Czerwcowy upał. Willa, w której mieści się biuro wytwórni płytowej, tętni życiem. Piotr w białych, lnianych spodniach i luźnej, brązowej koszuli. Otwarty, spokojny. Aż trudno uwierzyć, kiedy mówi, że był kłębkiem nerwów podczas nagrywania „Jak oni śpiewają”. Liczył, że dotrwa najwyżej do szóstego odcinka, doszedł do finału.  Przegrał z Joanną Liszowską. Ale to jego płyta „Polk in Love” jest pierwsza na rynku. Wytwórnia zaproponowała mu jej nagranie długo przed końcem programu. „Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to wielki talent – tłumaczy Joanna Gajewska z QL Music. – I nie pomyliłam się!”.

GALA: Jeszcze niedawno pisano o panu „aktor”. Teraz „aktor i wokalista”. Debiut w wieku 46 lat? Po co to panu?

P.P.: Ostatnio porządkowałem swoje muzyczne dokonania i natknąłem się na płytę z piosenkami Agnieszki Osieckiej, zapis koncertu sprzed 16 lat. Nie mogłem uwierzyć, że tak śpiewałem! Miałem zupełnie inny głos. I nie dlatego mi się zmienił, że palę papierosy czy piję – tego nie robię. Po prostu byłem kimś innym, miałem inną wrażliwość, inne poczucie rytmu życia, inne przeżycia. Doświadczenia przekładają się na zmarszczki, kolor włosów, wpływają nawet na tembr głosu. Dobrze się stało, że dopiero teraz nagrałem tę płytę. Jestem dojrzalszy.

GALA: Jak zmienił się rytm pana życia?

P.P.: Kiedyś żyłem nerwowo, czasami ocierałem się o histerię. Brakowało mi dystansu. Nie potrafi łem sobie poradzić ze sprawami prywatnymi. Byłem niedojrzały także zawodowo. Ale nie uważam tego czasu za stracony. Z drugiej strony, miałem wtedy inny rodzaj energii, byłem młodszy, szerzej patrzyłem na życie. Dzisiaj ten horyzont się zawęził, ale za to stał się ostrzejszy.

GALA: Co pana zmieniło? Nieoczekiwana miłość?

P.P.: Miłość zawsze nas zmienia, daje energię. W życiu zawodowym nie było takiego przełomu. Nigdy nie miałem okresów tzw. milczącego telefonu, od ukończenia studiów nieprzerwanie grałem.

GALA: Ale propozycje nie były na miarę pana oczekiwań?

P.P.: Nie, zawsze miałem większe ambicje. Tyle że z czasem człowiek nabywa  pokory. Nigdy jednak do niczego nie musiałem się naginać. Mam dużo szczęścia. Oczywiście wolałbym zagrać w jednym kasowym fi lmie niż w pięciu serialach średniej jakości.

GALA: Kasowym czy dobrym? Polskie komedie romantyczne są kasowe, ale na ogół niedobre.

P.P.: Dzisiaj wartościowe rzeczy żyją krótko i stanowią wartość jedynie dla wąskiego grona. Pani mówi o ideale. A przecież nie ma ani idealnych mężczyzn, ani idealnych kobiet. Idealnego filmu, który będzie i kasowy, i wybitny, dzisiaj nie widzę.

GALA: Dla fanek z „Nieoficjalnego forum Piotra Polka” idealnym mężczyzną jest
właśnie pan: „wspaniały, o niespotykanej klasie, przesympatyczny”. Jak te wyznania znosi pana żona Magda Wołłejko?

P.P.: Sama bierze w tym forum udział. Koryguje błędne informacje. Mam nadzieję, że budzę w Magdzie podobne uczucia, jak ona we mnie. Bywam o nią zazdrosny, ale i z niej dumny. Fajnie być z kimś, kto podoba się innym. Cieszę się, kiedy ktoś chwali Magdę za „Klub hipochondryków”, tym bardziej że obydwie części tej sztuki okazały się sukcesem kasowym.

