GALA: Co się zmieniło w pana życiu, odkąd ostatni raz rozmawialiśmy?

PIOTR BAŁTROCZYK: Po raz pierwszy w telewizji robimy cotygodniowy kabaretowy show absolutnie na żywo. Nikt tego wcześniej na taką skalę nie robił. Mamy fajne słupki oglądalności, prawie 21 procent. Wciąż ta sama frajda z pracy, z tą samą załogą, perfekcyjnie przygotowaną. I tak już trzeci sezon. Teraz jedziemy na narty do Włoch. Z producentami Tomkiem Alberem i Maćkiem Trzcińskim z agencji Albert, która mnie reprezentuje, i reżyserem Szymonem Łosiewiczem.

GALA: Podziwiam pana za to prowadzenie programów na żywo. Musi pan mieć świetną pamięć.

PIOTR BAŁTROCZYK: Z latami coraz gorszą, bo zanikają szare komórki. Ale działa. W razie czarnej dziury w mózgu wyskakuje z szufladki pamięci jakiś gotowiec.

GALA: Podobno naukowcy odkryli, że obumierają szare komórki, ale odradzają się połączenia neuronowe.

PIOTR BAŁTROCZYK: Naprawdę? To brzmi jak jedno z dziesięciu przykazań Bałtroczyka: Alkohol niszczy szare komórki, ale te najsłabsze. Albo: Jeżeli włosy są ładne, to nie musi być ich dużo. Albo: Niby wszyscy wiedzą, że flaszka kiedyś się skończy, ale zawsze jest to zaskoczenie. Albo: Absolwentki AWF zginają się w niespodziewanych miejscach. Albo: Nie sztuka zrobić szpagat, sztuka wstać.

GALA: Tylko dziesięć tych złotych myśli?

PIOTR BAŁTROCZYK: Wkrótce będzie więcej, wciąż żyję.

GALA: Długo pan szukał swojej drogi życiowej. Studiował filozofię i politologię, zdawał do szkoły teatralnej…

PIOTR BAŁTROCZYK: ...ale na reżyserię. Na szczęście się nie dostałem, bo byłbym dzisiaj objazdowym reżyserem i romansowałbym z aktorkami… Co i tak stało się moim udziałem.

GALA: Właśnie. Ma pan nawet z Joanną Fertacz, utalentowaną olsztyńską aktorką, dwóch pięknych synów. Co mają z pana?

PIOTR BAŁTROCZYK: Obaj są miłymi, ciepłymi ludźmi i moimi przyjaciółmi. Piotrek ma prawie 16 lat, starszy Kacper 23 i pół. Mają pewien rodzaj luzu i we wszystkim własne twarde zdanie, potrafią mnie „zczołgać po drutach”. Nie mają parcia na karierę, chyba po mnie. Może dlatego też wiele rzeczy mi się udawało? Jak mówił mój młodszy synek jako brzdąc, kupując sobie drugą paczkę chipsów: „Kto bogatemu zabroni, prawda?”.

GALA: Jakim pan jest ojcem?

PIOTR BAŁTROCZYK: Dobrym. Bardzo za nimi tęsknię, bardziej niż oni za mną. Brakuje mi ich bardziej niż im mnie. Są mi bardziej potrzebni niż ja im. Jak się w nich przeglądam, bardzo jestem z obydwu dumny. Mam syndrom kwoki, która chciałaby zagarnąć pisklęta skrzydłami, żeby były jak najbliżej.

GALA: I żeby się słuchały, i żeby mieć wpływ na ich życie?

PIOTR BAŁTROCZYK: Mam go, choć Kacper sam wybrał studia. Matka aktorka, ja – jak widać. Nie miał wyjścia. Kacper nie jest genetycznie moim synem. Jest synem Joanny z poprzedniego związku. Jestem jego eksternistycznym ojcem, co nie zmienia faktu, że jest moim synem.

GALA: Jak się do pana zwraca?

