GALA: Rafał, czy ty jesteś szczęśliwym człowiekiem?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Na pewno jestem szczęśliwy, że ukazuje się moja wymarzona płyta. Ona jest jak moje dziecko noszone przez kilka lat. To jest bardzo intymna i osobista rzecz.

GALA: Na płycie „Tatango” śpiewasz „porąbany los miażdży mnie...”.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: To rozliczenie z pewnym etapem mojego życia, jakby zaczerpnięcie oddechu przed następnym krokiem. Zostawiam za sobą kilkanaście chudych lat, kilkanaście lat frustracji i odstawiania na boczny tor, szukania dziury w całym. I teorii spiskowych.

GALA: Jesteś ofiarą spisku?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Tak. Ale też muszę przyznać, że troszeczkę sobie na to „odstawienie na boczny tor” zapracowałem. Brakiem pokory. Za bardzo się kłóciłem o swoje. Teraz próbuję sondować swój powrót do zawodu aktora, ale na zupełnym luzie, bez jakiegokolwiek parcia na szkło. Część moich adwersarzy, wrogów „spłynęła rzeką do morza”.

GALA: Ale zaczynasz skandalem.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Rzeczywiście, zaczęło się to dość dużym zgrzytem. Jakiś czas temu dostałem rolę w serialu „Tancerze”. Wszystko wynegocjowane, warunki finansowe dogadane, moją partnerką ma być Kasia Cichopek. I tę rolę mi zdmuchnięto sprzed nosa. W ostatniej chwili! Dostał ją pupilek reżysera. Nic się na to nie da poradzić.

GALA: Okazuje się, że zawsze trzeba być czyimś pupilkiem?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Tak. Powiedziano mi wprost, że nikt nie będzie kruszył kopii o Rafała O. Mam szczery żal do mojej firmy macierzystej, czyli telewizyjnej Dwójki, że gdy nastąpiła zmiana, nikt nawet nie mrugnął okiem w mojej sprawie. Muszę sobie przemyśleć, czy jest to firma, z którą warto trzymać na dłuższą metę. Wiem, że w mediach nie ma sentymentów. Na szczęście ani granie w serialu, ani ścieżka aktorska nie jest moim priorytetem. Dla mnie priorytetem jest muzyka.

GALA: Łatwo tak mówić, gdy się dostaje plik tekstów od Wojciecha Młynarskiego.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: To prawda, to dar od losu. Stanąłem na ramionach gigantów, jak Wojtek Młynarski, Maryla Rodowicz.

GALA: Obraziłeś się na branżę filmową?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Byłem obrażony przez jakieś kilkanaście lat i w związku z tym kompletnie się tym nie interesowałem. Teraz pomalutku szykuję się do powrotu. Mam w planie jakoś zaistnieć w teatrze. Rozmawialiśmy parę lat temu z pisarzem Krzysztofem Vargą o jego „Tequili”. Teraz bez pośpiechu szukam reżysera, organizuję produkcję i chcę zagrać w tym monodramie. To jest dosyć kameralna rzecz, myślę, że podołam i znajdę scenę. A może nawet będę to grał w domu?

GALA: Dlaczego teraz tak „wystrzeliłeś”?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Zrobiłem sobie bilans trzydziestoośmiolatka. I wiesz co? Znudziło mi się przegrywanie. Najwyższy czas, żeby zacząć wygrywać i przejąć inicjatywę w swoim życiu. Nie ma co liczyć na cuda. Że ktoś przyjdzie i mi cokolwiek zaproponuje.

GALA: Mówisz sobie w duszy: „Ja wam wszystkim jeszcze pokażę”?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Tak, ale żeby to wszystko zadziałało, potrzeba wielkiego stonowania wewnętrznego i harmonii.

GALA: Jesteś stonowany?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Chyba po raz pierwszy w życiu...

GALA: Nie udawaj. Masz przecież duże kłopoty rodzinne.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Rzeczywiście borykam się z dużymi problemami osobistymi. Mam życie tak zabagnione w niektórych partiach, że dzięki tej płycie zyskuję dystans.

