GALA: Moim zdaniem jesteście państwo pięknym przykładem na to, że miłość przytrafia się nie tylko ludziom młodym.

JAN NOWICKI: Stwierdzenie, że tylko młodzi kochają, jest tak samo głupie jak to, że tylko starzy umierają. To, co nam się z Małgosią przytrafiło, zaczęło się cieszyć niebywałym powodzeniem w mediach. Gazety epatują takimi określeniami, jak: „para”, „powrót”, „nostalgia”, „romantyzm”. Ale ja to po prostu spuszczam po brzytwie, bo my, ludzie z Krakowa, takimi rzeczami się nie zajmujemy.

GALA: W takim razie jak nazwałby pan to, co was połączyło?

JAN NOWICKI: Kiedy dzisiaj usiadłem w słońcu, pomyślałem, że ta jesień jest opowieścią o nas. Jesienne słońce jest najpiękniejsze. Wie pani dlaczego? Bo jest darowane od Boga. Ono po chamsku nie opala, nie wpędza człowieka w euforię. Można się nim poniekąd cieszyć. Łagodnie i czule. Można wreszcie bardziej panować nad uczuciem, zamiast ulegać mu w sposób absolutnie ślepy. Proszę zauważyć, że pierwsza miłość jest jak szubienica. A miłość starszych, nawet jeśli skończy się krachem? Mój Boże, to jest wliczone w dojrzałość. Zresztą ona jest próbą. Gosia zaprotestuje, ale w pewnym wieku uczucie nie spada na ludzi z siłą tsunami.

GALA: A mówi się, że każda miłość jest pierwsza…

JAN NOWICKI: Wie pani, to dobrze brzmi w operetce, w taksówce, przy ognisku. I nawet jest w tym szczypta prawdy. Tylko szczypta.

MAŁGORZATA POTOCKA: A dla mnie radość, którą teraz odczuwam, to jest radość małej dziewczynki połączona ze szczęściem dojrzałej kobiety.

JAN NOWICKI: Ale nie odbijemy się przecież od naszej przeszłości, rozumu, przykładów.

GALA: Przecież rozum, przeszłość i przykłady mogą być budulcem…

JAN NOWICKI: Oczywiście, one są budulcem do czułego i uważnego patrzenia. Odkrywanie cech drugiego człowieka, jedna po drugiej, powoli – czy wie pani, jakie to jest piękne? I jednocześnie konieczne. Bo w pewnym wieku pośpiech poniża, jest powodem histerii.

MAŁGORZATA POTOCKA: A ja uważam odwrotnie. Może dlatego, że swego czasu przeżyłam porwanie przez terrorystów statku, na którym występowałam z zespołem Sabat. Miałam pistolet przystawiony do głowy i wiedziałam, że zaraz zginę. We mnie ta trauma została. Dlatego, kiedy spotyka mnie szczęście, zaczynam się spieszyć, bojąc się, że w każdej chwili może się stać coś nieprzewidywalnego.

JAN NOWICKI: Słyszysz? Włączył się gdzieś alarm. Wiesz po co? Żeby cię przestrzec przed pośpiechem. Bo nic bardziej nie postarza. Zwróć uwagę, kto biegnie po schodach – starzy, którzy chcą udowodnić, że mają siłę w nogach. Natomiast młody po pięciu stopniach się zasapie. Bo on niczego nie musi udowadniać. À propos starości. Nie chcę jej nazywać piękną puentą, bo przecież wiemy, ile bólu ona przynosi, ile rezygnacji. Starość może być bardzo smutna. Ale jedno jest pewne: trzeba zrobić wszystko, żeby była radosna. Tu już nie chodzi o przyjemność, ale o satysfakcję rozumu. O satysfakcję więźnia, któremu w ostatniej chwili udało się uciec z celi.

GALA: Pan się czuje jak ten więzień?

JAN NOWICKI: Odpowiem tak: czy pani wie, co zrobiła Małgosia na początek? Kazała mnie przebadać. Pierwszy raz w życiu powkładali mi palce i rury we wszystkie możliwe miejsca. Nawet nie wiedziałem, że mam w sobie aż tyle otworów. I nagle okazało się, że są jakieś problemy z cholesterolem, że ja – człowiek urodzony nad Bałtykiem – powinienem się przerzucić na dietę śródziemnomorską.

GALA: Jednak jest pan śmiertelny?

