Spotykamy się w Teatrze Kwadrat, gdzie Paweł gra w sztuce „Perfect Day”. Leniwe sobotnie przedpołudnie, a on na pełnych obrotach – przygotowuje się do próby. Mimo że miał nocne zdjęcia do „Trzeciego oficera”, nie widać po nim śladu zmęczenia. Dlaczego? „Paweł jest wciąż głodny grania” – tłumaczy Cezary Żak, który pracował z Małaszyńskim na planie „Tajemnicy Twierdzy Szyfrów”. „Jest też niebywale dociekliwy. Wychodzi z założenia, że im więcej dowie się od reżysera, tym lepszą postać stworzy. Niczego nie udaje”. Gdy Paweł zapala papierosa, zaciąga się i kładzie nogi (w glanach) na sąsiednie krzesło, przypominają mi się słowa Ewy Kasprzyk, partnerki aktora z „Perfect Day”: „Jako mężczyzna Paweł wzbudza niesamowite emocje – w trakcie spektakli fanki na widowni aż piszczą. Jest połączeniem buntownika i uwodziciela. Myślę, że będzie się świetnie patynował”.

GALA: Dziwnie wyglądasz: brodaty, z irokezem.

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: W filmie, który skończyłem, mam też długie włosy.

GALA: Chyba pierwszy raz w życiu tak wyglądasz?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Reżyserka Mariana Čengel-Solčanská chciała, żebym był ostrzyżony bardzo krótko. Poprosiłem, żebyśmy spróbowali dorobić mi długie włosy, i wyszło naprawdę dobrze. To fajnie, że miałem wpływ na wizerunek postaci, którą gram. A długie włosy miałem już w liceum. Wiązało się to z moimi fascynacjami muzycznymi.

GALA: I jak się z tym czułeś na planie? Wróciły wspomnienia młodości?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Oj, miło było znowu machnąć głową w tych warkoczach... (śmiech).

GALA: Prześladowano cię w szkole za długie włosy?

P.M.: Próbowałem je zapuszczać już w podstawówce. I oczywiście miałem z tego powodu kłopoty.

GALA: Filmowe długo się „zapuszcza”?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Około godziny.

GALA: Twojej żonie Asi spodobał się twój nowy wizerunek?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Bardzo.

GALA: To może zapuścisz włosy?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: (śmiech) Nie jest to raczej możliwe. Moja głowa w tej chwili nie należy do mnie, lecz do produkcji serialu „Trzeci oficer”. Długo przekonywałem reżysera , żeby mi pozwolił na niedużego irokeza. Chciałem coś zmienić w moim bohaterze. Ostatecznie udało się – Grand w ostatniej serii jest trochę postpunkowski.

GALA: Kogo grasz w „Latającym Cyprianie”?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Starszego brata głównego bohatera – watażkę, który sam wychowuje dwóch braci. Rzecz dzieje się w XVIII wieku. Film opowiada o mnichu z Czerwonego Klasztoru, który na własnoręcznie skonstruowanej lotni przeleciał nad Morskim Okiem.

GALA: Co cię kręci w tej produkcji?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Spotkanie z nową kulturą. Nigdy nie pracowałem za granicą. I nigdy nie pracowałem z reżyserką. Bardzo ciekawiło mnie, jak wygląda koprodukcja Węgrów, Czechów, Słowaków i Polaków.

GALA: I jakie wrażenia?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Świetne! Najpierw spotkaliśmy się wszyscy w słowackich Pieninach u podnóża Trzech Koron w Czerwonym Klasztorze na próbach czytanych. Trwały 12–13 godzin dziennie. Omawialiśmy każdą scenę, rozrysowywaliśmy ją. Siedzieliśmy przy jednym dużym stole przy kominku, a czescy, węgierscy, rosyjscy i polscy tłumacze nam pomagali. Istna wieża Babel. Ratowaliśmy się angielskim. Było ciężko, ale to spotkanie zaowocowało ciekawymi rozwiązaniami. Film wejdzie na ekrany za rok i w każdym z tych krajów będzie dubbingowany.

GALA: Co było najtrudniejsze?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Mróz. Naprawdę srogi mróz, a my nie mogliśmy mieć nic pod kostiumem. Zdjęcia kręciliśmy tylko do zmroku, czyli do 16–17, dlatego wcześniej musiało być wszystko świetnie przygotowane. Chatka, w której rozgrywała się część scen, też była zimna, mała, ciasna. Na dodatek dzieliliśmy tę niewielką przestrzeń z kozą. Dużym wyzwaniem było też bieganie po lodowatym potoku.

