Mieszka na odludziu, w domu pod Wrocławiem, który wybrali wspólnie z żoną. Gdzie dokładnie? Nie chce powiedzieć. Dlaczego? Dom to twierdza, do której wstęp mają tylko najbliżsi. Dlatego spotykamy się w centrum Wrocławia. Czarne dżinsy, czarny sweter, czarne włosy ze srebrnymi refleksami. Dużo pali. Bardzo dużo. Nie jestem zaskoczona. Po tym, co przeszedł w ostatnich miesiącach, potrafię to zrozumieć.

GALA: W serialu „Determinator” gra pan samotnika, który sam wymierza sprawiedliwość. Wymarzona rola?

ROBERT GONERA: Moim marzeniem zawsze jest rola, którą właśnie gram. Nie zwykłem marzyć o wyimaginowanych projektach w mglistej przyszłości. Piotr Skotnicki, w którego wcielam się w serialu, „Determinator”, to jedna z postaci, ról. Choć kojarzy się z kimś w stylu Schwarzeneggera, Batmana, Rambo, to w gruncie rzeczy to antybohater, człowiek, który chce robić swoje. Dopiero gdy na jego drodze pojawiają się trudności i niebezpieczeństwa, zaczyna walczyć i bronić swoich zasad. Poznaje świat, którego istnienia nie podejrzewał. Niestety, jak mówi radzieckie przysłowie, to rozpoznanie walką. Ciekawa rola do zagrania.

GALA: Tak czy inaczej tę ciekawą rolę zagrał Robert Gonera, „przystojny aktor młodego pokolenia”.

ROBERT GONERA: Tak pani mówi? Młody? Przystojny? Dzieciom to będę pokazywał.

GALA: To nie ja, to cytat z Wikipedii. Ciekawi mnie, czy zna pan uczucie zagrożenia, jakiego doświadcza pana bohater.

ROBERT GONERA: Różne smaki zagrożenia poznałem w ponurych latach 80., podczas strajków studenckich. W latach 90. zagrożeniem był dziki pseudokapitalizm. Paradoks, żyjemy w kraju wyzwolonym przez związki zawodowe, tymczasem wiele zawodów nie ma związków zawodowych z prawdziwego zdarzenia, nie tylko aktorzy i pracownicy supermarketów. Dziś zagrożeń widzę mnóstwo, choć nie bezpośrednich. Nikt mi przecież nie przystawia broni do skroni. Za największe niebezpieczeństwo uważam „przypadek”, czyli tzw. nieszczęśliwy splot wydarzeń.

GALA: W trakcie zdjęć do „Determinatora” przeżył pan załamanie, w które na początku nie wszyscy wierzyli, podejrzewając „chwyt marketingowy”. Wiem, że zemdlał pan na planie. Po powrocie ze szpitala zdjęcia kontynuowano, bo wynajęte plany to dzisiaj kosztowna sprawa.

ROBERT GONERA: To nie było załamanie nerwowe, a – posługując się diagnozą lekarza – epizod zmęczeniowy. Zdarzył się, bo nie da się spać po parę godzin na dobę, pracując przez wiele miesięcy po kilkanaście godzin dziennie. Był to ewidentnie efekt zmęczenia fi zycznego i, nie ma co ukrywać, psychicznego. Taka jest specyfi ka pracy aktorskiej. Moja nieobecność na planie trwała krótko i wszystkie spekulacje brukowej prasy były nieprawdziwe. Nikt w Polsce nie zna metod pracy aktorów na całym świecie. Może przywiozą tę wiedzę ci, którzy płacą dużo dolarów, by studiować metodę Czechowa w Actors Studio. Pamiętam czasy, gdy aktora, który pracuje na styku rzeczywistości i fi kcji, chroniono w sposób szczególny.

GALA: Jak chroniono pana? Miał pan własną przyczepę na planie, miejsce odosobnienia, skupienia, odpoczynku?

ROBERT GONERA: Nie, skądże.

GALA: Ile dni zdjęciowych?

ROBERT GONERA: Ponad sto.

GALA: Jak to możliwe? Iza Miko, polska aktorka pracująca w Hollywood, mówi o zasadzie „duża rola, duża przyczepa”, choć wykonawcy najmniejszych ról też mają na planie swoje małe przyczepki.

ROBERT GONERA: Wszędzie, nie tylko w Hollywood i w Polsce, ważne jest takie miejsce odpoczynku. Była zima, właśnie przeszedłem grypę, brałem antybiotyki. Wcześniej przechodziłem już trzy infekcje, a wirusy łapałem od statystów, którzy zjawiają się na planie na jeden dzień.

GALA: Przydałby się panu gwiazdorski kontrakt.

ROBERT GONERA: Mówi pani jak mój lekarz. A propos lekarzy… nie było żadnego „pobytu w szpitalu”, jak pisały tabloidy. Po kilkugodzinnych konsultacjach, badaniach, postawiono diagnozę. Dostałem środki na wzmocnienie i wróciłem do pracy. Nie mam odruchów gwiazdorskich, które pewnie by mnie chroniły, choć może po 20 latach powinienem?

