Gdy w 1995 roku Hubert de Givenchy odszedł na emeryturę, jego słynny dom mody zaczął mieć poważne problemy. 68-letni wówczas projektant był już zmęczony tworzeniem nowych kolekcji i śledzeniem trendów. „Pora przekazać pałeczkę młodym” – powiedział i wyjechał na długie, niekończące się wakacje na Sardynię. Od czasu jego zniknięcia firmą Givenchy zarządzało aż trzech kreatorów: ekscentryczny John Galliano, lubiący odważne eksperymenty Alexander McQueen i pomysłowy Julien Macdonald. Niestety, żaden z nich nie sprostał wymaganiom bogatej klienteli. Projektowane przez nich ubrania były za mało wyrafinowane i nie zaspokajały gustów arystokratek, które od końca lat 50. chętnie pokazywały się w strojach od Givenchy. W słynnych kopertowych sukienkach wylansowanych przez Huberta chodziła w końcu sama Grace Kelly i Lee Radziwiłł. Dziennikarze modowi byli przekonani, że francuski dom mody prędzej czy później ogłosi upadłość. Zwłaszcza że po odejściu Macdonalda nie pokazywano nowych kolekcji aż przez dziesięć miesięcy. Powód? Brak głównego projektanta. Na szczęście zła passa została przerwana w 2005 roku. Pewnego dnia w paryskiej siedzibie firmy przy Avenue George pojawił się młody, zdolny i nieskażony światkiem mody włoski kreator Riccardo Tisci.

POKONAĆ KONKURENCJĘ

Mówiono o nim, że jest człowiekiem znikąd. Choć skończył londyński Saint Martins College, nie miał na swoim koncie spektakularnych osiągnięć. Jako absolwent prestiżowej szkoły projektowania współpracował między innymi innymi z domem mody Coccapani. W 2000 roku nawiązał kontakt z właścicielami butiku Kokon To Zai. Specjalnie dla nich razem z siostrami i matką stworzył oryginalne, ręcznie zdobione T-shirty. Koszulki okazały się tak wyjątkowe, że wykorzystano je w sesji zdjęciowej dla brytyjskiego „Vogue’a”. Przed obiektywem fotografa pozowała w nich sama Björk. Piosenkarce tak bardzo spodobały się T-shirty Tisciego, że postanowiła od razu je kupić. Niestety, unikatowa kolekcja bluzek nie cieszyła się popularnością wśród zwykłych klientek. Mimo to Riccardo nie zraził się pierwszą porażką, tylko spokojnie przeanalizował całą sytuację. „Moja mama ciągle mi powtarzała, abym szybko zapominał o sukcesach, a pamiętał o błędach, jakie popełniam. Tylko w ten sposób uda mi się poznać samego siebie i przekonać się, co zrobić, być stać się jeszcze lepszym” – powiedział. Rada pani Tisci poskutkowała. Riccardo coraz ciężej pracował i w wolnych chwilach marzył o kontrakcie z jakimś uznanym domem mody. Nie przypuszczał jednak, że jego pragnienia tak szybko się spełnią i że to właśnie jego zatrudnią szefowie Givenchy. Zwłaszcza że o pozycję głównego kreatora starało się kilku naprawdę znanych i podziwianych artystów. Na rozmowę o pracę przyszli m.in. Zac Posen, Derek Lam i Martin Grant, którego koktajlowe sukienki sprzedawały się jak świeże bułeczki w znanym butiku Harvey Nichols. To jednak skromny Włoch zachwycił załamanych kryzysem firmy Francuzów.

