Z naszego pierwszego spotkania przed ośmioma laty na warszawskim Ursynowie pamiętam urządzone meblami z Ikei M-3, miłą żonę Alicję, która za ścianą usypiała maleńką Zosię, i skromność gospodarza mimo rozgłosu, jaki przyniósł mu scenariusz „Kilera”. Było to przed premierą jego debiutanckiego filmu, pierwszej polskiej komedii romantycznej „Zakochani”. Teraz Piotr przyjmuje mnie w przestronnym apartamencie na strzeżonym osiedlu. Siedzimy w salonie połączonym z holem i kuchnią. Przez otwarte drzwi balkonowe napływa świeże wiosenne powietrze, w perspektywie widać Las Kabacki. Ciemne meble, amarantowe kanapy i fotele dają wrażenie bezpieczeństwa. Na ścianach wiszą pięknie oprawione stare fotografie, a na regałach przyciągają uwagę liczne pamiątki z podróży. W pokoju córek (w międzyczasie urodziła się Hania), którego nie sposób pomylić, bo na drzwiach wyklejone są ich imiona, wiszą poniemieckie grafiki, które Piotr przywiózł ze sobą z rodzinnego domu w Ząbkowicach Śląskich. Mimo upływu lat, jakie minęły od naszego spotkania, wygląda młodziej.

GALA: Co sprawiło, że tak odmłodniałeś? Na wieczorze promocyjnym twojej książki prawie cię nie poznałam…

PIOTR WEREŚNIAK: Schudłem 20 kg, musiałem wyrzucić z szafy wszystkie ubrania. Od czterech lat jestem na diecie niskowęglowodanowej, tzw. dr. Kwaśniewskiego. Lekarze jej nie polecają, ale dzięki niej świetnie się czuję. Na tym wieczorze promocyjnym też pewnie straciłem sporo kalorii, bo się stresowałem. Podobnie jak na premierze „Nie kłam, kochanie”...

GALA: Która z premier jest ważniejsza?

PIOTR WEREŚNIAK:  Książki, bo to mój pisarski debiut. Film jest już czwarty z kolei, więc zderzenie z publicznością przeżyłem wcześniej. Czasami mocno i boleśnie. Po 10 latach pracy uzmysłowiłem sobie brutalnie, że film to dzieło zbiorowe. Książka jest sztuką czystą – zmagasz się z własnym talentem albo jego brakiem. Pisałem ją dwa lata pomiędzy reżyserowaniem serialu „Kryminalni”. Życie dzielę na pół. Jestem trochę taki dr Jekyll i Mr. Hyde, bo pisanie jest zajęciem pustelniczym, wymaga skupienia i systematyczności, a reżyserowanie to praca w tłumie, w ostrych reżimach czasowych i finansowych. Jednego i drugiego jest zawsze za mało.

GALA: Jak się czujesz, gdy czytasz o sobie: „Jedno z największych odkryć polskiej kinematografi i ostatnich lat”?

PIOTR WEREŚNIAK:  Nie przejmuję się tym, co czytam o sobie. Zwłaszcza że zajmuję się kinem rozrywkowym, a ono nigdy u nas nie było poważane. Początek miałem emocjonujący: „Kiler”, do którego napisałem scenariusz, był wielkim hitem kinowym. Otworzył mi wszystkie drzwi, mogłem przeprowadzić się z Wrocławia do Warszawy. Jego sprzedaż do Hollywood też wywołała zamieszanie. Później wygrywałem różne konkursy, włącznie z międzynarodowym Hartley-Merrill. Więc po prostu pracuję, robię swoje.

GALA: Miałeś momenty załamania?

PIOTR WEREŚNIAK:  Mam je cały czas. Jako filmowiec i pisarz nieustannie wystawiam się na strzał, ocenę innych. Ona bywa niesprawiedliwa, często zabarwiona złymi emocjami. Wywalam bebechy, swoją intymność. I za to jestem oceniany. To frustrujące.

GALA: Mówisz, że dzielisz życie na pół. A gdzie jest czas dla rodziny? Masz żonę i córki – Zosia ma osiem lat, Hania dwa i pół.

PIOTR WEREŚNIAK:  Rodzina daje dystans do pracy, uświadamia, że są sprawy istotniejsze od kręcenia fi lmów. Najgorsze jest pielęgnowanie w sobie przekonania, że to, co się robi w show-biznesie, jest najważniejsze. Każda porażka jest wtedy klęską. Chociaż sporo ostatnio zrobiłem – bo i „Kryminalni”, i film oraz książka – nie czuję, że jestem strasznie zajęty. Raczej uważam siebie za lenia. I lubię ten stan. Sporo przebywam w domu. Piszę do południa, gdy dzieci są poza domem.