GALA: I w obydwu pan gra. Magda napisała też słowa do piosenki „Friends”.

P.P.: Gram w sztukach żony, to kiepsko brzmi, wiem. Kiedy zobaczyłem, jaki ma fantastyczny język, ośmieliłem ją, by zaczęła pisać. Z kolei ona przywróciła sens niektórym moim poczynaniom.

GALA: Na przykład?

P.P.: Choćby śpiewaniu. Od początku mówiła, że powinienem wystąpić w „Jak oni śpiewają”. Wcześniej brałem udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, współpracowałem z Agnieszką Osiecką i Jerzym Satanowskim, miałem recitale. Skończyłem z piosenką w 40. roku życia. Magda uważała to za mój największy
błąd. Upewniała mnie, że dobrze śpiewam. A ja mówiłem: „Ile razy mam ciosać tę ściankę? Ten mebelek i tak ładny nie będzie”.

GALA: Przykład z ciosaniem mebelków jest nie od parady.

P.P.: Ciosanie mebli to moje hobby i fantastyczny relaks. Fizycznie potwornie męczący, bo wszystko robię ręcznie. W moim warszawskim mieszkaniu i rodzinnym domu w Kaletach stoi 75 wykonanych przeze mnie mebli: stoły, stoliki, konsolki, fotele, kanapy, biblioteki, kredensy, szafy. Wzoruję się na stylu
angielskim – lubię formy delikatne, eleganckie, niewielkie. Moje mają jedną cudowną cechę: są niepowtarzalne!

GALA: Życzę, aby tak mówiono o pana albumie. Ale nagrał pan standardy, które
wcześniej wykonywali inni, m.in. Nat King Cole, Rod Stewart czy Frank Sinatra.

P.P.: Nieoryginalność to jeden z zarzutów wobec tej płyty. Odtwarzanie standardów jest tak samo bezpieczne, jak i niebezpieczne. Bezpieczne, bo nikt mi nie zarzuci, że muzyka jest zła, a słowa kiepskie. Niebezpieczne, bo narażam się na porównania.

GALA: Płyty ze standardami nagrali ostatnio Rod Stewart, Diana Krall i Michael
Bublé. Inspirował się pan nimi?

P.P.: Słuchałem ich. Możliwe, że podświadomie coś powtarzam. Ale mam inną wyobraźnię muzyczną, inne życie. I w tym sensie to osobista płyta. „Polk in Love” jest wyznaniem miłości stylowi, kulturze muzycznej, temu, co było, a czego, niestety, już nie ma. Takich płyt były setki, ale to mój nastrój, klimat. W nim jestem zakochany. Mam nadzieję, że ta miłość nie przeminie. Wiem, że moje piosenki są kopiami. Ale jestem pokorny. I przyznaję się do błędów.

GALA: Co panu nie wyszło?

 

P.P.: Wiele rzeczy. Z jednych jestem niezadowolony, co do innych wolałbym, żeby się nigdy nie wydarzyły, np. sesja zdjęciowa z Polkiem wystylizowanym na hiphopowca. Udzieliłem też wywiadów o życiu prywatnym, do których nie powinno dojść. I to jest odpowiedź, dlaczego sam nie napisałem tekstów do piosenek. Jeżeli dostanę po łapach za to, że nie umiem śpiewać standardów,
zgodzę się z tym. Bo to dotyczy umiejętności, a nie serca. Ale gdybym wyznał, co mnie boli, opisał niespełnione miłości, opowiedział o alkoholu i kobietach, mogłoby się to okazać niebezpieczne.

GALA: Dlaczego?

P.P.: Łatwiej znieść kopniaki za umiejętności niż za życie. Bo ono nie podlega weryfikacji. Tak można oceniać tylko to, co śpiewam. Na płycie nie ma aktorstwa. Jestem tylko ja, muzycy i fantastyczny aranżer Wiesław Pieregorólka. Pod każdym z tekstów się podpiszę, także pod tym, który Magda napisała dla naszej trójki.