GALA: Walczysz w sądzie z własnymi rodzicami o prawo do wychowywania synów.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Jak sytuacja dojrzeje do tego, żeby ujawnić, co się naprawdę u nas dzieje, to się w mediach zatrzęsie. Natomiast jest to broń ostateczna, atomowa, która nas wszystkich spali. Moja rodzina to temat samobójczy. Mogę wyciągnąć zawleczkę i wszyscy zginiemy.

GALA: Nie martw się, w mediach nie ma prawdziwej śmierci.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Ale zginiemy jako rodzina.

GALA: Może już nie jesteście rodziną?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Rzeczywiście już nie, ale na pewno nie odstąpię od roli ojca, której podjąłem się lata temu, i wychowam swoje dzieci najlepiej, jak potrafię. Ja to zrobię!

GALA: Nie chcesz, żeby twoich synów wychowywali dziadkowie...

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Jak będzie trzeba i doprowadzą mnie do takiej sytuacji, ja to szczegółowo opiszę. Myślę, że padnie pewna legenda na temat mego ojca i matki. Ale na razie nie chcę tego robić. Trzymam sobie tę ewentualność jako ostateczność. Jeśli nie będzie innej możliwości dochodzenia do sprawiedliwości.

GALA: Rafał, po twoich oczach widzę, że jest źle...

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Tak? Mam przecież modelową, wystudiowaną pozycję telewizyjną, nazywaną „kompetentny i wyluzowany”.

GALA: Uciekasz w muzykę przed tym, co się dzieje w twoim życiu prywatnym.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Zawsze w moim życiu było tak, że bez względu na to, w jakiej sytuacji bym się znalazł, mogłem złapać za gitarę i wykrzyczeć moją złość, mój ból.

GALA: Ale gitara nie jest ratunkiem. Może nim być np. bliskość drugiego człowieka.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Więc zaręczam ci, że „music is my only friend until the end”...

GALA: Jest w tobie dużo wściekłości na rodziców. Co im zarzucasz?

 

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Że mnie olali. Oni się mną zupełnie nie interesowali. I to dotyczy zarówno ojca, jak i matki, która nawet starała się mną zająć, ale ja zawsze miałem świadomość, że niechcący zmarnowałem jej życie, zwichnąłem karierę. A ojciec potrzebuje rodziny tylko i wyłącznie jak kwiatka do butonierki. Jak już nikt nie chciał przyjść na wręczanie mu medalu, wtedy zabrał mnie do Pałacu Prezydenckiego. Dla niego życie osobiste, rodzina nie były nigdy priorytetem. Poświęcił wszystko aktorstwu i osiągnął wszystko, co się dało osiągnąć, płacąc świadomie za to tak wysoką cenę.

GALA: A dlaczego nie możecie się spotkać w cztery oczy i pogadać jak ludzie?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Ale trzeba mieć ludzi po drugiej stronie...

GALA: Co takiego oni ci zrobili?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Zostałem nieuczciwie i bardzo zdradziecko zaatakowany nieprawdą. I muszę się bronić w tej sytuacji. Mam to na piśmie, przyjdzie moment, kiedy to opublikuję. Proces z własnymi rodzicami jest przeżyciem traumatycznym. Wbijają ci nóż w plecy osoby, które naprawdę nie powinny tego zrobić. Chociaż Marvin Gaye, świetny piosenkarz soulowy, został zastrzelony przez ojca. Czyli takie rzeczy się w życiu zdarzają...

GALA: Już nie ma odwrotu?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Znam ich zeznania. Ja już nie chciałbym się z nimi pogodzić.

GALA: A chciałbyś ojca tak po prostu przytulić?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Nie.

GALA: A mamę?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Też nie. Myślę, że z nimi to już jest pozamiatane.

GALA: Nie masz rodziców?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Dokładnie. Oni sami wycięli się z mojego życia.

GALA: To chyba musisz zmienić nazwisko?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Mógłbym, ale jak myślę o zmianie nazwiska, to przypomina mi się groteskowy przykład Prince’a i trochę mi się odechciewa. Poza tym to jest też moje nazwisko! Zapracowałem na nie. Natomiast oni się wycięli z mojego życia sami, na własne życzenie. I zauważyłem, że wcale nie jest mi z tym źle, bo byli dla mnie przez ostatnie lata ciężarem i problemem. Bez nich czuję się lżejszy. Ich brak ułatwia mi życie.

GALA: Co sam sobie zarzucasz? Jakim ty jesteś ojcem?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Zarzucam sobie to, że przespałem moment, kiedy moje dzieci przestały być dziećmi. Nie umiałem być z nimi w nowej sytuacji. Nie organizowałem wycieczek rowerowych, grania w hokeja i tym podobnych rozrywek. Sprawdzałem się jako ojciec dzieci młodszych, natomiast na późniejszym etapie, kiedy trzeba było ten kontakt jakoś utrzymać, nie w pełni mi się to udało. To jest moja porażka. W gruncie rzeczy nie mam sobie tak dużo do zarzucenia jako rodzic, bo poświęciłem całe swoje życie dzieciom. Byłem jednocześnie jak matka-ojciec. Dawałem im tyle ciepła od siebie, ile się dało.

GALA: Powiedz, dlaczego matka twoich synów zniknęła?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Stara historia, to, co się stało między mną a moją pierwszą żoną... Porozumieliśmy się dopiero w sądzie.

GALA: Twoja pierwsza żona została pozbawiona praw rodzicielskich?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Nie została pozbawiona praw, ale za porozumieniem obu stron opiekunem dzieci zostałem ja. Ona miała jakieś problemy światopoglądowo-życiowe. Na szczęście to już przeszłość.

GALA: Gdzie teraz mieszka?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: W Beskidzie Niskim w malutkiej wiosce. Ma dwójkę swoich nowych dzieci. Myślę, że się bardzo zmieniła.

GALA: A jak w tym wszystkim znajduje się twoja druga żona Ewa?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: To dla niej bardzo trudna sytuacja: wychowuje nie swoje dzieci, a te dzieci sprawiają kłopoty...

GALA: Rozstajecie się?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Odpowiem tekstem z mojej płyty: „Dom płonie”...

GALA: A ty myślisz: „Niech spłonie. Zbuduję coś nowego na gruzach i popiołach”?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: To celna metafora.

GALA: Czego tobie i Ewie zabrakło, żeby uratować to małżeństwo?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Nie chcę zranić człowieka, z którym szedłem przez życie przez 14 lat, i załatwiać tego na łamach prasy. Rozstajemy się z mojej winy. Kropka.

GALA: Na twojej płycie jest piosenka o samotnym mężczyźnie na poddaszu. Nie boisz się, że tak skończysz?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Nie. Lubię samotność. W dzieciństwie byłem samotnikiem. Miałem bardzo przykre dzieciństwo. To może trochę na moim życiu zaciążyło. Niektórym się wydawało: syn znanego aktora. A ja miałem naprawdę przesrane. Strasznie mi dokuczali rówieśnicy. Było ciężko. Ojca nie było zupełnie. Wszyscy uważali, że można mi przyłożyć na podwórku, bo nie ma żadnego ojca, który przyjdzie i im zleje dupę. Nie było miło.

GALA: Kiedy byłeś najszczęśliwszy?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Z babcią ze strony mamy. Ona mi dała taki zastrzyk miłości, który musi mi wystarczyć na całe życie. Ale daję radę.

GALA: Powiedziałeś ojcu to wszystko?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Tak, ale do niego to nie dociera. Nigdy nie docierało. To jest kwestia jakiejś konstrukcji psychicznej i tego, że on się pozbawił w życiu ludzkich cech. Zajął się tylko pracą. Dlatego zaczynając wojnę ze mną, ryzykuje swój wizerunek. Tak naprawdę tylko to się dla niego liczy. A jeśli tę wojnę przegra, to jego mit umrze. Bezpowrotnie... Dlaczego się tak zmartwiłaś? To są wszystko „popierdółki” w porównaniu z rzeczami ostatecznymi.