GALA: Twoja powieść sprawia wrażenie wiarygodnego zapisu rzeczywistości, o której przeciętny człowiek nie ma pojęcia. Skąd masz taką wiedzę o służbach specjalnych i ich powiązaniach ze światem przestępczym?

PIOTR WEREŚNIAK:  Z wnikliwego czytania prasy. U nas wciąż się mówi o tajnych służbach i powiązaniach biznesu z polityką. Teoria spisku wisi w powietrzu. Opisałem tę tajną rzeczywistość. A jeśli przy okazji dotykam codzienności, tym lepiej dla powieści.

GALA: Praca na planie „Kryminalnych” nie pomogła?

PIOTR WEREŚNIAK:  Pomogła. Przy okazji zabójstw naszymi konsultantami są technicy policyjni. Czasami mówią o wydarzeniach w mieście. Trzeba dotknąć tego świata, żeby o nim pisać. Podczas kręcenia „Kryminalnych” byłem przez trzy dni zamknięty na Rakowieckiej. Nie napiszesz sceny więziennej, jeśli nigdy nie oddychałaś tym śmierdzącym powietrzem.

GALA: A potem gładko przeszedłeś do lekkiego świata komedii romantycznej. Jak twierdzą socjolodzy, jej cel to doprowadzić widzów do kasy w markecie. Żurnalowy świat to jedna wielka reklama.

PIOTR WEREŚNIAK:  W „Nie kłam, kochanie” poszedłem w stronę komedii. Śmiejemy się z naszego współczesnego blichtru, udawania, że jest się piękniejszym i bogatszym, niż się jest. Dlatego zdecydowałem się na ten scenariusz. Nie chcę ograniczać się do jednego poletka. Chętnie spróbowałbym sił w melodramacie, filmie o miłości bez happy endu, jak np. „Pokuta” czy „Czułe słówka”. W Polsce ta odmiana kończy się na okresie przedwojennym.

GALA: Podobno dowcipne dialogi w filmie są również dziełem aktorów: Piotra Adamczyka i Tomasza Karolaka. Kiedy zaczynali żartować, trudno było im przerwać…

 

PIOTR WEREŚNIAK:  Chcieliśmy, żeby widzowie dobrze się bawili. Jak się ma tak inteligentnych aktorów, można sobie pozwolić na improwizację. Ale podczas kręcenia tego filmu przeżyliśmy też chwile grozy. W drugim tygodniu zdjęć Piotr Adamczyk złamał nogę, przeskakując przez niewielki kwiatek obok kwiaciarki na krakowskim Rynku. Karetka na sygnale zabrała go do szpitala, a nam groziło przerwanie pracy. Na szczęście lekarz artysta skręcił nogę śrubami tak, że już po tygodniu Piotrek mógł na niej stać bez gipsu.

GALA: Reżyserowałeś domowe teatrzyki jako dziecko?

PIOTR WEREŚNIAK:  Nie, ale odkąd nauczyłem się pisać, wymyślałem opowiadanka i zanosiłem je rodzicom do czytania. Najczęściej zakręcone historie sf. Chciałem zostać kosmonautą, pociągała mnie podróż w nieznane. Nie było to trudne, wystarczyło wejść pod stół. Siedziało się pod nim i leciało w kosmos. Do siódmego roku życia byłem jedynakiem. Głównie grałem z chłopakami w piłkę i czytałem książki. Wychowywałem się w Ząbkowicach Śląskich na Dolnym Śląsku. Dziadkowie przyjechali tam ze Stanisławowa. Z Ząbkowicami wiąże się historia, która dotyka mego zawodu. Miasteczko niegdyś nazywało się Frankenstein, a jego rozwój w XVI wieku przerwała epidemia dżumy, wybijając połowę mieszkańców. W następnym stuleciu doszło do okradania ich zwłok. Opisywała to europejska prasa. Zainspirowana tym Mary Shelley wymyśliła historię słynnego Frankensteina. Opowiedziała ją na kolacji u lorda Byrona i tak się narodził nowy Prometeusz.

GALA: Co jeszcze wyniosłeś z Ząbkowic?

