RENE MAISNER Spełniamy marzenie ojca

Udostępnij

„Tuż przed śmiercią przywiozłam mu kalendarz z myślami i rysunkami buddyjskiego mnicha. Trzymał go w zasięgu wzroku, ale patrzył na niego ze smutkiem. Dobrze wiedział, jak poważnie jest chory” – wspomina Rene Maisner, córka wybitnego pisarza i reportażysty Ryszarda Kapuścińskiego, w drugą rocznicę śmierci ojca.

RENE MAISNER Spełniamy marzenie ojca

GALA: Przez ostatnie dwa lata jeździsz po świecie i w imieniu ojca odbierasz przyznane mu pośmiertnie nagrody...

RENE MAISNER: Tak naprawdę częściej robi to moja mama. Ale fakt, dużo tych wyjazdów… Do Hiszpanii, na Białoruś… We Włoszech, gdzie ojciec jest niebywale popularny, odebrałyśmy nagrody i uczestniczyłyśmy w spotkaniach z jego czytelnikami. Tam wszyscy wiedzą, kto to jest Kapuściński, a jego „Heban” i „Wojnę futbolową” włączono do lektur szkolnych. Rok temu w Pińsku na Białorusi odsłoniłyśmy tablicę pamiątkową na domu, w którym ojciec spędził dzieciństwo; uczestniczyłyśmy w spotkaniu z Polonią. Do Hiszpanii, po której krąży wystawa zdjęć ojca z Afryki, pojechałam już sama. W Granadzie uczestniczyłam w konferencji o imigrantach i integracji kulturowej. Odebrałam wtedy nagrodę Harambee, co w języku suahili znaczy „wszyscy razem”, a ojciec dość dobrze się nim posługiwał, i miałam wykład na temat „Tego Innego”.

GALA: Dobrze się złożyło, jesteś iberystką i po hiszpańsku mówisz znakomicie.

RENE MAISNER: Od najmłodszych lat ojciec wpajał mi, że trzeba znać języki obce. Że ich znajomość jest ważna zawsze i wszędzie; szczególnie wtedy gdy trzeba precyzyjnie przekazać myśli. Na Uniwersytecie Nawarry w Pampelunie odbyłam cztery spotkania ze studentami i profesorami. Zadano mi mnóstwo pytań o ojca, na które starałam się odpowiedzieć najlepiej, jak umiałam.

GALA: W świat twój ojciec jeździł sam, ale w Meksyku, gdzie był korespondentem PAP, dwa lata byliście całą rodziną.

RENE MAISNER: Zjeździłam z nim kawał tego kraju. Interesowały go małe miasteczka, życie codzienne ludzi. Właściwie wszystko: krajobraz, obyczaje, stroje, sztuka ludowa i lokalne potrawy. Lubił rozmawiać z ludźmi o ich życiu. Znał się też na sztuce. Obejrzeliśmy w kościołach freski Orozco, jednego z wielkich muralistów Meksyku, mnóstwo wspaniałych fresków Diego Rivery i Siqueirosa, sztukę nowoczesną i prekolumbijską.

GALA: Sztuka była waszą wspólną pasją. Dlaczego tak późno zaczęłaś robić karierę jako artystka?

RENE MAISNER: Najpierw w Kanadzie skończyłam iberystykę, którą zaczęłam na UW. Musiałam podchować syna Brendana. Chciałam studiować na kierunku terapia przez sztukę. Wtedy powiedziano mi, że warunkiem złożenia podania jest ukończenie jakiegoś kursu w szkole artystycznej, by wiedzieć, jaka jest różnica między sztuką a terapią. Gdy poszłam na studia artystyczne, już nic innego nie chciałam robić. Odkryłam pasję życia! Miałam wtedy 36 lat. Po studiach zaczęłam tworzyć „wielokawałkowe” kompozycje – kolaże – autorską metodą. To coś z pogranicza fotografii i malarstwa abstrakcyjnego. Wymyśliłam ją dawno, ale trzymałam 10 lat w szufladzie. Chciałam wiedzieć, czy wytrzymają próbę czasu.

GALA: Wytrzymały?

RENE MAISNER: Okazało się, że tak. Jesienią w warszawskiej Kordegardzie pokazałam „Żywioły” – prace nawiązujące do sił natury: powietrza, ognia, wody i ziemi.

GALA: 23 stycznia minęły dwa lata od śmierci twojego ojca. Jakie było wasze ostatnie spotkanie?

RENE MAISNER: W październiku 2006 przywiozłam mu kalendarz na 2007 rok, z rysunkami i mądrościami buddyjskiego mnicha Thich Nhat Hanha. Ojciec lubił piękne kalendarze, zapisywał w nich dzień po dniu swoje notatki, terminy, myśli. „Jestem ci bardzo wdzięczny” – powiedział. Oglądał go ze smutkiem, brał do ręki, długo trzymał na stoliku w zasięgu ręki i wzroku. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że miał świadomość, jak bardzo jest chory.

GALA: Teraz mieszkasz w Victorii, gdzie masz własną galerię. Da się z tego wyżyć?

RENE MAISNER: Może to właśnie najcenniejsze, co wyniosłam z domu, że należy się kierować pasją, robić to dobrze i że to w życiu najważniejsze. Ja też chcę mieć swój udział w życiu społecznym Victorii, cudnego miasta o łagodnym klimacie. Moja galeria różni się od komercyjnych, bo jest ambitna i bardzo się tu podoba.

GALA: Wpadasz do Polski także dlatego, że działają tu dwie fundacje: „Ten inny” i „Herodot”. Nad obiema pieczę sprawujecie ty i Alicja Kapuścińska, twoja mama.

RENE MAISNER: Obie fundacje, które wkrótce się połączą, mają za cel pomoc młodym, utalentowanym, dobrze zapowiadającym się autorom literatury faktu. Mój ojciec zawsze o tym marzył, więc będziemy się starały realizować jego marzenie: pomagać młodym dziennikarzom i pisarzom, którzy podtrzymują tematykę bliską jego sercu. Wszak nie ma w Polsce żadnej rocznej nagrody za książkę z dziedziny literatury faktu. Może kiedyś taka powstanie. Ale na pewno wkrótce będą stypendia, konkretna pomoc, o którą najbardziej ojcu chodziło. No i najlepiej, jak umiem, będę wraz z mamą dbać o spuściznę ojca.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł