Jest jedną z nielicznych znanych mi osób, po których widać, że życie sprawia im przyjemność. Bardzo lubię z nim rozmawiać. Z egoizmu. Jest kimś, kto udowadnia, że radość potrafi być zaraźliwa. Dlatego przy sushi w kącie uroczej warszawskiej restauracji głośno rozmawiamy o dolce vita po polsku.

GALA: Często tzw. korzystanie z życia my, Polacy, postrzegamy jako lekko grzeszną przypadłość. Od pokoleń uczono nas: ora et labora, o radości raczej nie wspominano głośno. Trochę się więc jej wstydzimy.

PIOTR ADAMCZYK: Dopiero niedawno dostrzegłem, że jest coś przedziwnego w naszej kulturze. Dogłębny, nie do końca zrozumiały dla mnie smutek. Jakbyśmy przepraszali za to, że żyjemy.

GALA: Pewnie dlatego tak ochoczo podpieramy się hedonizmem Włochów czy Francuzów. „Ci to potrafi ą korzystać z uroków życia” – mówimy z zazdrością.

PIOTR ADAMCZYK: Być może to wynika z przeświadczenia, że my jesteśmy trochę gorsi, że nam się nie należy. Francuzi cieszą się życiem, celebrują przyjemności, bronią ich, a na dodatek ciągle o nich rozmawiają. My nie lubimy przesadnie żabojadów, bo są zadufani w sobie i nie można się z nimi dogadać, ale ich styl życia skutecznie do naszej wyobraźni przemawia. Włochów lubimy o wiele bardziej, bo są serdeczni i emocjonalni. Bez wstydu więc zazdrościmy im, kiedy się śmieją, że la vita è bella. Kilka dni temu moja ciocia zorganizowała swoje urodziny w uroczej knajpce przy ulicy Foksal. Była piękna pogoda, świeciło słońce, ptaki śpiewały, większość stolików wyniesiono na zewnątrz i tam goście rozmawiali. W pewnym momencie ciocia mówi: „A teraz, moi drodzy, dla was zatańczę. To będzie hinduski taniec, długo się go uczyłam i myślę, że jestem gotowa”, po czym włączyła muzykę i... zaczęła na chodniku tańczyć.

GALA: Podziwiam. I zazdroszczę odwagi.

PIOTR ADAMCZYK: W pierwszej chwili zawstydziłem się. Obok przechodzili jacyś ludzie, patrzyli na nas ukradkiem, oczami pełnymi zdziwienia, wręcz lekkiej dezaprobaty: że zwariowali, tańczą na ulicy, tak się nie robi, nie wypada! I byłem na siebie zły za ten wstyd, bo nagle poczułem, jak bardzo jestem szczęśliwy. Staliśmy na chodniku, w centrum Warszawy, biliśmy brawo, krzyczeliśmy, cieszyliśmy się, że ciocia tak cudownie tańczy, śpiewaliśmy jej „Sto lat”. Pomyślałem: „Boże, jaką ja mam cudowną rodzinę! Taką włoską”. To był impuls, nieskrępowana, czysta radość. My, Polacy, często krzyczymy z radości dopiero po wódce, kiedy dodamy sobie odwagi. Nam wystarczył cioci taniec. Bardzo urosła w moich oczach.

GALA: Podoba mi się emocjonalna strona tej historii. Na co dzień świat odbierasz w sposób racjonalny czy zmysłami?

PIOTR ADAMCZYK: Niektóre rzeczy docierają do nas, bo o nich usłyszeliśmy, przeczytaliśmy, zobaczyliśmy w mediach, reszta jest naszym własnym odkryciem. Trochę szkoda, że od dzieciństwa jesteśmy wciskani w konwenanse – mówią nam np.: nie jedz palcami, choć to jest naturalne. Dziś Nigella Lawson zrobiła karierę, bo mówi, że nic tak nie dodaje smaku potrawom jak jedzenie ich palcami. Im bliżej dorośli trzymają w sobie to dziecko, którym byli, tym łatwiej im odczuwać radość, tym chętniej się bawią, mniej są spięci. Studiowałem w Londynie, pewnego dnia zaproszono mnie na przyjęcie arystokratów. Byłem zachwycony, że zobaczę ich z bliska i będę mógł kilka słów zamienić z prawdziwym księciem. Niedziela, niebieskie niebo nad Londynem, o godz. 15 miał się zacząć lot balonem, w nienagannie przystrzyżonym ogrodzie trwało party. Uderzyła mnie swoboda gości. Nie siedzieli sztywno przy stole z grzecznie ściśniętymi łokciami, tylko prawie leżeli na krzesłach, z nonszalancko wyciągniętymi nogami. Jedli, pili, głośno rozmawiali, jeszcze głośniej się śmiali. Ich uwagi były ironiczne, boleśnie złośliwe, obowiązkowo dowcipne. Pomyślałem: hedoniści pełną gębą. Mają pieniądze, władzę i czas, żeby się bawić. Ja stałem spięty, skupiony na tym, czy właściwym widelcem jem rybę, czy wypada teraz nałożyć tort, czy okruszek nie przykleił się do ust... Oni się tym nie przejmowali. Znali kody, wiedzieli, co, kiedy i gdzie im wolno, potrafili się tym bawić. Ich naturalność i życiowa swoboda mnie urzekły.

