Epitafium Symonidesa z Keos na kurhanie Greków zabitych w wąwozie termopilskim to tylko jedno zdanie. Tylko tyle i aż tyle. Antyczny poeta nie potrzebował więcej słów, by oddać najwyższy hołd bohaterom poległym w bitwie z Persami. Dziś to Polska opłakuje swoich synów i córki. W sobotni poranek 10 kwietnia 2010 roku historia naszego kraju zmieniła bieg, a cały świat stanął w zadumie. We wraku rządowego tupolewa zginęła para prezydencka oraz czołowi politycy kraju, szefowie urzędów centralnych, kwiat generalicji, hierarchowie. Tragedia niemająca precedensu w historii. Okoliczności wypadku potęgują traumę. Oto wiosną 1940 roku w lasach Katynia i okolic w bestialski sposób zamordowanych zostaje blisko 22 tysiące jeńców wojennych wziętych do niewoli przez Armię Czerwoną. Od strzałów w potylicę ginie intelektualna elita kraju. Teraz, po 70 latach najwyżsi rangą politycy i urzędnicy lecą oddać hołd pomordowanym. Przewodniczy im prezydent Rzeczypospolitej. Cała delegacja ginie w wypadku lotniczym. Jakich słów użyć, by opisać to, co się stało? Jak to wytłumaczyć? Powiedzieć, że to zbieg okoliczności albo że Bóg tak chciał? „Są pytania, których nie stawia się nawet Bogu” – stwierdził arcybiskup Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Jakiekolwiek tłumaczenia nie mają sensu, bez względu na to, czy odpowiedzi szukają wierzący, czy niewierzący. Wobec ogromu obydwu tragedii pozostaniemy bezradni na zawsze. Pozostaje palić znicze pod Pałacem Prezydenckim.

MROCZNY KRAJOBRAZ
Każdy, kto kiedykolwiek był w lesie katyńskim, wie, jak banalne jest to miejsce. To nie arktyczne krajobrazy Kołymy, gdzie polscy patrioci także oddawali życie. Ot, zwyczajny, płaski jak stół las sosnowy, wiejska prowincja zachodniej Rosji. Za cara okolica należała do Aleksandra Lednickiego, ziemianina i polityka polskiego pochodzenia, od 1906 r. deputowanego do Dumy, który zaglądał tu na polowania. Po rewolucji nowa władza zakazała wstępu do lasu i nikt postronny nie miał prawa wiedzieć, co się w nim dzieje. Sama wieś Katyń to pokołchozowa osada z obskurnymi blokami ustawionymi w szczerym polu. O takich miejscach mówi się, że są zabite dechami. Żaden z 1,7 tysiąca mieszkańców już nie zajmuje się rolą, a pola dawno zarosły zielskiem. Po dawnym kołchozie zostały tylko przydomowe ogródki warzywne. Ludziom bardziej opłaca się jeździć do pracy do Smoleńska, 18 kilometrów asfaltową szosą. Miasto wielkości Białegostoku leży przy autostradzie Mińsk–Moskwa i ważnym węźle kolejowym. Miejscowe fabryki sprzętu elektronicznego czy zakłady maszyn rolniczych dają pracę mieszkańcom Smoleńska i pobliskich miejscowości. W tamten sobotni poranek fabryki stały zamknięte, a chłód i mgła były jednakowe w Smoleńsku i Katyniu. Część zaproszonych gości przyjechała na uroczystości specjalnym pociągiem z Warszawy. W oczekiwaniu na ofi cjalną delegację ludzie spokojnie zajmowali miejsca na cmentarzu. W planach było przemówienie Lecha Kaczyńskiego, msza święta i uroczysty apel poległych. Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Spokój przerwały straszne wiadomości z lotniska w Smoleńsku. Wiosną 1940 roku okolica wyglądała podobnie jak dziś. Zupełnie inna była sytuacja polityczna na świecie. Po klęsce we wrześniu 1939 r. Polska zniknęła z mapy, podzielona między najeźdźców niemieckich i rosyjskich. Władze państwa rzutem na taśmę zdążyły z ewakuacją do Rumunii, gdzie czekało je internowanie. W kraju z każdym tygodniem okupanci wzmagali represje na ludności cywilnej, niemal wszyscy mundurowi trafili do niewoli. Ci, którzy zostali pojmani na terenach zajętych przez ZSRR, znaleźli się pod „opieką” tajnej policji NKWD.