PIOTR BAŁTROCZYK: Tato, Piotrek, ojcze. Najczęściej Piotr. Będę zawsze chciał mieć wpływ na wybory życiowe synów, ale te ostateczne decyzje, tak jak i ja, będą podejmowali sami. To samo ja miałem, bo mój ojciec był znanym w Olsztynie długoletnim redaktorem naczelnym. Przez całe lata byłem Piotrem, synem Andrzeja. Któregoś dnia ojciec wrócił z miasta, gdzie się ktoś spytał, czy jest ojcem Piotra. Był z tego bardzo zadowolony.

GALA: Kto przychodzi na pana występy?

PIOTR BAŁTROCZYK: Przekrój wieku rozmaity, najwięcej równolatków i trochę młodszych ode mnie. Bo to, wie pani, i wspólnota doznań, i wspólnota światów, w których dorastaliśmy. Jak mówimy o pustych półkach, to wiemy, jak to wyglądało. A jak ja mówię dziecku: „Kiedyś, synku, na wszystkich półkach stały butelki z octem”, to on: „W całym Carrefourze, tato, tylko ocet stał?”. Albo: „Tu był Pewex, tu tata kupował pierwsze dżinsy, dobrą wódkę, dobre kosmetyki”, a Piotrek pyta: „A gdzie jest teraz Pewex, tato?”. A ja mówię: „Wszędzie, synku, wszędzie”. My wiemy, o co chodzi.

GALA: Młody nie musi. Ale starszy syn więcej rozumie?

PIOTR BAŁTROCZYK: Znacznie więcej. Kacper pracuje ze mną, stoi za kamerą, dyplomowany filmowy operator po katowickiej szkole, na dodatek zdolny. Teraz, przy okazji robienia programu na żywo, spotykam starsze dziecko co tydzień.

GALA: Bałtroczyk bywa roztargniony, nieposkładany, niesolidny?

PIOTR BAŁTROCZYK: U mnie wszystko jest pochodną życia osobistego. Jak jestem poskładany w życiu osobistym, wszystko jest dobrze. Nie jestem smutny, wszystko mi się skleja. Praca zawodowa też mi się skleja i jest takim… niekłopotliwym dodatkiem do życia osobistego. Natomiast jak coś się sypie, potrafię zawalić i dokładam sobie do pieca, a wbrew pozorom skórę mam cienką. Teraz jest dobrze, więc nie jestem roztargniony.

GALA: Pan taki uczuciowy?

PIOTR BAŁTROCZYK: Bardzo! Niedawno zdałem sobie sprawę, jak wiele zła we mnie, nie poskładania wynikało z nie uświadamianej toksyczności poprzedniego związku, niestety.

GALA: Nadal pan odreagowuje stres w kuchni, piekąc i gotując?

PIOTR BAŁTROCZYK: Nadal. Gęsi, kaczki, kuropatwy, przepiórki, perliczki, baraninę, jagnięcinę, owoce morza. Uwielbiam peklować, marynować, piec, dusić, wędzić i całować się.

GALA: Jakim cudem pan nie utył?

 

PIOTR BAŁTROCZYK: Bardzo dziękuję, ale rozmawiamy, siedząc, i wiele pani nie widzi. Mój kaloryfer jest, niestety, dość dobrze zabudowany. Z gotowania bardziej mnie interesuje proces niż efekt. Efekty są zazwyczaj dobre. Choć ostatnio przepiekłem gęś, przesuszyłem, bo oddałem się czynnościom przyjemniejszym.

GALA: Uratował pan ją jakoś?

PIOTR BAŁTROCZYK: Fanu nie było, zrobiłem, co mogłem, ale gęś zaznała zbyt wiele ciepła.

GALA: A co z trunków pasuje do gęsi?

