Nie znosi, kiedy wokół niej jest za dużo: przedmiotów, ludzi, manipulacji, hejtu. Do Azji pojechała, by poczu, jak ot jest nie mieć nic. Wróciła i zaczął się lincz. Ale czy tak naprawdę na niej? W pierwszym tak szczerym wywiadzie nowa gwiazda masowej wyobraźni zdradza, dlaczego nie nadaje się na czarny charakter.

Odpadłaś z programu „Azja Express” w aurze medialnej nagonki. Jak wyglądał Twój dzień?

Zaczęłam go w Gdyni, dokąd uciekam, kiedy tylko mogę. Rano spotkałam się z koleżanką, jedną z pierwszych kobiet budujących system polskich start-upów. Planowałyśmy wspólny projekt. Potem ruszyłam do Warszawy na ostatnie nagrania głosu do mojego filmu dokumentalnego „Modelki 3.0” w TVN Style. Zazwyczaj jeżdżę pociągami. Tym się różnimy z moim narzeczonym, że on ma trzy samochody, a ja – dwie walizki. Przez całe dorosłe życie się w nich mieściłam, jeszcze do niedawna byłam nieustannie w podróży. Dla mnie prawdziwy luksus to wolność.

Co jest w Twoich dwóch walizkach?

Stary notes, najbardziej niezbędne ubrania, kilka par butów. Komputer. Najcenniejsze książki, filmy i płyty, kilka fotografii, które przypominają mi, kim jestem i skąd pochodzę.

Po „Azji Express” wszystkim się wydaje, że wiedzą, jaka jesteś. A Ty dowiedziałaś się dzięki niemu czegoś o sobie?

Więcej dowiedziałam się o montażu programu (śmiech). W Azji byłam trzy tygodnie, i to jest jedno doświadczenie. Drugie, kompletnie osobne, to wszystko, co stało się potem, kiedy program został wyemitowany.

Opowiedz najpierw o pierwszym.

Wyjazd do Azji to był powrót do siebie. Ucieczka przed niezdrowymi namiętnościami wielkiego miasta. Układanie na nowo hierarchii wartości, w której konsumpcjonizm jest próżnością. Nie lubię nadmiaru, bliska jest mi troska o środowisko naturalne. Mdli mnie na myśl o świecie portali plotkarskich, kiczu i plastiku. Nie lubię zapachu afery. Uciekałam przed tą toksyną polowania na sensację, którą przyjmuję od czterech lat przez sam fakt życia z Kubą. Nie sądziłam, że tą wycieczką sprowokuję tsunami (śmiech).

Mówisz „rodzina” o Waszym związku.

Bo to jest moja rodzina, mój azyl. Warszawa jest pierwszym miastem, w którym zostałam. Kropka. Ze względu nie na miejsce, ale właśnie na relację z mężczyzną. Od czasu, kiedy skończyłam liceum we Wrocławiu, nigdzie nie mieszkałam dłużej niż dwa lata. I podczas podróży po Azji przypomniałam sobie, czego potrzebuję i że mi łatwiej, kiedy mam mało. Gdy jesteś w biegu, wtedy każdy zbędny bagaż ciąży. To nie jest do końca moje: Warszawa, życie pod ostrzałem mediów, które zajmują się Kubą, a przy okazji mną, choć się na to nie godziłam. Na początku chciałam się przed tym ukryć, ale kiedy się okazało, że to niemożliwe, postanowiłam się odwrócić i biec w przeciwnym kierunku. Wzięłam udział w programie, żeby się upodmiotowić.

Kuba Cię nie uczył, jak się w tym odnaleźć bez większych strat? Przecież potrafi jak nikt inny pograć sobie z własnym wizerunkiem, z odbiorcami.

Kuby nie da się powtórzyć. Potrafi wywołać efekt motyla – wystarczy, że coś zasugeruje, i rozpętuje burzę medialną. Czasem nawet bez takiej intencji. Tak było ze ślubem. W serii głośnych, niemalże publicznych „aż do śmierci” brakowało tylko naszego. Wszyscy żyli liczbą sukienek ślubnych, Kuba z tego żartował. Parę ironicznych hashtagów na jego Instagramie i już internet kipiał od rewelacji. A on rozbawiony tym, co się dzieje w prasie, podsuwał jej kolejne „dowody”. Ja zostałam wmieszana w zabawę mimochodem. Nie przeszkadzało mi to, ale sama nie odważyłabym się na wywołanie takiej wichury. Kuba, oprócz tego, że ma szósty zmysł do mediów, przez lata uzbroił się też w skórę słonia. Ja bawię się czytelną prowokacją, lubię wpuścić w maliny dziennikarzy, gdy piszą o mnie bzdury. Ale na dłuższą metę nie potrafię nosić maski, potrzebuję kontaktu z rzeczywistością.