 

PIEKŁO NA ZIEMI
Rozwińmy ten skrót. Narodnyj Komissariat Wnutriennich Dieł (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych – przyp. red.) – zbrojne ramię bolszewików, których cel stanowiła ogólnoświatowa rewolucja. Okrutne superministerstwo totalitarnego państwa z podległymi wywiadem i kontrwywiadem, policją kryminalną i polityczną, sądownictwem doraźnym oraz siecią obozów koncentracyjnych na Syberii. Kto wpadł w łapy NKWD, albo ginął w więzieniu, albo na lata trafiał na zsyłkę. Dla polskich jeńców NKWD przygotował trzy specjalne obozy internowania – w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Trafili tu żołnierze (także rezerwiści powołani podczas mobilizacji), policjanci oraz funkcjonariusze Korpusu Ochrony Pogranicza – wszyscy w randze oficerów. Kozielsk to 20-tysięczne miasteczko w powiecie kałuskim, 250 kilometrów na wschód od Smoleńska. Ostaszków to mieścina 190 kilometrów na zachód od miasta Twer. I wreszcie najbardziej wysunięty na południe Starobielsk, dziś na terenie wschodniej Ukrainy. Wybór miejsc aresztowania Polaków nie był przypadkiem, przeciwnie – był do bólu pragmatyczny. Każde z miast leży przy linii kolejowej, co umożliwia łatwy transport. I w każdym stał opuszczony klasztor, który bez większego wysiłku dało się przerobić na więzienie. Faktycznie ośrodków, gdzie NKWD przetrzymywał Polaków, było znacznie więcej. Historycy Ośrodka Karta, którzy dokumentują represje na społeczeństwie polskim, wyliczają blisko 100 takich placówek. Ale te trzy obozy były największe i najważniejsze. W nomenklaturze radzieckiej bezpieki nazywano je „właściwymi”. Stalinowskie władze przez kolejne miesiące rozważały, co począć z polskimi jeńcami. Politrucy roztrząsali kilka możliwości z wyjątkiem jednej – zwolnienia aresztantów na wolność. Wyrok zapadł 5 marca 1940 r. Ławrientij Beria, Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych ZSRR, skierował notatkę do Józefa Stalina. Dokument liczył cztery strony i był starannie napisany na maszynie. Beria informował: „Jeńcy wojenni, oficerowie i policjanci, przebywający w obozach, próbują kontynuować działalność kontrrewolucyjną. Aktywną rolę kierowniczą odgrywali byli oficerowie byłej polskiej armii, byli policjanci i żandarmi”. Dalej określał więźniów jako „zdeklarowanych i nie rokujących nadziei poprawy wrogów władzy radzieckiej”. Na końcu proponował okrutne rozwiązanie problemu – rozstrzelać jeńców bez śledztwa i procesu. Notatka ujawniona przez Rosjan na początku lat 90. nosi odręczną akceptację Stalina. Premier Donald Tusk i Władimir Putin słuchają raportu rosyjskich służb o przebiegu akcji ratowniczej pod Smoleńskiem. Uznany przez wielu za najważniejszy moment podczas pierwszych godzin po tragedii – dzisiaj już symboliczny gest solidarności Władimira Putina i poruszonego tragedią Donalda Tuska. Z lewej: hołd oddany ofiarom katastrofy przez premierów Polski i Rosji. Kancelaria dyktatora nadała zbrodniczej decyzji numer P13/144. Ale w podręcznikach historii mord na polskich oficerach nosi miano zbrodni katyńskiej. To uogólnienie. Las pod zapadłą wsią Katyń był tylko jednym z miejsc kaźni Polaków. Podobne seryjne egzekucje komuniści wykonali w innych miejscowościach: Charkowie, Kalininie, Kijowie i Mińsku. Lasy Miednoje, Bykowni czy Kuropat, gdzie grzebano zmarłych, zamieniały się w zbiorowe mogiły. W lesie katyńskim NKWD rozstrzeliwał swoich wrogów politycznych jeszcze w latach przedwojennych. Dlatego tutejszy cmentarz jest dziś podzielony na część rosyjską i polską. Ale w kwietniu i pierwszej połowie maja 1940 r. ginęli tu tylko Polacy, więźniowie obozu w Kozielsku. Do wykonania zadania kaci z NKWD dostali niemieckie walthery, bo w standardowych naganach za bardzo grzały się lufy. Najpierw ręce skrępowane od tyłu sznurem, potem pytanie o personalia i strzał w tył głowy. Według najnowszych ustaleń historyków: 4410 ofiar złożonych w zbiorowych mogiłach. Wśród nich generałowie Henryk Minkiewicz, Mieczysław Smorawiński, Bronisław Bohatyrewicz oraz kontradmirał Xawery Czernicki – arystokracja polskiej armii.

