Przed naszym spotkaniem powiedziałam kilku osobom, że wybieram się na wywiad z Panem. Reagowały z wielkim entuzjazmem. Cieszy to Pana?

Sympatia publiczności? Jasne, jest największą zachętą do uprawiania zawodu aktora. Wcale nie popularność bankietowa, tylko właśnie świadomość, że mam dla kogo grać. I to jest silniejsze niż działanie najczarniejszego nawet PR-u. Ale nie wiem, czy nie próbuje Pani połechtać mojego ego, żeby potem zadać mi niewygodne pytania. 

Nie stosuję sztuczek.

A ja przeciwnie, właściwie nie robię nic innego. Taki jest mój zawód. Aktor wszędzie jeździ ze swoją walizeczką, robi wszystko, by uwieść widza.

W życiu prywatnym chyba Pan tego nie robi?

Oczywiście, że nie. Ale trudno unikać sztuczek, kiedy opowiada się o życiu prywatnym, mając w ręku to narzędzie. Bardzo mocno wierzę w siłę słowa. 

Wracając do publiczności jak Pan myśli, kto jest Pana widzem?

Uczyłem się tego na Wydziale Produkcji Kreatywnej w Szkole Wajdy. Musieliśmy wiedzieć, do jakiego widza kierować konkretny film. Ale to nie dotyczy aktora. Szczerze mówiąc, nie mam zbyt dobrego zdania o sobie. Pragnienia i wyobrażenia na swój temat nie mogą wpływać na poczucie rzeczywistości. Nie zachwycam się sobą – przeżyłem już wyże i głębokie niże, a prawda, jak zwykle, była po środku. Nie jestem również najgorszego zdania o sobie. Ale tego entuzjazmu, jaki wykazują wobec mnie widzowie, od których zaczęła Pani rozmowę, już nie mam.

Mówił Pan o wyżach i niżach. W jakim momencie życia jest Pan teraz?

Od aktora wymaga się, żeby zawsze był w dobrym momencie, trwał w stanie zahibernowanej euforii. To oczywiście nierealne i nieprawdziwe. Wymagano tego ode mnie również wtedy, kiedy byłem w stanie
wewnętrznej emigracji. Tak, jestem w niezłym momencie życia. Ale dobry stan nie wystarczy osiągnąć
raz, trzeba o niego dbać. Mnie najbardziej sprawdza się buddyjska zasada, żeby być w zgodzie z tym, co nas spotyka. 

Ponad rok temu udzielił Pan wywiadu „Newsweekowi”, z którego wynikało, że stara się Pan radzić sobie z tym, co go spotyka, bez udawania, że jest świetnie. Ale z tego wywiadu zapamiętano tylko, że „Gonera mieszkał w samochodzie”. Musiał Pan mieć świadomość, że tak będzie. Dlaczego Pan to zrobił?

To był mój celowy zabieg, finał pewnej gry medialnej podjętej przeciwko mnie. Ta gra doprowadziła do wielu dramatycznych momentów, na chwilę straciłem nawet kontakt z dziećmi. Tak działa efekt motyla:
jakiemuś redaktorzynie zatrzepocze skrzydełko, że jest fajny temacik, niezupełnie zgodny z prawdą,
a za pięć lat ktoś to wygrzebie z sieci i wykorzysta przeciwko mojemu synowi. Od samych doniesień medialnych często mocniejsze są ich rykoszety. Bo chodzi nie tak bardzo o mnie, lecz o moją rodzinę i przyjaciół. Wszystko jest kwestią słowa.

Zawsze mam wrażenie, że otacza Pana aura smutku, pewnej melancholii. A kiedy teraz rozmawiamy, często i naturalnie się Pan uśmiecha, żartuje. 

Bo uważam, że żyjąc w naszym kraju, mam do wyboru tylko dwie postawy: albo Schadenfreude, radość z cudzego niepowodzenia, albo Weltschmerz, ból świata. Bliżej mi do tego drugiego. Ale na co dzień jestem człowiekiem dosyć pogodnym. Z tego, co Pani mówi, wygląda na to, że zgadzam się na zbyt dużo wyobrażeń na swój temat.

Co Panu sprawia w życiu radość?

Prawdziwa radość życia nie dotyczy mojego zawodu, znajduje się zupełnie gdzie indziej. To chwile, które spędzam z dziećmi, widzę, że jest im dobrze, że coś im się udaje.

A drobne przyjemności? Smak kawy, zapach drzew, spotkanie?

Nie jestem typem człowieka, który musi przez pół roku zapracowywać się na śmierć, żeby nagle odkryć
smak kawy. Gdybym był, dawno zamieszkałbym w Warszawie, na zamkniętym osiedlu, koniecznie wysoko, żeby widok był dobry, i żył w gonitwie za supersytuacjami. Wtedy pewnie gorliwiej opowiedziałbym Pani o smaku kawy latte z syropem migdałowym. Uroda życia bardziej kojarzy mi się z kimś, wolę poznawać ludzi niż gatunki kawy.
 