GALA: Wziąłeś ze sobą na Słowację dużo aspiryny?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Nie, ale mieliśmy człowieka, który po każdym ujęciu podawał nam herbatę z rumem i nacierał maściami rozgrzewającymi.

GALA: Imponuje ci, że film o takich „twardych facetach” reżyseruje kobieta?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Z Marianą pracowało mi się naprawdę fantastycznie. Wiedziała, czego chce. Była chodzącą encyklopedią i żelazną damą na planie. Czułem się wykończony po zdjęciach, a ona wciąż miała niespożytą energię i siłę – wszystko nam tłumaczyła.

GALA: Kobieta, która w klasztorze wysoko w górach jest w stanie zapanować nad takimi osobowościami jak ty, Daniel Olbrychski, Aleksander Domogarow, musi być bardzo silna.

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Pewnie chodzi ci o to, że po zdjęciach moglibyśmy „rozwinąć skrzydła”? Byliśmy zbyt zmęczeni i zmarznięci. Poza tym ja nie lubię śliwowicy...

GALA: Jesteś zmęczony? Wczoraj byłeś na Słowacji, dziś już grasz w teatrze. A jeszcze trzeba znaleźć czas dla rodziny.

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Jestem podekscytowany, nie zmęczony, i zawsze mam czas dla rodziny.

GALA: Największe wyrzeczenie dla roli?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Aż tak wielkich jeszcze nie było.

GALA: Ale w czasie porodu twego syna byłeś na planie.

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Tylko dlatego, że Jeremiasz miał ochotę trochę wcześniej przyjść na świat, niż to było w planach. Ja i Asia nie dogadaliśmy się z nim wcześniej (śmiech).

GALA: Z czym ci się kojarzy odpowiedzialność?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Z tym, że jestem głową rodziny. I to jest moja najważniejsza rola życiowa. I najtrudniejsza, bo najwięcej ode mnie wymaga.

GALA: Co to jest szczęście?

 

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Mój syn i żona. Udało nam się z Joasią stworzyć własne miejsce na ziemi. Możemy na sobie polegać i razem idziemy przez te burze porażek czy sukcesów.

GALA: Chronisz swoją żonę czy dzielisz się z nią niepokojami, problemami?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Joanna wie o wszystkim. Nie jestem w stanie odciąć jej od mojego życia zawodowego. Tak czy inaczej zawsze obrywa „odłamkami”. I to jest przykre.

GALA: Może nie powinieneś jej jednak obciążać?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Myślę, że na tym polega partnerstwo, związek! Idziemy razem przez życie. Razem musimy się z pewnymi rzeczami uporać.

GALA: Największe szaleństwa w życiu?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Te, które wyprawialiśmy z kumplami z Białegostoku. Do dziś się spotykamy. Mamy po 30 lat, ale nadal drzemią w nas tamci długowłosi buntownicy. Wiem, że zawsze czekają na mój przyjazd do Białegostoku.

GALA: Co oni ci dają?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Normalność. Nie traktują mnie jak znanego aktora. Dla nich zawsze będę Siwym. Oni stawiają mnie do pionu. Gdy ktoś ma problemy, stajemy za nim murem.

GALA: O co cię najczęściej pytają?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Jak to jest z tymi dziewczynami na planie. No wiesz, faceci... Zresztą niektórzy z nich trafi li na plany fi lmowe. Jak Michał Kwieciński potrzebował zespołu metalowego do „Białej sukienki”, to poleciłem mu chłopaków z Neuropathii.

GALA: Jak często gracie koncerty z twoim zespołem?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Z tym jest największy problem ze względu na mój grafik.

GALA: Nie wyrzucą cię?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: (śmiech) Nic mi na ten temat nie wiadomo. Muzykę traktujemy jak rozrywkę. Jeśli chcielibyśmy robić to na poważnie, musielibyśmy zostawić wszystko to, czym się teraz każdy z nas zajmuje. Gramy dla przyjemności – jesteśmy teraz w trakcie pracy nad naszą drugą płytką demo i wystarczy nam, że każdy, kto chce, może nas posłuchać w internecie.