Jak sobie teraz radzisz z tym, co się wydarzyło po „Azja Expressie”?

Nadaję temu odpowiednie znaczenie. To nie jest całe moje życie, tylko epizod – rola w programie, który okazał się inny, niż nam obiecywano. Powstał czarny charakter, o którym pisała Dorota Masłowska, podbijający oglądalność. Afera medialna nie jest moim problemem, nie dotyczy mnie prawdziwej, przeżywają ją ci, którzy dali się wciągnąć w grę. Hejt trafił we mnie rykoszetem, za to zyskałam rozpoznawalność. Mogę ją teraz dobrze wykorzystać.

Czy w programie był choćby cień prawdy o Tobie? Bywasz zadziorna, trudna?

Jestem bardziej figlarna niż zadziorna, ale potrafię pokazać pazurki. Wyciągam je, gdy ktoś wyraźnie przekracza moje granice lub gdy ktoś inny jest krzywdzony.

Małgorzata Rozenek przekroczyła Twoje granice?

Nie chcę rozmawiać o pani Małgorzacie Rozenek. Nie chcę być z nią kojarzona, nawet jako jej przeciwniczka.

Oglądając wywiady z Tobą czy program „Azja Express”, miałam wrażenie, że zostałaś z góry umieszczona w szufladce „ładna, więc nie musi być mądra”. „Modeleczka”, mówi o Tobie jeden z uczestników show. Na dodatek dziewczyna Kuby. Uroda często zamykała Ci drogę do tego, by traktowano Cię jako kobietę inteligentną?

Zostałam wychowana wbrew stereotypowi, o którym mówisz. W domu oczekiwano ode mnie, że będę inwestować w swój rozwój i samodzielnie radzić sobie w życiu. Moja ukochana babcia, która była krawcową, nie chciała nauczyć mnie szyć. Ani pokazać, jak lepić pierogi, czy żebym zmywała naczynia. Chciała, bym nie odrywała się od nauki matematyki. Była dumna, że jesteśmy z siostrą zdolne. Ale jako kobieta, niezależnie od tego, czy ładna, słyszałam wiele ocen, które mnie blokowały: nie powinnaś, nie wypada, odpuść. Czasem mówili to moi partnerzy. Jakby w rolę kobiety wpisana była gotowość na uległość. Zawsze wywoływało to we mnie bunt. Odziedziczyłam go w genach. Rodzice dawali nam przykład: mama w ciąży w stanie wojennym roznosiła ulotki i organizowała ruch oporu, ojciec opłacił swoje zaangażowanie polityczne więzieniem.

Masz siostrę bliźniaczkę, razem robiłyście karierę jako modelki w Paryżu. Rozumiecie się bez słów?

Dokładnie tak. Jesteśmy wobec siebie bardzo wymagające, ale kiedy którejś dzieje się krzywda, druga obdarza ją troską i opieką. Nagle stajemy się znowu pięciolatkami, które czule się tulą i trzymają za ręce. Wyglądamy prawie tak samo, ale jesteśmy przeciwnościami. Mamy podobne wrażliwość i temperament. Jesteśmy obie asertywne i głodne zdarzeń, ludzi. Poza tym wiele nas różni: poglądy, sposób życia, to, jakich ludzi cenimy. Ja jestem ateistką, Agata – osobą wierzącą. Imponuje mi tym, jak docenia proste życie, zwykłych, serdecznych i życzliwych ludzi. Ja jestem bardziej kapryśna. Szybko się nudzę, moją uwagę utrzymują ludzie intrygujący, którzy żyją w pędzie, tak samo nienasyceni jak ja.

Jak godzicie różnice światopoglądowe? Potraficie razem usiąść przy stole wigilijnym i nie pokłócić się o politykę czy sposób życia?

