Piotr na nasze spotkanie przyjechał do Warszawy prosto z Gałkowa. „Dwie sarny przebiegły mi drogę, a kilka metrów dalej stał jeleń” – opowiada. „Niewiele widziałem miejsc na świecie tak pięknych jak Mazury”. Włączył się w akcję ratowania starych drzew przy tamtejszych drogach, ma nadzieję, że przez Mazurski Park Krajobrazowy nie będą jeździły tiry. W Warszawie wynajmuje mieszkanie przy Łazienkach. Wstaje o siódmej i już denerwuje się, że nic nie zrobił. Myślałam, że jest grzecznym chłopcem, zawsze w garniturze i pod krawatem. Nic bardziej błędnego. Piotr nie lubi garniturów, na co dzień chodzi w dżinsach i zdarza mu się siarczyście zakląć.

GALA: „Wiadomości” będą teraz lepsze od „Faktów”?

PIOTR KRAŚKO: W Polsce jest miejsce dla dwóch bardzo dobrych programów informacyjnych, z których każdy będzie miał swój, trochę inny styl. Chciałbym, żeby „Wiadomości” nie tylko informowały, że na przykład wydarzyła się katastrofa samolotu. Widz o 19.30 już to wie. Ścigamy się już nie tylko o to, kto pierwszy poda wiadomość, bo od kiedy istnieją całodobowe stacje informacyjne, wielu widzów jest już dobrze poinformowanych. My musimy pierwsi dotrzeć do człowieka, który najlepiej wytłumaczy nie tylko, co się stało, ale dlaczego i jakie będą tego konsekwencje. Widz domaga się od nas pogłębionych, mądrych informacji, ciekawych komentarzy. Mam nadzieję, że zwiększy się grupa osób, dla których „Wiadomości” będą najbardziej wiarygodnym programem. To dla nas wielkie wyzwanie.

GALA: Relacjonował pan dziesiątki dramatycznych wydarzeń, wojnę w Bejrucie, tsunami w Tajlandii, rewolucję w Kijowie. Trudno mi uwierzyć, że teraz wystarczy panu samo prowadzenie „Wiadomości”?

PIOTR KRAŚKO: Nie wyobrażam sobie, że mógłbym przestać być reporterem. Jednego tygodnia mogę być w Warszawie, ale następnego chcę jeździć po Polsce i świecie i stamtąd przygotowywać relacje. Niemal wszyscy czołowi prowadzący w CNN czy Fox News, którzy zarabiają dziesiątki milionów dolarów rocznie, uważają za największy zaszczyt przygotowywanie materiałów reporterskich. Podczas huraganu Katrina stali po pas w błocie i robili relacje z miejsc wydarzeń. Pływali łódkami, szukając tych, którzy ugrzęźli na dachach domów w Nowym Orleanie. Nie można zrozumieć świata i Polski, siedząc w studio na górnym Mokotowie.

GALA: Żal panu zostawiać Stany?

PIOTR KRAŚKO: Nie do końca je zostawiam. Będę jeździł na prawybory i oczywiście listopadowe wybory. Bycie korespondentem to dla mnie najbardziej fantastyczne doświadczenie zawodowe. A z drugiej strony czasem bardzo brakowało mi Polski. Tu wydarzenia są naprawdę moje, dotykają moich bliskich, przyjaciół. Żebym nie wiem jak pasjonował się trwającą kampanią wyborczą w USA, to nic w porównaniu z tym, co przeżyłem w Polsce, gdy wróciłem na parę tygodni prowadzić wieczór wyborczy.

GALA: Komu kibicuje pan w wyborach prezydenckich?

PIOTR KRAŚKO: Mam faworyta, ale nie mogę zdradzić nazwiska. Ameryka potrzebuje przywódcy, który przywróci światu wiarę w ich kraj. Obecna administracja doprowadziła do tego, że Ameryka jest tak nielubiana i niezrozumiana, jak jeszcze nigdy w swojej historii.

GALA: Czym pana zachwyciła?

PIOTR KRAŚKO: Pamiętam, jak minister Sikorski powiedział w żartach: „Duży kraj, duże możliwości”. Miał rację, nie da się lepiej opisać Ameryki. Marzenia nie mają tam granic. Bardzo chciałbym, żeby Europejczycy na nowo w to uwierzyli. Amerykanie sami siebie przekonują, że poradzą sobie z każdym problemem. Zazdroszczę im optymizmu.

