GALA: Czego nauczyłeś się na planie ,,Tataraku”?

PAWEŁ SZAJDA: Słuchać. To podstawa współpracy z takim reżyserem jak Andrzej Wajda. On sam uważnie słucha.

GALA: Zafascynowało cię to, jak pracuje?

PAWEŁ SZAJDA: W pewnym stopniu tak. Uważnie obserwowałem go na planie. Nawet wtedy, kiedy reżyserował sceny, w których ja nie grałem.

GALA: A Krystyna Janda...

PAWEŁ SZAJDA: ...Patrząc na nią – przepraszam, że wejdę ci w słowo – nie mam najmniejszych wątpliwości, że w tę pracę trzeba włożyć całego siebie. I byłem w błędzie, myśląc, że już wiem, że tak trzeba. Dopiero po ,,Tataraku” dowiedziałem się, jak oddaje się całego siebie roli. Pierwszy raz w życiu widziałem aktora pracującego tak jak ona.

GALA: Zagraliście wspólnie kilka scen intymnych. Denerwowałeś się, kiedy mieliście je kręcić?

PAWEŁ SZAJDA: Żeby wypadły autentycznie, realistycznie i wiarygodnie, wcześniej bardzo dużo rozmawiałem o nich z Krystyną Jandą i reżyserem. Te sceny były tym bardziej trudne, że mój filmowy Boguś i Marta (Janda) nie mają romansu. To, co ich łączy, jest skomplikowane, głębsze. Dlatego to nie mogło być przerysowane i sztuczne na ekranie.

GALA: Co będziesz robił, kiedy wrócisz do USA?

PAWEŁ SZAJDA: Chodził na castingi. I liczył na to, że rzeczywistość, jak w przypadku ,,Tataraku”, znowu mnie zaskoczy. Bo nie marzyłem o zagraniu u pana Andrzeja, tak jak nie marzyłem o tym, żeby wystąpić z Krystyną Jandą...

GALA: Dlaczego się zadumałeś?

PAWEŁ SZAJDA: Pomyślałem, że może powinienem marzyć inaczej.

GALA: Do ,,Tataraku” trafiłeś banalnie. Producenci z Polski napisali do twojej amerykańskiej agentki, a ona skierowała cię na casting, który wygrałeś.

PAWEŁ SZAJDA: Tylko pozornie banalnie. Kiedy moja agentka mi powiedziała, że nadszedł list od polskich producentów, odparłem: „Chyba żartujesz”. Ona na to, że nie. Poprosiłem więc, żeby się upewniła, czy ta propozycja została złożona na serio. Dopiero po drugim e-mailu z Polski uwierzyłem, że to prawda. A już tydzień później siedziałem w samolocie i leciałem do Warszawy na zdjęcia próbne.

GALA: Kim się czujesz – Polakiem czy Amerykaninem?

PAWEŁ SZAJDA: I tym pierwszym, i tym drugim. Takim pomieszańcem. Kiedy byłem dzieckiem, miałem kłopot z określeniem swojej tożsamości. Nie potrafiłem siebie zidentyfikować, choć mam polskie imię i nazwisko. Kiedy w szkole nauczycielka czytała listę obecności, to przed moim numerkiem zawsze się zatrzymywała. Wtedy przezornie podnosiłem rękę i mówiłem: ,,Tak, tak, to ja...”, bo wiedziałem, że ona nie wie, jak przeczytać poprawnie „Szajda”. W naszym amerykańskim domu wprawdzie obchodzimy święta po polsku, ale tak, jak celebrowano je tutaj 30 lat temu. Rodzice i dziadkowie uczyli mnie i moje rodzeństwo takiej Polski, jaką sami pamiętali. Niedawno powiedziałem mamie: ,,Słuchaj, tam już tak nie jest. W Polsce niemal wszystko się zmieniło”.

GALA: Od trzech pokoleń twoja rodzina krąży między USA a Polską.

PAWEŁ SZAJDA: Mój pradziadek ze strony mamy w 1912 roku wyjechał do Chicago. Tam urodził się mój dziadek, który wrócił do Polski, gdzie urodziła się z kolei moja mama. Kiedy miała 16 lat, wyjechali całą rodziną ponownie do USA. Tam skończyła liceum, studia medyczne i pracowała przez rok. Wróciła do Polski, żeby wyjść za mąż za mojego tatę – znała go niemal od dzieciństwa. W Polsce urodzili się moi dwaj starsi bracia i siostra. Przed stanem wojennym rodzice wyjechali do USA. Ja urodziłem się już w Ameryce.

GALA: Co chciałbyś zabrać z Polski do Stanów Zjednoczonych?

PAWEŁ SZAJDA: Pamięć. Amerykanie mają krótką historię i szybko o niej zapominają.

GALA: Przyleciałeś tutaj ze swoją dziewczyną Mariną. Długo jesteście razem?

PAWEŁ SZAJDA: Od kilku lat. Ona jest projektantką mody i obywatelką świata. Jej mama pochodzi z Dominikany, ojciec to Kubańczyk. Marina urodziła się w Nowym Jorku, wychowała się w Paryżu, a kiedy miała trzynaście lat, przeniosła się do Londynu. Teraz razem mieszkamy w Nowym Jorku.

GALA: Myślicie o tym, że kiedyś porzucicie to miasto?

PAWEŁ SZAJDA: W przyszłości być może wrócimy na stałe do Europy, ale na razie zostajemy w Stanach. Moi dwaj starsi bracia spodziewają się dzieci, więc tym bardziej chciałbym być obok nich. A Nowy Jork nie jest ani amerykański, ani europejski. To miasto świata.