GALA: Czyli z czym?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Z odwiecznym pytaniem: jak żyć? Z radzeniem sobie ze śmiercią, z życiem...

GALA: Na twojej płycie jest kilka piosenek o śmierci.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Każdy będzie musiał zmierzyć się z tym tematem. Kiedyś trzeba. Jako dziecko miałem obsesję na punkcie śmierci. Potem żyłem ideologią Indian północnoamerykańskich, którzy starają się utrzymywać w takim stanie ducha, w którym mówią sobie rano: „Dzisiaj jest dobry dzień, żeby umrzeć”.

GALA: Miałeś myśli samobójcze?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Tak, w młodości, gdy słuchałem dużo depresyjnej muzyki typu Joy Division. Przeżywałem wtedy rozterki wewnętrzne, miłosne. Zastanawiałem się wtedy, czy ciachnąć sobie nożem po żyłach, czy nie ciachnąć. Pamiętam, była jesień, kasztanowiec bez liści za oknem, ciemno, zimno, pomyślałem sobie: „Nieee, jest za zimno, nie chcę tam iść”.

GALA: Brrrr...

 

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Nie chcę się mądrzyć za bardzo, ale od czasów tych malowideł w jaskiniach ludzie próbowali się poprzez sztukę mierzyć z tym, co ich przerasta.

GALA: Jest jeszcze taki sposób oswajania śmierci, który uprawiał na przykład Charles Bukowski...

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Doprowadzałem się do takich stanów. Używałem „niespirytusowych środków psychoaktywnych”. Trochę brałem swego czasu LSD. To prowadziło do ciekawych przemyśleń. Dużo paliłem... Ale myślę, że bardziej niż tymi wszystkimi używkami ryzykowałem ekstremalnymi przygodami. Kiedyś na paralotni zderzyłem się z drzewem na Nosalu. Zdjęli mnie z niego po kilku godzinach. I po tych kilku godzinach przemyśleń na wierzchołku, który się strasznie bujał, pocałowałem matkę ziemię i poczułem, jakby mi ktoś podarował nowe życie.

GALA: Dragi tylko zabierają? Partner Kory Kamil Sipowicz twierdzi, że poszerzają pole wyobraźni.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Dragi tylko zabierają. Odpuszczasz, uciekasz od rzeczywistości w królestwo bogini Mai, żyjesz w nieistniejącym świecie. W rzeczywistości jest o wiele fajniej i ciekawiej niż w nierzeczywistości. Rzeczywistość potrafi płatać takie figle, których nie zobaczysz po żadnym LSD.

GALA: Przykład proszę.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Siedzę sobie jako dorosły, uformowany człowiek i nagle spada mi z nieba brat, który ma dwadzieścia jeden lat, przypomina mnie i na dodatek gra na gitarze. Gra taką muzykę jak moja. To tak, jakbym spotkał samego siebie. To niezwykłe.

GALA: Rodzice wiedzieli, że bierzesz?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Coś tam wiedzieli. Ojciec to zawsze bagatelizował, bo uważał, że tylko alkohol jest niebezpieczny. Na szczęście miałem anioła stróża w postaci lęku przed zastrzykami. Z kumplem Mateuszem pod koniec podstawówki zaczynaliśmy takie eksperymenty. On się nie bał zastrzyków i poleciał w heroinę. Nie żyje. Niedawno odbył się jego pogrzeb, bo wreszcie zidentyfikowano jego szczątki.

GALA: Na płycie prosisz o modlitwę za swoją duszę.

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Proszę. Bo przyszły dla mnie ciężkie chwile.

GALA: Kto się ma modlić za twoją duszę?

RAFAŁ OLBRYCHSKI: Dobrzy ludzie.