PIOTR BAŁTROCZYK: Z trunków do gęsi pasuje to, co się pije. Mieszkam na wsi pod Olsztynem, mój dom ma 100 lat. Przy domu jest taras z widokiem na laski, łączki, staw, wszystko jest tuż obok. Siadam na tarasie, jest piękny wieczór, robię coś dobrego do jedzenia, otwieram butelkę dobrego wina z Nowego Świata, bo je lubię. I siedzę sobie, czytam książkę albo nie biorę książki do ręki, tylko pozwalała przepływać przeze mnie temu winu… temu winemu, winowi… Czas się zatrzymuje, ptactwo gdzieś świergoli, przelatuje nad głowami. Rozkosz. Wymyśliłem taką formułę: piję, bo jestem alkoholistą. Alkoholista to ten, kto pije, bo bardzo to lubi. Forma pośrednia między abstynentem a alkoholikiem, ale lekarze twierdzą, że granice są płynne.

GALA: Płynne jak ocean. Alkohol dał mi więcej dobrego niż złego – cytat ciągle aktualny?

PIOTR BAŁTROCZYK: Tak jest. Dzięki niemu poznałem wielu ciekawych ludzi i przeżyłem wiele ciekawych przygód razem z tymi, z którymi pijałem alkohol…

GALA: A jak rozwiązuje język.

PIOTR BAŁTROCZYK: Bardzo! I pozwala zagospodarować wieczór. Piję, proszę pani, piję lightowe rzeczy, alkohole świata z przyjemnością. Bardzo to lubię, z tym że nie przeginam. Nie stoi to w kolizji z moją pracą, życiem, zdrowiem, bytem rodziny. Butelka wina wieczorem. Ale jak gotuję, potrafię wypić dwie butelki wina, bo jak stoję przy garach przez cały dzień, to mi się należy, jak psu zupa. Bywa, że i trzy wypiję z radością. Zdarza się, że cztery. Pięć chyba raz wypiłem, bo tyle koło mnie leżało.

GALA: Kiedyś nazywali pana żartobliwie „producentem białego proszku”, bo ożywił pan nieczynny młyn. Wyremontował, przywrócił do życia i eksploatuje.

PIOTR BAŁTROCZYK: Dokładnie w tej kolejności. A także budynki, stajnie, oborę, stodołę, rzekę, wodospad na jazie młyńskim. Jak pierwszy raz zobaczyłem mój młyn, teren był pokryty śniegiem, więc nie było widać syfu dookoła, który wyszedł na wiosnę. Zgadałem się wtedy z kolegą, mało znanym aktorem Malajkatem, kiniarzem i restauratorem. Mówię mu: „Mam taką inwestycję i jak włożę tyle a tyle milionów, to ją skończę”, a Wojtek zdecydowanie: „Ile włożysz, tyle przyjmie”. Jakże trafna okazała się ta uwaga. Zdecydowanie zająłem się rolnictwem. Dokupiłem i dodzierżawiłem ziemi. Mam prawie sto hektarów.

GALA: I ciągnie pan z Unii Europejskiej dopłaty do rolnictwa?

PIOTR BAŁTROCZYK: Co ja tam ciągnę? Te 50 tys. rocznie nawet na paliwo do traktora mi nie wystarcza. Ale na tych stu ha mam żyto, pszenicę, rzepak. Właśnie w młynie częściowo je przerabiam. To dopiero kręcące. I powiem pani, moje poczucie zakorzenienia zwiększyło się znacznie. Stać by mnie pewnie było na dom w Toskanii, ale wiem, że drugiego dnia po przyjeździe pytałbym zarządcy: „Co u nas?”. Trzeciego pytałbym, czy nie przyjechać. Czwartego wsiadłbym w samochód albo na motor i wrócił. To owszem, ograniczające; to taka chłopska zachłanna miłość, ale więź ze swoim miejscem na ziemi jest niebywale wciągająca. Tak jest ze mną.

GALA: Pan wkłada, ziemia przyjmuje.

PIOTR BAŁTROCZYK: W przyszłym roku być może już wyjdę na zero, a może nawet będę miał jakieś lekkie dochody. Bardzo być może. Jeszcze tylko muszę zbudować PGR – Piotrowe Gospodarstwo Rolne. I kupić kombajn na wiosnę. Będzie się kręciło, mam nadzieję.

GALA: Ile osób młyn Piotrowy zatrudnia?