JAN NOWICKI: No, coś takiego. Lekarz przepisał mi tabletki i kupiłem sobie na nie specjalną torebkę. Ale już mi się popieprzyło, kiedy mam brać białe, a kiedy różowe. Te tabletki są raptem cztery, ale zajmują całe moje życie, bo już trzy teksty o nich napisałem. O tym, że nie ja nimi rządzę, tylko one mną.

MAŁGORZATA POTOCKA: To jest kokieteria. Jan lubi być przewrotny, a w dyskusji uwielbia bawić się słowami, żonglować nimi.

JAN NOWICKI: W każdym razie po tym wszystkim ona powiedziała: „Janku, ty nie jesteś stary, ty jesteś kruchy”. I to mnie ujęło. Kruchy mogę być.

MAŁGORZATA POTOCKA: Nie przedstawiaj tego w ten sposób, że przebadałam cię jak konia na targu przed kupnem. Wie pani, Jan miał od lat złamany palec. I kiedyś, gładząc mnie po policzku, powiedział: „Nie mogę cię pogłaskać tak, jak bym chciał, bo mam niesprawny palec”. Stwierdziłam więc, że coś z tym trzeba zrobić, że musimy ten palec zoperować. Jestem bowiem osobą…

JAN NOWICKI: Która lubi być gładzona.

MAŁGORZATA POTOCKA: To raz. A dwa – lubię pokonywać przeszkody. Poza tym, gdy raptem bierze pani coś pięknego w swoje ręce, coś, co jest pani bardzo bliskie, to przecież chce pani, żeby to było otoczone czułością. Bo bycie parą nie polega na jakimś ściganiu się, tylko właśnie na pięknej trosce. Tym bardziej że przecież Jan przez wiele lat szarpał swoje zdrowie. A mnie zależy na tym, żeby był jak najdłużej.

JAN NOWICKI: Wiesz dlaczego? Bo ty tak pięknie zwracasz uwagę. Jakbyś przyzwalała. I dlatego wypalenie w twojej obecności połowy papierosa, a nie całego, to pójście tobie na rękę... jest dużo przyjemniejsze niż tytoń.

 

MAŁGORZATA POTOCKA: Mogę być tylko szczęśliwa, że tak reaguje na mnie Jan – kwintesencja wszystkiego, o czym może marzyć kobieta. Mężczyzna, który jest wieczną tęsknotą, z którym prowadzi się nieustający dialog. Którym nigdy nie można się nasycić. Nawet gdy jest obok.

GALA: Państwo poznali się trzydzieści lat temu. Czy przez ten czas tęskniła pani za panem Janem?

MAŁGORZATA POTOCKA: Tak, bo intensywność przeżywania czegokolwiek z nim jest nieporównywalna z niczym.

JAN NOWICKI: To jest jasne, że wysłuchuję tego z ogromnym trudem, choć powinienem wyłącznie z przyjemnością. Ale mężczyzna, który się składa z przyjemności wynikających ze słów kobiety, to jest w ogóle jakiś kastrat. Gosiu, tak nie wolno, nie wypada.

MAŁGORZATA POTOCKA: Może nie wypada, ale ja już nie mam nic do stracenia. Ty mówisz, że jesteś w finale życia, ale przecież ja również. Dlaczego mam nie mówić szczerze tego, co myślę? Najwyższy czas, żebym już nie kokietowała nikogo swoimi wypowiedziami. Jan otacza kobietę aurą niezwykłą, świat zaczyna mieć kolory prawie nie do wytrzymania. I kiedy się uwierzy w tę aurę i w to wszystko, co stwarza wokół kobiety, to po prostu traci się władzę nad sobą. Gdy więc spotkaliśmy się trzydzieści lat temu, to oszalałam. Ogłuchłam i oślepłam. I długo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nie możemy być razem. Poza tym byłam związana z innym mężczyzną. Jan jednak całe życie we mnie tkwił.

JAN NOWICKI: Jestem daleki od tego, aby te słowa uznać za nieprawdę. Ale zawsze, gdy słucham tego rodzaju wyznań, zastanawiam się, na ile człowiek, całkiem szlachetnie i w zgodzie z faktami, kreuje swoją przeszłość. To mnie fascynuje. Wie pani, co ja pamiętam? Że stałem na balkonie, chyba w Torino. I na duży kamienny plac ze studnią – choć może on wcale nie był kamienny, a i studni być może wcale nie było – zajechała żółta taksówka. Wysiadła z niej dziewczyna w sukience w kwiaty, choć może wcale to nie były kwiaty...

GALA: Naprawdę pan to pamięta?