GALA: Ich optymizm nie jest powierzchowny?

PIOTR KRAŚKO: Czasem robią dobrą minę do złej gry, ale proszę mi wierzyć, to nie jest powierzchowne. Myślę, że sukcesy Ameryki wynikają ze zbiorowego entuzjazmu ludzi. Jedno z moich ukochanych amerykańskich miast to Fairbanks w sercu Alaski, gdzie temperatury spadają do -50 stopni. Powstało w 1902 roku. Ludzie płynęli rzeką, która nagle została skuta lodem. Trzeba było wysiąść z łodzi i przeczekać zimę. Mieli siekiery, wyrąbali kawałek lasu i wybudowali miasto, które piętnaście lat później miało już lotnisko. Naprawdę tam się czuje, że Amerykę wybudowali wyjątkowi ludzie, z pasją, wiarą, trochę awanturnicy, tacy, którzy niczego się nie bali. I ten duch pionierów do dziś w nich został.

GALA: Coś pana tam zaskoczyło?

PIOTR KRAŚKO: Słowo policjanta jest święte. Jeżeli zatrzyma kierowcę i zapyta, ile wypił, temu nawet nie przyjdzie do głowy kręcić. Odpowie zgodnie z prawdą, że siedem piw. My będziemy kręcić. W Polsce gra z władzą jest nawet dobrze widziana. Amerykanie są przekonani, że ich prawo jest dobre, ułatwiające życie. Zaskoczyli mnie Teksańczycy. Nam się wydaje, że to dzicy kowboje. Są jak przedwojenni polscy dżentelmeni. Chodzą w kapeluszach, nie tylko od słońca. Uważają, że tak jest elegancko. Mężczyzna, kiedy z panią rozmawia, zawsze zdejmie kapelusz.

GALA: Ostatnio oglądałam film z Jackiem Nicholsonem „Choć goni nas czas”. Pacjent chory na raka słyszy od lekarza: „Ma pan przed sobą nie więcej niż trzy miesiące życia”. Zawsze mówią tak wprost? 

 

PIOTR KRAŚKO: Mnie na początku też to szokowało. W Stanach, jeżeli jest opóźnienie samolotu, pasażerowie dowiedzą się dlaczego. Zdarzyło mi się, że zaspał kapitan, który miał pilotować samolot na trasie z Chicago do Waszyngtonu. Innym razem usłyszałem, że mamy awarię podwozia i silnika, ale inżynier już nad tym pracuje i silnik chyba będzie działał. W Europie nigdy nie mówi się takich rzeczy pasażerom. Traktuje się ich jak dzieci, które mogłyby się wystraszyć. Dla mnie to jest poważne traktowanie człowieka. Czy nie lepiej wiedzieć, że zostało nam trzy miesiące życia, żeby je przeżyć z sensem?

GALA: Do tej pory był pan więcej w rozjazdach niż w domu. Nie boi się pan zwyczajnej, trochę nudnej codzienności?

PIOTR KRAŚKO: Trzeba mieć gdzieś dom i myślę, że ja za długo go nie miałem. Znam fotoreportera Reutersa, który się tak zagubił, że mając wspaniałą narzeczoną, dom, wszystko zmarnował. Trochę go rozumiem. Intensywność emocji, które przeżywamy, jest tak duża, że może jej bardzo brakować. Trudno jest wrócić z bombardowanego Bejrutu do naszej codzienności.

GALA: Jak to jest przez pierwsze dni w tym naszym bezpiecznym świecie?

PIOTR KRAŚKO: Dziwnie. Trudno to opisać. Czasem wydaje mi się, że nasze problemy są tak sztuczne i bez znaczenia. Czym jest nie spłacona karta kredytowa w porównaniu z tym, co przeżywali ludzie po trzęsieniu ziemi w Peru. Trwało sześć sekund i całe miasto wielkości Radomia zniknęło z powierzchni ziemi. Z ulicy wchodziliśmy na poziom drugiego piętra, parter i pierwsze były wgniecione w ziemię. Chodziliśmy i spaliśmy w maskach, przez które oddychaliśmy, bo zapach rozkładających się ciał był nie do zniesienia. Taka zwykła wydaje mi się potem rzeczywistość w Warszawie. To, że odkręca się kran i leci z niego woda wydaje się zbyt zwyczajne.

GALA: Pana kolega Andrzej Turski powiedział mi, że przez wiele lat praca była dla niego najważniejsza. Żona i córka – na drugim miejscu. U pana jest podobnie?