 


Jest Pan odważnym człowiekiem?

Mam odwagę nie wchodzić w pewne sytuacje, mimo że gwarantowałyby mi pozycję czy prestiż. Ale największą odwagą jest wychowanie dzieci, i to niezależnie od tego, czy są z matką czy z ojcem, daleko czy blisko. Odwaga to wymagać od nich, być na nich uważnym, konsekwentnym wobec nich. Jest mi już obojętne, co o mnie napiszą albo powiedzą.

Nie ma Pan wrażenia, że trudne relacje z kobietami są w Pana życiu ciągle powracającą lekcją, którą trzeba przerobić?

Nie mam poczucia, że te relacje były trudne. Uczę się dostrzegać, ile dostaję, a nie ile tracę. Jak dużo wiedzy o kobiecości, ile pięknych wspomnień, jak silna i okrutna jest moja tęsknota za czułością, której doświadczyłem. Natomiast trudno się zbieram po rozstaniach. Teraz zajęło mi to tyle, ile przewidziałem,
czyli pięć lat. Myślę, że już wystarczy na ten temat. 

W serialu „Belfer” gra Pan ojca nastolatki, która zostaje zamordowana. To było trudne emocjonalnie zadanie?

Proszę się nie obawiać, to tylko aktorstwo. Mówiłem Pani o sztuczkach. Kiedy występowałem w serialu
„Determinator”, także nie byłem w depresji, jedynie grałem faceta w depresji. Ale afera medialna, która
się wtedy rozpętała, dotyczyła mnie. Sprzeciwiam się utożsamianiu aktora z rolą. Ona powstaje z pomysłu reżysera, scenarzysty i producenta, dopiero potem trafia do mnie. Poza tym, że zagrałem ojca zmarłej dziewczyny, nie miałem żadnego związku emocjonalnego z tą sytuacją. Każda reakcja aktorska jest symulacją. Gdyby tak nie było, aktorzy wariowaliby na potęgę. Przecież nie jestem człowiekiem, który mógłby zabić, bo zagrałem takiego bohatera w „Długu”. Serial „Belfer” okazał się dobrą produkcją, świetnie napisaną, bo autorami scenariusza są literaci, przyjemną pod względem realizacyjnym. Pierwsze dni zdjęciowe wypadły akurat wtedy, kiedy jechałem z synami nad morze. To było po drodze, nie opłacało się wracać, więc ich zabrałem.

Sprawiło im to frajdę?

Nie towarzyszyli mi na planie. Dla dzieci to wcale nie jest ciekawe, w kółko powtarza się ujęcia, raczej męka. Po kilku dniach pojechaliśmy dalej, na wakacje.

Pana synowie mają teraz 12 i osiem lat. Córka z poprzedniego małżeństwa Nastazja jest dorosła. Jest Pan dla nich innym ojcem?

Kompletnie – też dlatego, że to chłopcy. Poza tym sam znajduję się już w zupełnie innym miejscu. I pewnie dlatego dużo trudniej przeszedłem drugie rozstanie niż to pierwsze, młodzieńcze. Zresztą, najtrudniej kobietom po rozwodzie wytłumaczyć, że do końca życia, naszego lub naszych dzieci, jesteśmy połączeni. Macierzyństwo i ojcostwo, czyli po prostu rodzicielstwo, są w sferze uczuć wyższych bezdyskusyjne, bezwarunkowe. 

Najczystsza miłość?

Tak.

Nastazja kończy reżyserię i robi się coraz głośniej o jej filmach. Uczył ją Pan, jak być w tym świecie, dzielił się swoimi doświadczeniami? 

Pewne rzeczy czyta się ze słońca, a pewne – z cienia. Kiedy ona dojrzewała tu, w Warszawie, ja byłem w cieniu, we Wrocławiu. Mimo że miałem z nią kontakt, spotykaliśmy się, to mój publiczny wizerunek zamazał jej obraz ojca. Martwiła się, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, zamiast myśleć, że wie, gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Chciałbym, by kiedyś jako reżyser zanalizowała trafnie choć jedną moją rolę. Nie rozmawiamy o tym: ani o moich rolach, ani o tym, jak robić filmy. Jej najnowszy scenariusz czytałem, ale nigdy nie byłem wobec niej belfrem. 
 

 


Zagrałby Pan w filmie reżyserowanym przez córkę?

No pewnie.

Obserwując starszego syna, rozumie Pan świat nastolatków wpatrzonych w wyświetlacze smartfonów, snapchatujących, pływających w wirtualnej przestrzeni?

