŁUKASZ GOLEC: Wciągnęła nas największa z imprez – życie.

PAWEŁ GOLEC: Nagrywaliśmy też powolutku piątą płytę. I koncertowaliśmy.

GALA: A dlaczego media nagle zamilkły na wasz temat?

ŁUKASZ GOLEC: Po pierwsze nie wszystkie zamilkły, a po drugie, przez 10 lat istnienia naszej uOrkiestry pojawiły się na rynku muzycznym nowe twarze. Cóż, trzeba dać innym szansę. Niech też mają swoje pięć minut. My w tym czasie spokojnie graliśmy koncerty, komponowaliśmy...

PAWEŁ GOLEC: Zwróć też uwagę, że pijani nie pobiliśmy się w żadnym pubie i żaden z nas nie rzucił żony dla młodszej o 20 lat dziewczyny.

GALA: Musiałaby mieć... 14 lat!

PAWEŁ GOLEC: I to byłby temat! Ach, wtedy byśmy byli na wszystkich okładkach.

ŁUKASZ GOLEC: Każdy ma swoją drogę. Nasza – widzisz, jaka jest...

GALA: Widzę – ubita i wyboista.

PAWEŁ GOLEC: I wiedzie do tego pod górę.

GALA: Na płycie, którą właśnie wydaliście, jest piosenka o mediach i show-biznesie.

PAWEŁ GOLEC: ,,Nie chcę żadnej sławy i mamony, wolę swoje ciepłe kalesony, nie chcę oczu kamer i poklasku, wolę z tobą kochać się o brzasku”. To piosenka ,,Kalesony”.

GALA: Naprawdę tak myślicie, jak śpiewacie?

ŁUKASZ GOLEC: Rozejrzyj się dookoła. To jest moje życie. Nie ma w nim miejsca na gwiazdowanie. Co tu widzisz? Leży kucyk Tosi, to są skrzypeczki Bartusia, tam kaszka dla Piotrusia, a tu w końcu masz furę naczyń do zmywania. Rano odwożę małego do przedszkola, robię zakupy, potem wracam i karmię Tosię – ona woli, jak robię to ja, a nie Edytka. Potem zazwyczaj szukam Bacy – naszego psa, włóczykija, który zawsze nocą daje nogę i tratuje sąsiadom grządki. Po południu zaczynamy sesję w studiu, próby przed koncertami. Kończymy to nad ranem. A dzieciaki chcą taty. Kiedy wychodzę ze studia, to znowu jestem tylko dla nich.

GALA: Muszą być szczęśliwe.

ŁUKASZ GOLEC: Codziennie urządzam im zawody – robimy np. przysiady – to je męczy i na jakiś czas mam spokój. Czasem zastępuję Edytkę i to ja odwożę Bartka na lekcję skrzypiec aż do Tychów lub na basen. A w weekendy jedziemy w trasę i gramy koncerty. W roku dajemy ich około 120.

GALA: I sami wszystko ogarniacie?

ŁUKASZ GOLEC: Pomagają nam rodzice i młodsza siostra Edytki – zostają z dziećmi, kiedy trzeba, gotują obiady. Nasz dom jest pełen ludzi i bałaganu. Parę lat temu wybudowaliśmy profesjonalne studio w pomieszczeniu, które w pierwotnym zamierzeniu miało być sekretną piwnicą na wino.

PAWEŁ GOLEC: Dom Łukasza to takie serce uOrkiestry. Tu się najwięcej dzieje – nagrywamy płyty, spieramy się...

GALA: O, coś nowego! Bracia się spierają?

ŁUKASZ GOLEC: Jasne. Ty myślisz, że przytuleni gładzimy się nawzajem po główkach? Bywa różnie. Pożreć się można, obrazić, wkurzyć, nie zgodzić. Jak to w rodzinie. Inna rzecz, że zawsze dochodzimy do porozumienia.

PAWEŁ GOLEC: Razem pracujemy, mieszkamy nieopodal i widujemy się codziennie. Musimy to wszystko pozgrywać tak, żeby działało, nawet jak się ze sobą nie zgadzamy w jakiejś muzycznej albo życiowej sprawie. I nie zapominaj, że mamy żony.

GALA: Zmieniły was wasze kobiety?

PAWEŁ GOLEC: I tak, i nie... Ale generalnie, jak wszyscy faceci, pozostajemy pod ich wpływem. Uważamy, że z kobietami jest w życiu raźniej.

ŁUKASZ GOLEC: Pytałaś, co się działo przez pięć lat. Budowaliśmy własne domy, rodziły się dzieci. I dopadła nas proza życia, która sprawia, że zaliczasz szybki kurs dojrzewania. Kiedy przecinałem pępowinę i usłyszałem płacz, to sam się popłakałem. Edyta twierdzi, że jestem nadopiekuńczy, bo jak Tosia zjeżdża na zjeżdżalni, to ją trzymam za rączkę. W tym sensie dzieci zmieniają faceta.