PIOTR KRAŚKO: Jakby ktoś popatrzył na mój plan zajęć, to powiedziałby, że tak (śmiech). Myślę, że to się zmienia. Mam już 37 lat i świadomość, co mogę stracić. Najlepszą pracę się miewa, a rodzina jest czymś stałym. Mam wyrzuty sumienia, że za mało czasu spędzam z Maliną i Kostkiem. Są dla mnie najważniejsi.

GALA: Kiedy jechał pan na sylwestra do Tajlandii, uderzyło tsunami. Poszedł pan do pracy, a pani Karolina została przez tydzień sama w hotelu. Dużo było podobnych sytuacji?

PIOTR KRAŚKO: Ale na sylwestra wróciłem (śmiech). Kiedyś przyleciałem ze Stanów do Polski na dwutygodniowe wakacje, a następnego dnia zaczęła się wojna w Libanie i poleciałem do Izraela. Może dzięki temu nasz związek jest intensywny, nie grozi nam monotonia, przyzwyczajenie. Nie musimy myśleć, jak na nowo obudzić namiętność. Kiedy wracam ze świata do Maliny, to czuję, jakbym poznawał ją na nowo.

GALA: Gdzie będzie teraz wasz dom, w Warszawie czy w Gałkowie?

PIOTR KRAŚKO: Jednak w Gałkowie. Lubię Gałkowo za proste relacje i proste problemy. Płot się popsuł, dachówki spadły, konie uciekły z pastwiska. Wieczorem siedzimy z sąsiadami i rozmawiamy do trzeciej w nocy, wszędzie można iść na piechotę. Nikt tam nie goni, nie patrzy nerwowo na zegarek, nie spieszy się na spotkanie. Ale dobrze, że dla równowagi mam Warszawę.

GALA: Kostek już niedługo kończy rok...

PIOTR KRAŚKO: Bardzo mu zazdroszczę, że ma Gałkowo. Cudowne dzieciństwo. Dziadkowie mają wspaniałą stadninę koni, zabierają go na przejażdżki wozem po lesie, chodzi na spacery po pastwiskach, zaprzyjaźnia się ze zwierzętami. W pobliżu jest dużo dzieciaków w jego wieku albo trochę starszych.

GALA: Co lubi Kostek?

PIOTR KRAŚKO: Ma ukochanego konia. Dla dorosłych potrafi być niebezpieczny, wobec Kostka zachowuje się wyjątkowo kurtuazyjnie. Jak podjeżdża do niego w wózku, to koń go delikatnie obwąchuje, Kostek głaszcze go po nosie i widać, że obaj są zadowoleni.

GALA: A co lubicie razem robić?

PIOTR KRAŚKO: Uwielbiamy samoloty. Mam nadzieję, że niedługo zdam egzamin na licencję pilota, ale pewnie nieprędko zabiorę go ze sobą. Na razie wychodzimy na dwór, podnoszę go do góry, Kostek rozkłada ręce i mówię mu, że tak działa samolot. On już sporo latał. Ja miałem trzydzieści lat, kiedy poleciałem po raz pierwszy za Ocean, on trzy miesiące.

GALA: Syn zmienił pana?

PIOTR KRAŚKO: Pamiętam, jak jeden z moich przyjaciół w Waszyngtonie, któremu dziecko urodziło się trochę wcześniej niż nam, powiedział: „Generalnie masakra, zapomnij, żeby się wyspać, mnóstwo problemów, ale to inne życie będzie ci się podobać”. I to prawda. Nigdy nie zapomnę, jak Kostek był jeszcze noworodkiem i zasypiał na mnie, słysząc bicie mojego serca. To go uspokajało. A teraz jest ludzki pan i śpi od 9 wieczorem do 7 rano.

GALA: Kąpie go pan, ubiera, karmi?

PIOTR KRAŚKO: Staram się. Malina nie nabiera się na mówienie: „Kochanie, boję się, że jak go zacznę przewijać, to zrobię mu krzywdę”. Kiepski jestem w karmieniu łyżeczką. Zawsze robi się jakaś afera, cała buzia Kostka jest w kaszce. Malina robi to skuteczniej.

GALA: Przyjaźni się pan z byłą żoną. Dominika i Karolina znają się?