Na sukces Tisciego nie trzeba było długo czekać. W niespełna dwa lata po objęciu przez niego stanowiska głównego projektanta obroty domu mody znacznie wzrosły. Sześciokrotnie wzrosła także liczba klientek kolekcji haute couture. W ręcznie robionych i niebywale drogich sukniach zaczęły chodzić już nie tylko zbliżające się do sześćdziesiątki żony arabskich szejków, ale także ich młode córki. Na punkcie kreacji Riccarda oszalały kobiety na całym świecie. Do jego zagorzałych fanek zaliczają się Cate Blanchett, Kylie Minogue, Dita Von Teese i królowa Jordanii Rania. Żadnego pokazu Włocha nie opuszcza także redaktor naczelna francuskiego „Vogue’a” Carine Roitfeld. Nic dziwnego. Jest w końcu jedną z najlepiej ubranych kobiet świata. Od czasu debiutu Riccarda bardzo ceni sobie jego stroje. Niektórzy uważają nawet, że za bardzo. „Już dawno doszły mnie słuchy, że Carine podobno stylizuje moje pokazy i namawia ludzi do kupowania moich rzeczy. To bzdury. My się po prostu przyjaźnimy. Poza tym jako naczelna prestiżowego pisma Carine nie mogłaby pozwolić sobie na tak mało eleganckie zachowanie” – powiedział kreator.

OSIEM SIÓSTR

Swój styl projektowania sam Tisci określa jako nonszalancki romantyzm. W kolekcjach często odwołuje się do gotyckich symboli, co widać choćby w propozycjach na jesień/zimę 2008. Podczas paryskiego pokazu modelki zaprezentowały się w czarnych, bardzo spektakularnych sukienkach, a na szyi miały złote, grube łańcuchy z krzyżami. „Lubię mroczny klimat i ciemne kolory. Dbam jednak o to, by każda rzecz, która wychodzi spod mojej igły, była delikatna i kobieca. Tego oczekują ode mnie moje klientki” – powiedział Riccardo. Dlaczego tak dobrze wyczuwa pragnienia kobiet? Wychował się razem z ośmioma siostrami! „Gdyby nie one, nie byłbym dzisiaj tym, kim jestem. Dzieciństwo odegrało w moim życiu kluczową rolę” – wyznał. Dodał także, że zawsze, gdy ma problemy, pakuje walizki i wraca do położonego na południu Włoch rodzinnego Tarentu. Ostatnio rzadko mu się to jednak zdarza. Uzdolniony Włoch ciągle ma pełne ręce roboty. Oprócz głównych kolekcji, którymi zachwyca się m.in. krytyk mody Suzy Menkes, pracuje także nad specjalnymi ubraniami dla gwiazd. Niedawno stworzył dwa ekstrawaganckie stroje na zamówienie Madonny. Jeden z nich nawiązuje do stylu cygańskiego, a drugi do art déco. Piosenkarka występowała w nich podczas swojej trasy koncertowej „Sticky&Sweet”. „Jestem dumny z tego, że królowa popu ma na sobie rzeczy z metką Givenchy. To dla naszej firmy najlepsza reklama” – powiedział Riccardo.

ULUBIENIEC HUBERTA

 

Przystojny Włoch powinien być dumny także z innego powodu. To dzięki jego ciężkiej pracy i zaangażowaniu świat mody przypomniał sobie o francuskiej marce. Kluczem do sukcesu okazało się utrzymanie eleganckiej linii ubrań, z jakiej od dawna słynęło Givenchy. Riccardo odświeżył stare wzory, ale także tchnął w nie nowego ducha. Spowodował, że w kreacjach Givenchy znowu zaczęły chodzić sławne, bogate, a przede wszystkim dobrze urodzone kobiety. O kolekcjach Tisciego mówi dzisiaj prawie każdy miłośnik luksusowych ubrań. „Ten chłopak ma po prostu wielki talent. Projektuje najpiękniejsze sukienki z dżerseju, jakie kiedykolwiek widziałam. Jestem przekonana, że już wkrótce trzeba się będzie zapisywać na długą listę oczekujących, by dostać cokolwiek z firmy, dla której pracuje” – powiedziała Coco Chan, odpowiedzialna za sprowadzanie markowych ubrań do butiku Harvey Nichols. Najważniejsze jest jednak to, że nawet niezwykle wymagający Hubert de Givenchy pierwszy raz od dawna z radością i spokojem spogląda w przyszłość. Wreszcie śpi spokojnie i już się nie boi, że jego firma znowu znajdzie się na skraju bankructwa. Dobrze wie, że po latach zawirowań jego dom mody w końcu znalazł się w rękach odpowiedniej osoby.