PAWEŁ GOLEC: Kobiety też zmieniają. Nie zapominaj o tym.

GALA: A domagają się mężów, są o was zazdrosne? 

 

PAWEŁ GOLEC: Nawet nie o to chodzi. I Edytka, i Kasia celują do tej samej bramki co my. Edyta od początku uOrkiestry gra i śpiewa w zespole, a Kasia, mimo że jest aktorką, zajmuje się też naszą Fundacją Braci Golec. One wiedzą, dlaczego kładziemy się spać nad ranem, to nie chodzi o zazdrość, tylko o to, żeby mieć czas, aby pobyć ze sobą.

GALA: Nie przeszkadza wam pomieszanie dwóch przestrzeni – pracy i prywatności?

ŁUKASZ GOLEC: Nie. W tym domu powstaje muzyka, ale tu też urodziły się dzieci. Prowadzimy dom otwarty. Nawet dla miejscowych. Zdarza się, że wpadnie do nas ktoś pożyczyć pieniądze ,,na lekarstwo”. Wiadomo, co to za lekarstwo, które kupuje się w monopolowym.

GALA: Czyli z miejscowymi żyjecie w komitywie?

ŁUKASZ GOLEC: Jasne. Zdarzało się, że gdy ktoś obcy szukał do nas drogi i zagadywał ich: ,,Do Golców to którędy?”, to na drodze, jak z podziemi, wyrastało kilku tutejszych i pytało: ,,A po co to komu wiedzieć?”. Mamy tu takie nasze security.

GALA: Mnie nie dopadli. a wracając do domu, to kto wybierał miejsce, gdzie ma stanąć?

ŁUKASZ GOLEC: Bóg. Ta ziemia z dziada pradziada należała do Mędrzaków – rodziny Edyty. Jeszcze jej rodzice sadzili tutaj ziemniaki. Kiedy pobraliśmy się 9 lat temu, było jasne, że to miejsce czeka na nas. Z tarasu rozciąga się widok na Magurkę, a polana, którą tu widzisz, to rykowisko. Pierwszy raz, jak usłyszałem te jęki, pomyślałem, że to niewydojona zabłąkana krowa. Okazało się, że jelenie pod naszym domem od dawna miały swoje miejsce schadzek. Choć Edyta śmieje się, że to ja przywabiam je trąbką.

GALA: Kto budował wasz dom?

ŁUKASZ GOLEC: Ekipa górali spod Zakopanego. Byli świetni, ale jak to górale. Jeden, tzw. optyk, zajmujący się „optykaniem” drewnianych bali (uszczelnieniem – przyp. red.), jak zaległ na wylewce, to moja teściowa myślała, że umarł. Trzeźwiał tydzień, praca stała, a on po prostu się „aklimatyzował”. Przeżył, wytrzeźwiał i migiem tu wszystko „pooptykał”.

GALA: Dlaczego uparliście się, żeby wybudować tradycyjny góralski dom?

ŁUKASZ GOLEC: On jest w starym beskidzkim stylu. Słyszeliśmy już nawet opinię, że skansen zbudowaliśmy. Ale ja chciałem zrobić wszystko, jak trzeba – chodziłem po wsiach i fotografowałem szczegóły. Na przykład rozetki – to jest element zdobniczy tutejszych górali.

GALA: Jesteś tradycjonalistą.

ŁUKASZ GOLEC: Tak. A do tego jestem wierzący, dlatego góralskim zwyczajem w fundamentach zatopiliśmy medalik świętego Benedykta, który ma nas chronić od nieszczęść. W Beskidach przy budowie domu jest też zwyczaj, że zalewa się w fundamentach pieniądze dla potomnych. My też mamy zalany nasz zbójnicki skarb, trochę monet w pudełeczku.

GALA: Sercem domu jest...

ŁUKASZ GOLEC: Ludzie są tym sercem. A oni skupiają się najczęściej w kuchni – wokół ekspresu do kawy, bo my wszyscy chodzimy niewyspani. I wokół stołu, bo lubimy jeść.

GALA: Widzę tu też krzyż wyrzeźbiony w ścianie i różne napisy na belkach...

ŁUKASZ GOLEC: Krzyż chroni przed złymi mocami i... złodziejami. Natomiast na belkach są wypisane sentencje – to również góralska tradycja. Jest prośba do świętego Floriana o ochronę przed ogniem, jest data ślubu mojego i Edyty, są błogosławieństwa. No i podkowa – na szczęście. Ma znaczenie symboliczne, bo i tak: „Co se nos mo spotkać, to se nos nie minie” – mówią. Na razie, odpukać, nie narzekamy. Grzejemy do przodu.