PIOTR BAŁTROCZYK: Tyle, ile potrzeba, odpowiedział wymijająco… To ostatni, z tego co wiem, działający XIX-wieczny młyn wodny na Warmii. Maszyny też są zabytkowe. I jeszcze będzie kiedyś na siebie zarabiał, jak już zacznę produkować. Ależ to wszystko, proszę pani, rajcujące. Zboże na zielono wschodzi, oziminy ładnie skiełkowały przed jesienią, rzepaki pięknie poszły. Na wiosnę, jak sobie wyobrażam – będzie czad. Czad prawdziwy. No a bimber robimy z jabłek. Mam takie miejsca, gdzie kiedyś były domostwa, sady przy domach – to mam tony jabłek. Zrywamy i robimy, co trzeba.

GALA: A wolno pędzić?

PIOTR BAŁTROCZYK: Jeśli się ma pozwolenie, to można, a ja nie miałem zastrzeżeń i wydałem sobie pozwolenie.

GALA: Wobec zaistnienia wątku rolnego spytam o korzenie.

PIOTR BAŁTROCZYK: Dziadek po kądzieli był nauczycielem, drugi: rolnorzemieślnikiem, pradziadek – kowalem na Mazowszu. Moje korzenie są skundlone i mieszane. Ojciec – dziennikarz, jako się rzekło, matka – farmaceutka. Ale jestem pewien, że moje kułackie korzenie siedziały we mnie cały czas i tylko czekały na ujawnienie się.

GALA: Pan przecież z dużego miasta...

 

PIOTR BAŁTROCZYK: Z Olsztyna, Warszawy, Krakowa, ale jestem przekonany, że wirus wiejskości drzemał uśpiony. Jestem o tym przekonany, jak tak siedzę na tarasie, który sam zbudowałem, z widokiem na łączki. Wszystko gdzieś było zapisane. Johannes Bobrowski napisał, że „wszystko jest zapisane na wrotach wielkich stodół”, a ja mam taką stodołę. Nie mam chęci posiadania, nie będę się kłócił o miedzę, ale cieszę się, jak powstaje coś z niczego. I że pieniądze, które zarabiam, jeżdżąc i wygłupiając się, przeznaczone są na coś, co ma daleko większy sens niż to, co robię na co dzień. Ja po prostu szukałem innego sensu niż doraźna praca, którą wykonuję. I znalazłem.

GALA: A dlaczego nie zdobył się pan na męski krok, czyli ożenek? I nie został mężem, mężusiem, mężulkiem?

PIOTR BAŁTROCZYK: Coraz częściej o tym myślę.

GALA: A kim jest Ona?

PIOTR BAŁTROCZYK: Bardzo rano wstaje do pracy w sferze budżetowej. Zawodowo trudno znaleźć coś odleglejszego od moich zajęć. Żal mi jej, więc wysyłam do niej wierszyki bladym świtem, by łatwiej mogła mierzyć się ze światem. Ostatni mi się podoba: Śpią miasta i wioski, górki i dolinki, dorośli śpią i dzieci, chłopcy i dziewczynki. Śpią szkoły i banki, śpią aniołki w niebie, tylko ja k... nie śpię, bo piszę do Ciebie.

GALA: Czuję, że osoba, która wyzwoliła w panu tak uduchowionego poetę, pasuje do pana. Marzy się coś panu?

PIOTR BAŁTROCZYK: Wybudowanie nowego domu, gdzie na dole będzie tylko znakomicie, profesjonalnie wyposażona kuchnia, z piecem konwekcyjnym, z salamandrami, ze wszystkimi tymi gastronomicznymi szpejami, które mają zawodowi kucharze. Coś takiego chciałbym mieć. I z dużą ilością światła, bo mój warmiński dom jest ciemny, z małymi oknami. Aha, jeszcze jedno mi się marzy. Pójść drogą Czarka Pazury, który ma wino Pazurro, i sygnować osobą własną Clan McBaltrok – szkocką malt whisky. Czuje pani, jak to brzmi? Jak pachnie morską bryzą chłodnego Bałtyku, a może raczej Zalewu Wiślanego, bo to ode mnie rzut beretem?