LAS ZNOWU ZAPŁONĄŁ
Las miał na zawsze pochłonąć makabryczną tajemnicę, ale pamięć ludzka okazała się zbyt silna. Paradoksem historii pozostanie fakt, że zbrodnię katyńską odkryli inni oprawcy narodu polskiego. To hitlerowcy, którzy w czerwcu 1941 r. zaatakowali ZSRR, natrafili na zbiorowe mogiły. Władze radzieckie przez lata zaprzeczały, że mają z nimi cokolwiek wspólnego. Odbijały piłeczkę, twierdząc, że za zbrodnią stoją Niemcy. Ta fałszywa wersja obowiązywała także w podręcznikach PRL. Jednak prawda o Katyniu żyła w społeczeństwie dzięki ustnym przekazom, podziemnym wydawnictwom czy zachodnim rozgłośniom radiowym. Z biegiem lat zbrodnia stała się symbolem uciemiężenia państwa przez reżim komunistyczny, potem, po 1989 roku Katyń był miejscem i tematem licznych uroczystości patriotycznych. W najczarniejszych snach nikt nie mógł przewidzieć, że las otaczający Smoleńsk po raz drugi stanie się miejscem narodowej traumy. Skala i przyczyny obydwu dramatów są różne, ale nie sposób uniknąć skojarzeń. „Jestem zdruzgotany. To jest drugi Katyń” – ocenił na gorąco Lech Wałęsa. „Dramat Polski”, „Klątwa Katynia” – krzyczały nagłówki włoskiej prasy dzień po wypadku. To kolejna, jakże ważna różnica. Katyniem 1940 r. świat nie chciał się zainteresować, mimo zabiegów członków rządu emigracyjnego. Katyń 2010 r. trafi ł na czołówki gazet od Japonii, Chin i Indii po Amerykę Południową. Tym razem świat zamarł w zadumie. Święty dla Hiszpanów mecz Real–Barcelona piłkarze poprzedzili chwilą ciszy w intencji ofi ar. Z bezprecedensowym orędziem do Polaków wystąpił prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew. Żałobę ogłosiła Unia Europejska, ale też odległa Brazylia. Kondolencjom od głów państw na świecie nie było końca, by wymienić Benedykta XVI i Królową Elżbietę. Do zgromadzonych na cmentarzu w Katyniu informacja o wypadku lotniczym dotarła w tych samych minutach, co do budzącego się ze snu kraju. Pierwsze przekazy były sprzeczne, kolejne nie zostawiały już nadziei. Szlochy, modlitwy, odmawianie różańca. Ksiądz parafi i w Smoleńsku spontanicznie odprawił mszę. Po niej uroczystości się zakończyły, bo zgromadzeni byli w zbyt wielkim szoku. Ten ogólnokrajowy wstrząs musi kiedyś minąć, ale w oczach Polaków Katyń na zawsze pozostanie miejscem wyklętym. Dwa razy w tym samym lesie kraj stracił elity. Mamy my, naród, punkty chwały jak Grunwald, Jasna Góra czy Monte Cassino, gdzie nasi przodkowie przelewali krew w obronie ojczyzny. Katyń był tego przeciwieństwem – miejscem niegodnej śmierci jednostek i symbolem upokorzenia całego społeczeństwa. Po wypadku samolotu z prezydentem na pokładzie ten symbol nabrał jeszcze innego znaczenia. Tam mieszka Fatum wiszące nad ojczyzną. To są Polskie Termopile.