PIOTR WEREŚNIAK:  Poczucie tajemnicy. W Ząbkowicach nic nie było oczywiste. W szkole mówiono nam, że wróciliśmy na stare piastowskie ziemie, tymczasem miasto było pełne niemieckich pamiątek. Czuliśmy, że coś jest nie tak. Na rynku spod farby wyłaniały się niemieckie napisy. Na cmentarzu były same niemieckie groby. A w kościele na ławkach, prócz żelaznych tabliczek z niemieckimi nazwiskami, widniały wydrapane napisy w rodzaju: „Wolfgang kocha Helgę, 1865 rok”. Chciałem zrozumieć, co się naprawdę wydarzyło. Pytałem o to dziadka. Był kolejarzem, przyjechał jako jeden z pierwszych, gdy rozminowano tory. Opowiadał, że kiedy wszedł do domu, w łóżkach były jeszcze ciepłe pierzyny, a w czajniku ciepła woda. To mnie intrygowało: było miasto pełne ludzi i naraz wszyscy zniknęli. Niemcy uciekali w pośpiechu, więc w domach zostało wszystko: meble, garnki, pościel. Ale Polacy nie chcieli mieszkać wśród rzeczy wrogów. W rupieciarni na strychu odkryłem kiedyś mnóstwo starych pięknych mebli. Wszystko poszło na spalenie.

GALA: Marzyłeś o wyjeździe z Ząbkowic?

PIOTR WEREŚNIAK:  Tak. W małym mieście wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wszędzie można dotrzeć pieszo. Na średniowieczny zamek w 20 minut, na gliniankę też. Ale małe miasto daje małe możliwości. Wyjechałem na studia do Wrocławia. A po mnie brat, dziś socjolog i jeden ze scenarzystów „Kryminalnych”. Teraz do Ząbkowic jeżdżę do rodziców i przyjaciół. A czasem popatrzeć na góry.

GALA: Po drodze do Wrocławia ukończyłeś w Dzierżoniowie technikum elektroniczne.

PIOTR WEREŚNIAK:  Jestem też technokratą, interesowały mnie komputery. A potem zmiana frontu: kulturoznawstwo. W Polsce raczkował kapitalizm. Pomyślałem, że nie mam zawodu. Nawiązałem współpracę z agencją reklamową jako copywriter i zdałem na reżyserię.

GALA: Gdzie poznałeś Alicję, swoją żonę?

PIOTR WEREŚNIAK:  W Berlinie na obozie OHP, jeszcze w technikum. Dlatego lubię Berlin. 20 lat temu pracowaliśmy razem w jakiejś fabryce. Żona jest dziennikarką. To pierwszy krytyk moich tekstów. To ważne, co myślą o nich bliscy. Ich uwagi biorę do serca.

GALA: Bawisz się, spotykasz z przyjaciółmi?

PIOTR WEREŚNIAK:  Mało. Głównie spędzam czas z rodziną albo jeżdżę na rowerze po Lesie Kabackim. Czasami robimy krótkie wypady w Polskę. Bywanie na imprezach mnie nie interesuje.

GALA: Co najbardziej zaskakującego ostatnio cię spotkało?

PIOTR WEREŚNIAK: Na wieczorze autorskim podeszła do mnie pani i podsunęła do podpisania zeszyt pełen moich zdjęć. Okazała się moją wielbicielką. Jest to o tyle dziwne, że reżyserzy ich nie miewają, ponieważ ich twarze nie są znane. Pani jest fanką serialu „Kryminalni”.

GALA: Czy w twoim garażu stoi już koralowe porsche 911 carrera 4 turbo?

PIOTR WEREŚNIAK:  (śmiech) Nie, to było dziecinne marzenie. Porsche carrera na polskich drogach jest niepraktyczne, ponieważ ma twarde zawieszenie. Kiedy słyszę, że kolejna gwiazda kupiła sobie porsche, od razu ją widzę z poobijanymi pośladkami. Po naszych dziurach znacznie lepiej się jeździ bmw. I na nim na razie poprzestanę.

GALA: Marzenia?

PIOTR WEREŚNIAK:  Żeglowanie po ciepłych morzach. Jako harcerz byłem wodniakiem. Przepłynąłem wszystkie jeziora mazurskie i zielonogórskie. Chciałbym powtórzyć tę przygodę na morzu. Piszę też powieść sensacyjną, ale z punktu widzenia kobiety. Będzie też o miłości.

GALA: A co jeszcze jest przyjemne?

PIOTR WEREŚNIAK:  Podróżowanie. Ciepłe morza, ładne miejsca, smaczna kuchnia i dobre wino. Kocham wyspy greckie. Kiedy mam kilka dni wolnego, kupuję bilet i lecę.

GALA: Producent Tadeusz Lampka zapowiedział już twój następny film według „Zabili mnie we wtorek”. Jest już nawet wstępna obsada…

PIOTR WEREŚNIAK:  Wszystko zależy od tego, jak się sprzeda książka. Być może ten film powstanie. Nigdy nie robię planów filmowych. Czekam, co się zdarzy.