GALA: Nie ma powodu oszukiwać się czy usprawiedliwiać, dolce vita.

PIOTR ADAMCZYK: My, artyści, jesteśmy w pewnym sensie ludźmi wybranymi. Pokazują nas w kinach, w telewizorze. Zdarza się, że ktoś nas zaprasza do pięciogwiazdkowego hotelu, jeździmy limuzynami, chodzimy po czerwonym dywanie. Czasami przy takich okazjach miałem sposobność poznać niezwykle bogatych ludzi. Jadłem z nimi na przykład sushi owijane w cienką warstwę złota. To podobno bardzo pożyteczny dla organizmu mikroelement, oczywiście w umiarkowanych ilościach. Więc jadłem to sushi i miałem wrażenie, że biorę udział w jakiejś ogromnej rozpuście, a z drugiej strony się nudziłem. Nie miałem o czym z tymi ludźmi rozmawiać. Patrzyli, jakiej marki mam zegarek, a ja w ogóle go nie miałem. Nic nas nie łączyło. Byłem tam nie na swoim miejscu, co i ja, i oni wiedzieliśmy.

GALA: Skoro już jesteśmy przy pieniądzach. Podobno pomnażanie majątku potrafi dać szczęście i satysfakcję.

 

PIOTR ADAMCZYK: Szczerość daje satysfakcję. Mówienie tego, co się myśli, robienie tego, co się kocha. Nie wolno nam się wzbogacać? Podobają mi się ludzie, którzy postanowili zaryzykować. Poświęcają czas, energię, wyobraźnię, żeby coś osiągnąć. Lubię marzyć, planować. Za każdym razem, gdy dostaję propozycję, buduję w myślach cały świat, który mnie tam czeka. Cieszy mnie radość swobodnego marzenia. Niektórzy nazywają to dziecinadą.

GALA: Spotkało cię wczoraj coś dziecinnie przyjemnego?

PIOTR ADAMCZYK: W sklepie mięsnym podeszła do mnie dystyngowana starsza pani, dotknęła mojego ramienia i usłyszałem: „Przepraszam, że nagabuję, ale muszę to panu powiedzieć. Tak bardzo spodobał mi się pan w roli... – tu zrobiła przerwę, a ja westchnąłem, przekonany, że w roli Papieża – ...Marcina w »Nie kłam, kochanie «, że drugi raz poszłam do kina z koleżankami i świetnie się bawiłyśmy”.

GALA: Co właściwie dla ciebie oznacza słowo przyjemność?

PIOTR ADAMCZYK: Czasami myślę, że największa przyjemność jest wtedy, gdy dochodzi się do niej pracą. Gdy wymaga choćby elementarnego wysiłku z naszej strony. Ostatnio pojechałem w miejsce niezwykłe. Koło polarne pod biegunem, głęboka Syberia, gdzie wyjechać można tylko za pozwoleniem rosyjskiej armii. Kręciliśmy tam film „Czeluskin”. Była wiosna, więc ciepło, „tylko” minus 15 stopni, i kra na oceanie zaczęła powoli pękać. W zimie temperatura spada do minus 70 i ocean pokrywa solidna zmarzlina. Mieszkaliśmy tam w trudnych warunkach. Nie było pod ręką wody, ciepła, jedzenia. O wszystko musieliśmy zatroszczyć się sami. Był to zupełnie nowy rodzaj doświadczenia, podobny do tego, jakiego teoretycznie doznałem przed wyjazdem, czytając „Traktat o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego. Jest tam piękny fragment o lampie naftowej. Matka codziennie wieczorem, przed zaśnięciem, usuwa z niej spalony knot, czyści i poleruje, aby nazajutrz, kiedy zajdzie słońce, lampa znowu była gotowa do zapalenia. Przyjemność, którą uzyskujesz z prostych, codziennych czynności.

GALA: Nie dziwię się, że cię to urzekło.