Mój wujek był geodetą i przywoził fascynujące gadżety z dalekich krajów. Kiedyś przywiózł kuzynce walkmana. To wtedy była sensacja. Kto by dziś pamiętał? Kiedy wchodziłem w dorosłość, mój kolega przywiózł internet do Polski. Dosłownie. Był studentem Politechniki Gdańskiej i przywiózł tę technologię
z Zachodu. Zamiast rozmawiać o rewolucji technologicznej, o której dużo mówi się na świecie, u nas prowadzimy jałowe dyskusje nad etyką czy moralnością. Dla mnie internet to znak cywilizacyjny, jak druk Gutenberga, a nie źródło zagrożeń.

Jak wyglądało Pana dzieciństwo?

Wyrosłem w Twardogórze, małym, rzemieślniczym miasteczku. Było tam wyjątkowe, jak na owe czasy, nagromadzenie mistrzów meblarstwa, łącznie z moim ojcem, który uczył fachu tapicerstwa. Mama pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej. Mam dwóch starszych braci. Byłem nad wiek dojrzały, być może nawet dojrzalszy niż teraz, kiedy zdarza mi się pogubić. Mój dom rodzinny był dobry. Zło zajrzało do niego dopiero wtedy, kiedy coś złego zaczęło się przytrafiać mnie. Nie wytłumaczy Pani matce, że to tylko plotka, obmowa, bo ona tym żyje... Ale dzieciństwo miałem dobre, byłem wisusem, który lubił chodzić swoimi ścieżkami. Wracałem ze szkoły trzy godziny po czasie, bo i tak wiedziałem, że mama będzie jeszcze w pracy. Wystarczyła mi bułka popita oranżadą. Fascynowały mnie maszyny, koparki, budowy, lubiłem miasto. Mama była silną kobietą, ojciec – spokojnym
mężczyzną, który nigdy nie używał wobec nas przemocy fizycznej, wystarczyła perswazja. Miałem 15 lat, kiedy mentalnie wyszedłem z domu. Podobno każdy ma swój wiek mentalny, stały, który ma
niewiele wspólnego z realnym.

Więc ile Pan ma lat naprawdę?

Nie zdradzę Pani. Ale nigdy by Pani nie zgadła.

Na czym polegało to wyjście z domu?

Zbuntowałem się i uciekłem, nie było mnie przez miesiąc. Nie stało się nic złego, podróżowałem po Polsce. Nauczyłem się samotności, odpowiedzialności, pracować fizycznie, żeby zarobić parę groszy na dalszą drogę. W swoich oczach bardzo urosłem, ale matkę to przerażało. Ona zawsze bała się najgorszego i – uciekając – zrealizowałem najgorszy scenariusz z jej obaw. Ojciec wymierzył mi karę: musiałem drugi miesiąc wakacji przepracować w brygadzie remontowo-budowlanej. Nie narzekałem, przydało mi się.

Dlaczego Pan wybrał zawód aktora?

Przypadek. Nigdy niczego sobie nie obiecywałem po tym zawodzie. Na początku to miała być trampolina, żeby zdawać gdzie indziej i co innego robić. Zaskoczyło mnie nawet, że się dostałem do szkoły aktorskiej, a potem z wrodzonego lenistwa nie chciałem się już z tego wyplątywać. Od początku
mojej tzw. kariery byłem dziwolągiem. Ponieważ nie mam żadnych oczekiwań, łatwo się spełniam, wystarczy, że pogram sobie trzy dni na planie w dobrym towarzystwie i jestem szczęśliwy. A potem mogę siedzieć, dłubać w lekturach, książkach i scenariuszach.

Jaki dobry polski film ostatnio Pan widział?

Staram się być na bieżąco i myślę, że nie przypadkiem „Ciało” Małgorzaty Szumowskiej dostało tyle nagród.

 Kiedy Pan ogląda taki film, nie żal Panu, że w nim nie gra?

Nigdy. Nie roztrząsam tego, co już jest. Myślę raczej o filmach, w których chciałbym zagrać, i – mówiąc
całkiem szczerze – czekam na troszkę większą rolę niż te, które grałem w ostatnich latach. Taką, którą
mógłbym rozwinąć, głębiej nad nią popracować. Nie chodzi o główną czy epizod, nie tu znajduje się podział, tylko o ważną. 

To prawda, że przenosi się Pan do Warszawy?

Nieustannie.

Nie ma znaczenia, gdzie Pan teraz mieszka?

Nie ma. Dzięki ciężkiej pracy i kompletnej zmianie w myśleniu na ten temat wyrobiłem sobie taki komfort, że nie muszę odpowiadać na to pytanie. Na Facebooku mam wskazany Nowy Jork,dzięki internetowi mogę mieszkać, gdzie chcę.