JAN NOWICKI: Tak. Małgosia rozglądała się dookoła. Taka mała postać z pupą wypiętą jak u Murzynki. Taksówka ruszyła, a wtedy ona dostrzegła mnie na tym balkonie i zaczęła iść w moim kierunku: wolno, nie spiesząc się, jakby wiedziała, co nas czeka. Gdy weszła, rzuciliśmy się sobie w ramiona. A wcale nie znaliśmy się dobrze.

GALA: Nie wierzę…

MAŁGORZATA POTOCKA: Znaliśmy się z programów telewizyjnych. I to było takie pożądanie na odległość. Wiedziałam, że któregoś dnia, gdy stanę z Janem twarzą w twarz, ulegnę.

JAN NOWICKI: Byłem nią tak zafascynowany, że nawet nie pojechałem na spotkanie zespołu z papieżem. Swoje miejsce w autobusie oddałem komuś i zostałem z nią, bo uważałem, że tam jest Kaplica Sykstyńska. Wie pani, Gosia jest zupełnie inaczej skonstruowana niż ja. Ona się składa z ogromnych emocji. Wszystko u niej jest na granicy dziecinnego zachwytu, dziecinnego smutku i dziecinnej euforii. Ale jest to bardzo mądre dziecko i bardzo odpowiedzialna kobieta. I chyba dlatego wzięła mnie wówczas za człowieka, który wypowiada odpowiedzialne słowa.

GALA: Pani Małgosia z pewnością chciała pana za takiego człowieka uważać…

JAN NOWICKI: Tylko że to był ten okres, kiedy byłem w jednym z najlepszych teatrów świata, gdzie reżyserowali Swinarski, Wajda, Jarocki. Mimo ponurej komuny jeździliśmy po wszystkich kontynentach. To była jakaś oszalała młodość, wielkie role, alkohol, piękne ciała. No, świat u stóp, autentycznie. I mnie, inteligentowi pierwszego rzutu, wplątanemu w wielki świat wrażeń, lektur, życie zaczęło się mieszać z teatrem oraz filmem. I na odwrót.

GALA : U wielkich aktorów to jest…

JAN NOWICKI: Pani jest osobą, u której cieszę się atencją i to mnie postarza. Źle sobie radzę z komplementami, zwłaszcza w obecności dziewczyny, która cały czas idzie pod prąd. Stworzyła wspaniały i jedyny teatr rewiowy w Polsce.

GALA : Chciałam tylko powiedzieć, że u wielkich aktorów to jest chyba nieuchronne?

JAN NOWICKI: To jest dowód pewnego zidiocenia, pewnej bezradności. To jest także amatorskie, ale mnie się wydawało, że poza niesłychaną zupełnie, porywającą relacją kobiety i mężczyzny nic nie jest istotne. A ona jak każda kobieta chciała zostać moją żoną. Nawet sobie żółtą sukienkę kupiła. I buciki.

MAŁGORZATA POTOCKA: Tak, ale to ty kazałeś mi przywieźć tę suknię. Gdy znów pojechałam na kolejne tournée do Włoch. Jan powiedział: „Masz przywieźć sukienkę w żółte kwiatki i pantofelki. I masz w tej sukni, w której pójdziemy do ślubu, wysiąść na dworcu”. I tak rzeczywiście się stało. Ja miałam suknię w kwiatki, a ty przyszedłeś z bukietem kaczeńców, który był ogromny. A te pantofelki ze skóry węża mam do dzisiejszego dnia.

 

JAN NOWICKI: Z węża, powiadasz? Rozstaliśmy się jednak. Była jej rozpacz i mój brak głębszej uwagi. Trochę się chyba czułem nieswojo, że jej nie będzie w moim życiu, ale tylko tyle. Proszę nie zapominać o tym, że w moim życiu była kobieta. Bo my tak uciekamy od tego tematu jak diabeł od święconej wody. A przecież była Marta, która wniosła wiele do mojego życia i ja także wiele dla niej zrobiłem. Razem stworzyliśmy dziesiątki filmów, przeżyliśmy wiele lat. I tam był jakiś wygodny dla mnie constans, który spowodował, że przyjąłem filozofię niesłychanie luzacką, obrazoburczą w stosunku do samego życia, do obowiązku, do wierności, do lojalności. Całe dziesiątki lat żyłem życiem człowieka dzikiego, bez skrępowań. To było nieprzyjemne, byle jakie, na pewno wielu ludzi mną pogardzało. Ale ja byłem tak szczęśliwy, że nie dostrzegałem ani negacji, ani akceptacji swojej osoby. Mnie tak było pięknie żyć.