GALA: Jej piosenkę o przyjaźni śpiewa pan ze Zbigniewem Zamachowskim i Wojciechem Malajkatem. Znacie się jeszcze z łódzkiej Filmówki.

P.P.: Z Wojtkiem byliśmy na roku, Zbyszek studiował o rok wyżej. Przylgnęliśmy do siebie. Byliśmy do siebie podobni. Każdy z nas pochodzi z małego miasteczka, żaden nie miał wcześniej nic wspólnego ze sztuką. Żaden z nas o tę przyjaźń nie zabiegał ani specjalnie o nią nie dbał. Nie absorbujemy się, nie dzwonimy do siebie zbyt często ani nie spędzamy wspólnie wakacji. Spotykamy  się, kiedy któryś z nas potrzebuje reszty. No i raz w miesiącu na męskim wieczorze.

GALA: Wódka, śledzik?

P.P.: Taaak, normalnie męskie spotkanie delegacyjne. Mamy stałe miejsce, w którym jesteśmy odgrodzeni od otoczenia. Sztuka, zawód to tematy numer pięć i sześć. Rozmawiamy o głupotach.

GALA: Samochody, dziewczyny…

P.P.: Samochody może kiedyś, teraz raczej choroby (śmiech). Każdy facet jest hipochondrykiem. Magda, pisząc sztukę, dobrze o tym wiedziała. To rzecz o  facetach, a nie o mnie, jak wszyscy myśleli.

GALA: Dlaczego miał pan opory przed wzięciem udziału w „Jak oni śpiewają”?

P.P.: A co by było, gdybym odpadł w pierwszym albo drugim odcinku?

GALA: Żona i tak by pana kochała…

P.P.: O to byłem spokojny. Ale żadne z nas nie zdawało sobie sprawy z tego, jak trudny emocjonalnie jest udział w tym programie. Zmagałem się też z opinią, że te programy są dla młodych. Podjąłem ryzyko. Jednocześnie w trakcie „JOŚ” dostałem mnóstwo propozycji i zgodziłem się na nie, spodziewając się,  że nie dojdę dalej niż do szóstego odcinka.

GALA: Ma pan przecież profesjonalne przygotowanie – ukończoną szkołę muzyczną w klasie akordeonu i fortepianu.

P.P.: Zanim do niej poszedłem, obserwowałem muzykujących tatę i dziadka. Tata grał na akordeonie, dziadek na tubie. Obaj już nie żyją, z moich występów mogła się cieszyć tylko mama. W jednej ręce trzymała telefon i wysyłała SMS-y, w drugiej różaniec (śmiech). Teraz rozpiera ją duma. Małomiasteczkowa, rodzinna duma, że syn zrobił coś, o co go nie podejrzewała. A moja płyta jest na siódmym miejscu pod względem sprzedaży!

GALA: Podoba się mamie? P.P.: Niestety, wciąż jej nie ma, bo chcę jej osobiście podarować album, a nie mam czasu jechać do Kalet. Z mamą wiąże się zabawna historia. Polsat zrobił uczestnikom kartonowe zdjęcia naturalnej wielkości. Kiedy
wychodziłem z bankietu na zakończenie programu, tekturowy Polk się na mnie przewrócił. Zabrałem go do domu. Potem zawiozłem go na strych do Kalet. Mama zniosła go na dół i mówi, że wreszcie ma syna w domu.

GALA: Wakacje spędzi pan, koncertując?

P.P.: Wytwórnia QL Music pracuje nad trasą. Mam propozycję prowadzenia telewizyjnego programu, nagrywanego we Francji. Będę też pracował na planie filmu Andrzeja Kotkowskiego „Miasto z morza”. Na koncerty czekam i cieszę się. Obiecuję show!