GALA: Panie Rafale, rym do rzeżucha?

RAFAŁ BRYNDAL: Ładnie mi tu pani do ucha grucha.

GALA: O, i mamy początek limeryku, czy właśnie w ten sposób powstają?

RAFAŁ BRYNDAL: Mniej więcej, chociaż zazwyczaj piszę je sam.

GALA: Co to są limeryki według Rafała Bryndala?

RAFAŁ BRYNDAL: To krótki, zabawny tekst z puentą. Taka zabawa słowem, w której ćwiczy się rymy, rytmy i lapidarność.

GALA: A co z błyskotliwymi wyliczankami, odrobinę nieprzystojnymi?

RAFAŁ BRYNDAL: Mogą być nieprzystojne nawet bardziej niż odrobinę. Limeryki piszę codziennie, kiedy jadę samochodem, czekam w kolejce do dentysty. Zapisuję je w telefonie. To taka wprawka przed czymś większym. W pewnym sensie produkt uboczny „rozciągania umysłu”, ale obrobiony, dopieszczony. Ich pisanie traktuję jak psychoterapię. Kiedy uda mi się wymyślić jakiś dobry, wtedy już do końca dnia mam odpowiedni humor.

GALA: Dla kogo pan je pisze?

RAFAŁ BRYNDAL: Chyba przede wszystkim dla siebie, chociaż to, co napiszę, wysyłam swoim przyjaciołom. Ale tylko tym, którzy naprawdę roześmieją się z mojego dowcipu i spostrzeżeń, często bardzo abstrakcyjnych.

GALA: Powstanie ciąg dalszy zabawnych wyliczanek i zobaczymy pewnego satyryka z Warszawy, tańczącego na łyżwach, by nie wypaść z wprawy?

RAFAŁ BRYNDAL: Być może, w końcu piszę codziennie, ale Marek Raczkowski na łyżwach raczej mnie nie uchwyci.

„Limeryki”, Rafał Bryndal, W.A.B.