Mamy przecież wspólne wartości – nawet jeśli dla moich bliskich to wartości chrześcijańskie, dla mnie one są uniwersalne.Nie musimy się zgadzać w tym, w jaki sposób je realizować. Kiedy mama mi mówi, że się o mnie modli, ja się cieszę, że o mnie myśli. Jednocześnie namiętnie dyskutujemy, spieramy się o politykę, o religię. Dzięki temu, że w rodzinie jest czarna owca, czyli ja, pojawiają się różnice, a więc i wymiana myśli. A ta, wydaje mi się, ma dla nas dużą wartość.

Twoi rodzice poznali Kubę?

Tak, moja rodzina jest otwarta, są ciekawi człowieka oraz tego, co sobą reprezentuje, a nie tego, co o nim mówią.

Pochodzisz z zamożnego domu?

Z rodziny patchworkowej, a to oznacza rozmaite komplikacje i sytuacje. Miałam trzy równoległe domy: u mamy, u taty i w domu mojej babci. Wobec mojej młodszej przyrodniej siostry miałam ogromne pokłady instynktu macierzyńskiego. Kiedy była maleńka, śpiewałam jej kołysanki, woziłam na spacery. Czułam się za nią odpowiedzialna. Same z Agatą wychowywałyśmy się inaczej niż większość rówieśników. Rodzice dawali nam niesamowitą wolność. Wysyłali na lekcje baletu, pilnowali, żebym miała dobrego ortodontę i chodziła trzy razy częściej niż moi rówieśnicy na angielski, ale na tym kończyły się wymagania. Pytałaś, czy to zamożny dom. Nie umiem go jednoznacznie określić. I nie to miało dla nas znaczenie. Ważne było, że w każdą niedzielę po obiedzie przygotowanym przez babcię graliśmy w brydża z tatą. A mama uczyła nas obcowania z naturą, zabierając w Bieszczady.

Widzę przed sobą 30-letnią kobietę o energii dziewczyny, a nawet dziecka. Nadal nim jesteś?

Ciągle je w sobie odnajduję i nie chcę go tracić. Lubię jego ciągłe zadziwienie rzeczywistością, niezgodę na niesprawiedliwość i to, że chce psocić . Może dlatego lubię dzieci i mam z nimi świetny kontakt. Ale dorosnąć musiałam szybko, tak skomplikowany układ rodzinny wymagał rozumienia wielu rzeczy i emocji... Bardzo wcześnie stałam się samodzielna. W wieku 15 lat pracowałam na obozach żeglarskich jako sternik i opiekun grupy niewiele młodszych od siebie nastolatek.

Twoja uroda, niespotykanie długie nogi w szkole były atutem czy rówieśnicy dokuczali Ci z tego powodu?

Nie, ale i tak byłam zakompleksiona. Obydwie z siostrą byłyśmy nierealnie chude. Wiedziałyśmy, że jesteśmy ładne, bo dostawałyśmy propozycje od agencji modelek, ale mnie to bardziej zawstydzało, niż budowało. Łatwiej odnajdywałam się w szkole, w której czułam się bezpieczna, niż na sesjach. Pierwsze doświadczenia w zawodzie modelki, gdy miałam 14 lat, totalnie mnie do niego zniechęciły.

Jak to się więc stało, że zostałyście modelkami w Paryżu?

Miałyśmy po 17 lat, gdy trafiłyśmy na casting organizowany przez prestiżową agencję IMG. To całkowicie odczarowało moje wyobrażenie o świecie modelingu. Do matury został rok, w szkole nikomu się nie przyznałyśmy, że jeździmy do Paryża. To było jedno z trzech najlepszych liceów w Polsce, wypuszczające imponującą liczbę laureatów olimpiad. Epatowanie karierą modelki mogło się dla nas źle skończyć. Na szczęście nie musiałyśmy przerywać nauki, wyjeżdżałyśmy na dwa tygodnie Fashion Weeku, w Paryżu spędziłyśmy też wakacje. Wróciłyśmy tam potem dwa dni po maturze.

Z takiego wielkiego świata wracałaś do liceum we Wrocławiu. Łatwo Ci było się przełączać między tak różnymi rzeczywistościami?