PIOTR ADAMCZYK: Na Syberii coś takiego poczułem. Wstałem pewnego dnia wcześnie, jeszcze wszyscy spali, i zastałem w kuchni potworny bałagan, bo wieczorem nikt nie posprzątał. Pomyślałem, że wszystkim się zajmę. Narąbałem drewna, rozpaliłem w piecu ogień. Przyniosłem wodę z przerębla, zagotowałem część do picia, część do mycia. Wylałem pomyje, pozmywałem gary, posprzątałem, pozamiatałem izbę... Spociłem się przy tym okropnie i uważam, że to była moja najlepsza rozgrzewka. W żadnej sali treningowej nie miałem nigdy takiej radosnej satysfakcji. Kiedy siadłem przy stole, zaparzyłem kawę i herbatę dla wszystkich, czułem się wspaniale.

GALA: Który zmysł masz najbardziej rozwinięty: smaku, dotyku czy wzroku?

PIOTR ADAMCZYK: Węchu. Dlatego tak mnie urzekło „Pachnidło” Süskinda. Jedna z największych przyjemności, jakie znam, to moment, gdy gdzieś nagle wyczuwam konkretny zapach z przeszłości. Kiedy w letni dzień rozpoznam woń ciętego bukszpanu, niemal natychmiast przenoszę się do zamku w Książu, gdzie te bukszpany często ścinano. Jeździłem tam na obozy aktorskie organizowane przez Halinę Machulską. Kochałem się wtedy w koleżance z grupy, nieszczęśliwie, bo ona nie za bardzo mnie chciała. Za każdym razem, kiedy czuję zapach bukszpanu, przez kilka sekund mam wrażenie, że znowu mam 14 lat i jestem śmiertelnie zakochany. Czuję tamten skurcz żołądka, tamto bicie serca i uniesienie, z tą różnicą, że teraz jest to bardzo przyjemne uczucie. Pełne pachnącej bukszpanem nostalgii.

GALA: Czy radość jest samolubna, wymaga od nas jakiejś dawki egoizmu?

PIOTR ADAMCZYK: Pamiętam dwa takie momenty, choć nie wiem, czy to będzie właściwa odpowiedź. Pojechałem na sylwestra w góry, do Murowańca. Spałem potem na czekanach wbitych w plecy, na podłodze w tzw. Betlejemce. Nazajutrz wstałem rano, wziąłem plecak i poszedłem w góry. Była piękna widoczność, tylko ja i natura. Miałem zdany egzamin wstępny do szkoły teatralnej i wiedziałem, że całe życie jest przede mną. To był stan absolutnej szczęśliwości. Poza tym udało mi się sprawić, że moja babcia przyjechała do Rzymu i zobaczyła się z Papieżem. I to uważam za swój największy sukces, że osobę, którą kocham, mogłem obdarzyć piękną chwilą. Mogłem się z nią podzielić.

GALA: A ta druga opowieść?

PIOTR ADAMCZYK: Jako dziecko często spędzałem wakacje w Grecji. Miałem może 8 lat, uczyłem się pływać, biegałem nago po dzikiej, bezludnej plaży i cały czas przechowuję w sobie tamto uczucie wolności. Niesamowita była ta przestrzeń: morze, skały, góry, pusta plaża. Myślę, że w pewnym sensie wtedy się ukształtowałem. Wtedy też nauczyłem się rozróżniać stronę prawą od lewej, co wcześniej zawsze mi się mieszało. Stawałem twarzą do morza i wiedziałem, że po prawej mam skały, a po lewej góry. Do dziś, gdy mam wątpliwości, zamykam oczy i myślę: na wprost morze, na prawo skały, na lewo góry. Bardzo skomplikowany system, ale działa, a ja dzięki niemu mogę często przenosić się w tamten czas.

GALA: Ostatnio biegałeś gdzieś na golasa?

 

PIOTR ADAMCZYK: Po śniegu na Syberii, a potem kąpałem się w przeręblu. Nie było łatwo. Najpierw mówiłem, że goły nie wyjdę na zewnątrz, potem, że nie będę biegał po śniegu na bosaka. Po ruskiej bani, gdy solidnie się rozgrzałem, wyszedłem i okazało się, że nie jest tak zimno. Przy przeręblu zmagałem się ze sobą, żeby zanurzyć się w wodzie, która, niezmącona przez dwie minuty, zachodziła lodem. W końcu wlazłem, szpile zimna mnie dotknęły, ale radość, że to zrobiłem, była ogromna. Pokonywanie własnych ograniczeń to wielka satysfakcja. Na każdym polu zresztą. Ostatnio czuję, że mam dobry czas, masę pomysłów. Zostałem producentem, niedługo będę też restauratorem. Wciąż dostaję nowe role i chcę je grać. Chcę ryzykować, działać, sprawdzać się, bo to mi daje radość i satysfakcję. Mam nadzieję, że nie będę tego żałował.