GALA: Tylko że cierpiały na tym kobiety. I w efekcie nawet związek z panią Martą się rozpadł…

JAN NOWICKI: Mnie się nawet nie chce mówić, dlaczego on się skończył. Nie dlatego, że mam jakieś opory, tylko dlatego, że naprawdę nie wiem. To się chyba musiało rozlecieć. Bo mimo że ten związek był naprawdę udany, to między nami była ciągła walka, non stop jakiś boks, ścieranie się. Teraz zaś po raz pierwszy w życiu widzę, co to jest czułość.

GALA: Może nigdy jej pan nie zaznał, bo wciąż pan przed nią uciekał, nie chciał się pan jej poddać?

JAN NOWICKI: Ale teraz powoli zaczynam chcieć. I widzę, może dlatego, że mięśnie nie są już tak mocne jak kiedyś, że uleganie tej czułości sprawia mi wielką przyjemność. Dlatego Gosia przygotowała mi pokój na samej górze, gdzie jestem odizolowany od jej zoo, jej papug i pekińczyków, które ona kocha bez pamięci. Ja dotąd miałem inny stosunek do zwierząt, ale zaakceptowałem to, bo raptem się zorientowałem, że to jest kawał jej serdecznego życia, że to są mieszkańcy tego domu. I gdy ona przychodzi ze swego teatru w nocy, to najpierw dwie godziny odpoczywa w tym barwnym świecie, a potem o wpół do trzeciej nad ranem wnosi nowe życie do mojego łóżka. Tylko że ja bardzo często już śpię. Ale proszę się nie martwić, ponieważ to jest kobieta, z którą trwa być może jeszcze ciekawszy dialog – dialog przez sen. Bo gdy ludzie są szczęśliwi, to w czasie snu spotykają się ich ręce. I oni niby śpią, ale tak naprawdę rozmawiają. Moim zdaniem to jest miernik bycia ze sobą. Ta nocna choreografia ciał. Kiedy więc ona wpada o wpół do trzeciej, zaczynamy tańczyć do rana.

MAŁGORZATA POTOCKA: I muszę powiedzieć, że jesteś znakomitym partnerem.

JAN NOWICKI: Wie pani, dlaczego nie odejdę od Małgosi? Bo nie miałbym siły do niej wrócić. Muszę i chcę zostać. Bardzo bym chciał, żeby nam się powiodło. Dlatego będę się przyglądał i jej, i sobie.

GALA: A co państwo zrobią z tą pani żółtą sukienką, w której przed trzydziestu laty przyjechała pani na dworzec?

JAN NOWICKI: Wyrosłaś z niej trochę.

MAŁGORZATA POTOCKA: Z sukienki? Teraz byłaby w innym fasonie. Ale przez mój szacunek do ciebie zrealizuję twoje pragnienie.

JAN NOWICKI: Wie pani, jeżeli ktoś do sześćdziesiątego dziewiątego roku życia, a tyle lat będę miał w listopadzie, nigdy nie miał żony, to zdążył w tym dostrzec także pewne powaby. Poza tym mimo rozbuchanego życiorysu w gruncie rzeczy cały czas składałem się z wątpliwości. Ale widzę, że to się stanie. Z jednego tylko powodu – żebym mógł zobaczyć w oczach Gosi radość, szczęście. Cała reszta nie ma znaczenia. Ona zaraz mnie ubierze, poprawi mi coś przy szyi. A ja się wścieknę.

GALA: A więc jednak zdecydowane! Jan Nowicki się żeni!

JAN NOWICKI: To przez to, że ona ma fenomenalne argumenty. Jako przewrotna, inteligentna kobieta myśli: przecież ja nie mogę być jeszcze jedną dziewczyną Nowickiego, przecież ja na to nie zasługuję. Więc to się stanie. Tylko błagam, żeby to było skromne, żeby prawie tego nie zauważyć. Poza tą radością w jej oczach, którą – mam nadzieję – zobaczę.

MAŁGORZATA POTOCKA: Znam się na wydarzeniach organizowanych z rozmachem, podkreślonych tańcem, piosenką, pięknymi kostiumami. Ale umiem też zaszyć się w swoim szczęściu. Poza tym żaden mężczyzna w moim życiu nie miał u mnie takiego autorytetu, jaki ma mój Jasieniek. I dlatego będzie tak, jak będzie.

JAN NOWICKI: Będzie. Bo składasz się z dotyku.