Od dziecka funkcjonowałam w różnych środowiskach. Mama, pianistka operowa, zabierała nas do pracy, gdy nie miała nas z kim zostawić. Nikogo nie dziwił widok sześciolatek biegających podczas próby za kulisami. Znałam część biznesowego środowiska taty i jego znajomych profesorów z czasów, kiedy był wykładowcą matematyki na uniwersytecie. Żaden z tych światów mnie nie onieśmielał, każdy był ciekawy, a ja łatwo się adaptowałam. W Paryżu spotykałam najlepszych projektantów, stylistów i ekipy na światowym poziomie. Ale we Wrocławiu byłam przecież w elitarnym liceum – każde z tych środowisk było śmietanką w swojej dziedzinie.

Zdarzało się, że konkurowałyście?

Nie, nawzajem cieszyłyśmy się ze swoich sukcesów, zresztą agencja i klienci szybko zauważyli, jak różne jesteśmy i że mamy innych odbiorców. Każda z nas poszukiwała przestrzeni, by pokazać swoją tożsamość. Stopniowo nasze drogi się rozchodziły. Nie widziałyśmy się miesiącami, ale bardzo za sobą tęskniłyśmy. Pamiętam sytuację na lotnisku podczas śródlądowania. Spotkałyśmy się, choć każda leciała w innym kierunku. Nie mogłyśmy jednak porozmawiać, bo dzieliła nas szyba terminalu. To było trudne.

Dlaczego wróciłaś do Polski?

Bardzo chciałam studiować. Godzinami wymyślałam, jaki kierunek podejmę. Dostałam się na uczelnię w Birmingham, ale chciałam być bliżej domu. Zaczęłam więc studiować neurokognitywistykę w Warszawie. Potem przeniosłam się na studia międzywydziałowe.

Miałaś się zajmować nauką i – jak widać – ciągnie Cię do tego. Nie żałowałaś, że skręciłaś w stronę modelingu, świata blichtru?

Nie, bo dzięki temu świat w mojej głowie przestał być tak sterylny, uporządkowany.

Walcząc o przetrwanie w Azji, miałaś takie momenty, że chciałaś, by Kuba był przy Tobie?

Miałam. Wieczorami rozmawialiśmy przez telefon, dawał mi dużo wsparcia. Zachował się jak prawdziwy partner, bez niego byłoby mi o wiele trudniej. Zaskoczyło mnie, że potrafi być taki opiekuńczy. To, co się wydarzyło, nie było przyjemne. Ale te realne przeżycia spowodowały, że Kuba musiał się mną trochę zaopiekować. Dziś broni mnie jak lew przed atakami mediów.

Jesteście parą symbiotyczną czy niezależnie żyjącą?

Żyjącą blisko, ale myślącą niezależnie.

Kuba mówił w wywiadzie, że kilka dni w tygodniu spędzacie w domu w Gdyni. On jest w takim momencie, że może sobie na to pozwolić. A Ty się nie obawiasz, że coś Cię tu, w Warszawie, ominie, kiedy będziesz spacerować brzegiem plaży?

Dla mnie życie zawodowe nie jest najważniejsze. Emocje, relacje z najbliższymi stanowią dla mnie grunt. Dojrzewam też do etapu, że fajnie jest się zatrzymać, poczuć przyjemność nicnierobienia – drugi raz obejrzeć ten sam film z narzeczonym, posiedzieć z psem. Oczywiście nie można się też ukryć w domu. Jeśli powodują nami strach, ucieczka, nie wolno się temu poddać.

A kto jest w Waszym związku bardziej dojrzały?

Kuba pewnie uważa, że on. Moje podejście do wielu spraw ocenia jako idealistyczne, naiwne. Tymczasem ja uważam, że to są moje świadome wybory. Nie chcę jeszcze pozostać bez złudzeń.

Jak się zmieniłaś przez te cztery lata związku?

Po raz pierwszy próbuję się ustatkować. Chcę mieć blisko najważniejszą osobę, w zaufaniu dorastać do wspólnych wyobrażeń na temat naszego życia. Tego samego oczekuję od drugiej strony: oddania, uczciwości. Pragnę stworzyć prawdziwy dom. Nie sądziłam, że stanie się to tak szybko.

Czyli jednak tradycyjny model katolickiej rodziny?

Tak. Kościół nie ma monopolu na rodzinę, na relacje monogamiczne.

A Wy macie ślub?

To już temat na zupełnie inną rozmowę. Toczymy ją prywatnie.