GALA: Kto cię wprowadzał w świat muzyki? Słuchałeś Kaczkowskiego w Trójce?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Nie. Jestem z pokolenia MTV. Nagrywaliśmy na VHS-y „Headbangers Ball”, program Vanessy Warwick. Bez przerwy oglądaliśmy nowe teledyski Anathemy, Obituary, Paradise Lost czy Carcass! Potężna dawka mocnego, metalowego uderzenia. Potem zaczęły się pojawiać kapele z Seattle. Olśniło mnie! Lubiłem metal, ale grunge wciągnął mnie bez reszty. Zawsze było mi bliżej do gwiazd rocka niż ekranu. Z tego też pewnie wzięły się moje marzenia o koncertach rockowych i o rockandrollowym życiu. I na tej fali zachwytu muzyką i życiem muzyków powstał nasz pierwszy zespół Apogeum.

GALA: Skoro muzyka była dla ciebie tak ważna, to dlaczego nie chcesz wydać płyty z zespołem?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Chciałbym, żeby nasza muzyka została poza światem komercji. Wystarczy, że ja w nim siedzę po uszy.

GALA: Twój tata też grał...

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: W zespole bigbitowym. Miał długie włosy. W moim rodzinnym domu muzyka była wszechobecna. Dzięki tacie jako młody chłopak słuchałem Czerwonych Gitar, Breakoutów, a mama nauczyła mnie słuchać Magdy Umer, Grechuty, Niemena.

GALA: Co dla ciebie znaczy prowincja?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Że niby Białystok nią jest? O Wrocławiu, gdzie studiowałem, też tak mówiono. Nigdy nie czułem się gorzej traktowany, dlatego że pochodzę z Białegostoku. Tylko profesor od wymowy przed każdymi wakacjami groziła mi palcem: „Wróć no mi tylko i zacznij zaciągać”.

GALA: Podlasie to prawosławie. Dwa kalendarze. Podwójne święta. To uczy tolerancji?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Mam wielu kumpli prawosławnych, ale o religii w naszym towarzystwie się jakoś nie rozmawia. Jedyne mocne, ważne wydarzenie religijne, jakie zapamiętałem, to wizyta papieża Jana Pawła II w białostockiej cerkwi. Niezapomniane i niesamowite. Większy wpływ niż miks kultury miał na mnie fakt, że wokół Białegostoku są lasy, w które mogliśmy się zapuszczać z chłopakami. Także osiedle, na którym się wychowałem – Słoneczny Stok – całe jest zanurzone w zieleni. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na koncertach lub w pobliskim lesie. Gdy wracam do Białegostoku, spotykamy się z kumplami przy ognisku w tym samym miejscu i wspominamy.

GALA: W Warszawie znalazłeś namiastkę tamtego lasu?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Powiedzmy, że nauczyłem się żyć w Warszawie, ale z całym szacunkiem – to nie jest moje miasto.

GALA: Za co siebie nie lubisz?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Wiele osób twierdzi, że moje dążenie do perfekcjonizmu zaprowadzi mnie w ślepą uliczkę. Że mnie wykończy. I innych też. Ja jednak inaczej nie potrafię. Mam tyle samo zwolenników i wrogów, a może nawet więcej tych drugich. Nie zaprzątam sobie tym głowy. Nigdy nie biorę roli pod publiczkę. Muszę czuć, że się rozwijam. W każdej produkcji daję z siebie wszystko.

GALA: Czujesz się czasami niespełniony?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Jako mąż i ojciec jestem spełniony, choć pewnie życie mnie jeszcze zaskoczy. Jeśli chodzi o pracę, to mam nadzieję, że ta najważniejsza rola jest jeszcze przede mną.

GALA: Dzielisz sztukę na wysoką i niską?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: W tych czasach to cholernie trudne… przynajmniej w tej chwili i w tym kraju.

GALA: Twój ulubiony pisarz?

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Jean Genet.

GALA: To mnie zaskoczyłeś. Pisarz nihilista opisujący przygnębiający świat?!

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Lubię poezję Rimbauda, Baudelaire’a, obrazy Gigera, Beksińskiego. Lubię rzeczy niepokojące. Pociąga mnie „ciemna strona”, dlatego uwielbiam „Star Wars” (śmiech).

GALA: Jesteś autodestrukcyjny?

 

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Nie. Bo za bardzo cenię życie. Poza tym zakochałem się wiele lat temu w kobiecie i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Byłbym idiotą, gdybym zepsuł to, co przez te lata budowałem.

GALA: Może się okazać, że dziewczyna, w której zakochałeś się wiele lat temu, już jest kimś innym.

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI: Owszem, ludzie się zmieniają. Ale trzeba umieć o tym rozmawiać. Tylko tak można pokonać kryzysy. Nam to się udaje.