PIOTR KRAŚKO: Dominika przyjeżdża do nas do Gałkowa z obecnym mężem. Jesteśmy genialnym byłym małżeństwem. Spędziliśmy ze sobą kilka lat i gdybym miał źle wspominać Dominikę, to wspominałbym źle siedem lat swojego życia. Pewnie, że popełniliśmy błędy, ale dużo było pięknych chwil. Życzę Dominice jak najlepiej i wierzę, że jest teraz szczęśliwa. W każdej trudnej sytuacji możemy na siebie liczyć.

GALA: Trzy lata temu chciał pan mieć przynajmniej dwoje dzieci. Kostek nie będzie jedynakiem?

 

PIOTR KRAŚKO: Nie jest fajnie być jedynakiem. Nie miałbym nic przeciwko nawet wielodzietnej rodzinie. Ale to nie może być tak, że wszystko spada na głowę kobiety. Dwójkę dzieci będziemy mieli na pewno, trójka to już do zastanowienia. Musielibyśmy tak ułożyć życie, żebym mógł bardziej uczestniczyć w wychowaniu. Zobaczymy.

GALA: Panu brakuje rodzeństwa?

PIOTR KRAŚKO: Zawsze czułem, że chciałbym mieć brata czy siostrę. Miałem takie proste marzenia o dużej rodzinie, która siada przy stole, je razem obiad. Dom z pradziadkami, dziadkami, wnukami. To też jest urok Mazur. Tam wiele domów jest wielopokoleniowych. W naszym, kiedy rano schodzę na dół, to przy stole zawsze ktoś jest. Uwielbiam to. Mogę posiedzieć, porozmawiać, wypić kawę. Jestem stadnym człowiekiem.

GALA: Sprawia pan wrażenie mężczyzny z dobrego domu, typ angielskiego dżentelmena. Taki pan jest naprawdę?

PIOTR KRAŚKO: Trochę się zmieniam. Niestety, nabrałem amerykańskich nawyków, głównie dotyczących jedzenia. Malina bardzo to tępi. Jakbyśmy zaczęli teraz jeść kolację, to oczywiście będę się starał jeść nożem i widelcem, ale sam jadłbym tylko widelcem. Amerykanie zamawiają stek, najpierw go pokroją i odłożą nóż. Czasem prostota ma swój urok. Nie lubię niepotrzebnej celebry. Kiedyś byłem w Los Angeles z moim przyjacielem z Nebraski u polskich arystokratów na obiedzie. Było szalenie elegancko. Mój przyjaciel, widząc trzy talerze i sześć różnych sztućców, zapytał z uśmiechem na twarzy: „Jakie są zasady, żebym wiedział, co mam robić?”. Europejczyk oglądałby się dyskretnie na innych przy stole i powtarzał to, co oni zrobią. Amerykanie nie kombinują w takich sytuacjach i nic nie udają.

GALA: Burzymy pana wizerunek. Piotr Kraśko już nie jest grzecznym chłopcem.

PIOTR KRAŚKO: Nigdy nie byłem. Mieszkałem na granicy Śródmieścia i Woli. Nasza szkoła była tą ze Śródmieścia i strasznie nie lubiliśmy tych z Woli. Staczaliśmy regularne bitwy. Uspokoiłem się dopiero w liceum. Chodziłem do Hoffmanowej, w mojej klasie było 4 chłopaków i 25 dziewczyn. Nie było sensu bić się o nie (śmiech).

GALA: Zdarza się panu zakląć?

PIOTR KRAŚKO: Pewnie. Strasznie klnę. Byłem kiedyś z kolegami na rajdzie Paryż – Dakar. Zdarzało nam się w mocny, wojskowy sposób komentować urodę kobiet. Byliśmy tak do tego przyzwyczajeni, że zupełnie straciliśmy kontrolę. Zaczęliśmy w ten sposób mówić o stewardesie. Kłopot w tym, że to była stewardesa LOT-u, wracaliśmy już z Paryża do Warszawy. Niestety, wszystko słyszała. Generalnie wyrażaliśmy dla niej wielki podziw, ale styl był godny pożałowania. Straszny wstyd.

GALA: Co powiedzieliście?

PIOTR KRAŚKO: To już zupełnie nie nadaje się do powtórzenia (śmiech). Proszę się nie spodziewać, że mężczyźni w ekipach telewizyjnych po kilku tygodniach delegacji rozmawiają ze sobą jak w Kabarecie Starszych Panów. Raczej jedzie męską szatnią po piłkarskim meczu t