GALA: Patrzę na „Determinatora”, a widzę pana sprzed dziesięciu lat, w „Długu”.

ROBERT GONERA: Nie pani jedna. Często słyszę porównania. Dla mnie to dowód, że dekada, która upłynęła od nakręcenia tamtego fi lmu, niewiele zmieniła. Wciąż opowiadamy o złu tego świata.

GALA: Ponoć zło jest wieczne. Pan też był biznesmenem jak bohaterowie „Długu”. Pana nikt nie szantażował?

ROBERT GONERA: Nie, widać nie był to obiecujący interes. Przez wiele lat prowadziłem kino w Twardogórze pod Wrocławiem, gdzie spędziłem dzieciństwo. Zrezygnowałem, bo zabrakło widzów, gdy pojawiły się multipleksy. Ludzie zapomnieli o zwykłych, prostych smakach codzienności. O wyjściu z domu do zaprzyjaźnionej kawiarenki, pobliskiego kina, przyjemności spotkania sąsiada, powiedzenia mu dzień dobry. Bycia z rodziną, dziećmi. Jestem fanem swojej małej ojczyzny. U nas wszyscy chcą być gwiazdami, tylko nie na swoim polu. W Czechach kelner jest gwiazdą w miejscu, w którym powinien być. Swobodny, przyjazny, dobrze się czuje, z każdym się dogada. W Polsce ten, kto zmywa garnki, chce być gwiazdą w telewizji, a każdy, kto ma kawałek ziemi pod autostradę czy nartostradę, chce zostać milionerem.

GALA: Kto przejął po panu kino?

ROBERT GONERA: Nikt. W Twardogórze nie ma kina.

GALA: Nie pokazuje się pan na salonach, nie bywa na bankietach, nie pozuje do zdjęć, konsekwentnie się trzyma z daleka od mainstreamu. Tajemniczy, skomplikowany Gonera.

 

ROBERT GONERA: Nie bywam, bo jestem fanem starej zasady, że nie mówi się źle o nieobecnych. A na serio, nie znoszę przymusu bywania, żyję jak chcę. „Byłem w Rio, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawaje”, jak śpiewa Kuba Sienkiewicz. Zapewniam panią: jak mam ochotę, bywam na salonach, bo salony są wszędzie…

GALA: Urodził się pan w małej miejscowości, w Sycowie. Ucieczka z miasta to taki powrót do korzeni?

ROBERT GONERA: Ani ucieczka, ani powrót. Urodziłem się w Sycowie przez przypadek, bo w mojej rodzinie wszyscy się trudno rodzą. Tuż przed rozwiązaniem „zawijamy się w koalicyjkę”, jak to określam, i trzeba nas ratować.

GALA: Mówiąc po ludzku, zaplątujecie się w pępowinę.

ROBERT GONERA: Tak było z moją córką Nastką, potem z synem Teodorem. I przed laty ze mną, a najbliższy szpital powiatowy mieścił się w Sycowie. Dzieciństwo spędziłem w Twardogórze, gdzie mieszkają moi rodzice. W tym, że uciekłem od metropolii, nie ma nic tajemniczego.

GALA: Co jest nadzwyczajnego w tym miejscu, którego nazwy nie chce pan ujawnić, aby wycieczki fanek nie pielgrzymowały pod okna?

ROBERT GONERA: Stroi sobie pani żarty albo mnie prowokuje. Fakt, wolałbym nie ujawniać mojego adresu. Zresztą prawdę mówiąc, jedną nogą mieszkam we Wrocławiu, mamy mieszkanie w centrum miasta. Jak nam się z żoną nudzi, idziemy do klubu, ale przyznaję, od pewnego czasu rzadko mi się to zdarza. Wolę pojeździć samochodem terenowym po okolicy, powspinać się po górkach, pojeździć na desce w Czarnej Górze, albo w czeskich Janskich Lazniach, półtorej godziny samochodem ode mnie.

GALA: Po terenie jeździ pan takim prawdziwym jeepem z napędem na cztery koła, żeby w razie czego wydostać się z błota?

ROBERT GONERA: Nic innego tamtędy nie przejedzie! Poza tym od wielu lat praktykuję zen. Taki kontakt z naturą zapewnia mi spokój.

GALA: Filozofi a Wschodu staje się modna. Dlaczego pan zaczął ją praktykować?

ROBERT GONERA: To długa historia, buddyzm mnie fascynował. Jest takie słynne powiedzenie: jeżeli robisz krok, a potem nie pamiętasz, że go zrobiłeś, to znaczy, że nie ma w tym zen. Jeżeli pamiętasz, zrobiłeś go świadomie – to jest zen. Nauka samodzielnego myślenia, świadomego oddychania, szukania równowagi w sobie i w świecie – tylko tyle. Pozbycie się pragnień jest podstawową zasadą buddyzmu. Jeżeli się ich pozbędziemy, otwiera się przed nami ogromna przestrzeń.

GALA: Gdzie tu miejsce na ambicję?

ROBERT GONERA: Nie ma. Ambicja jest iluzją.

GALA: Jak pan medytuje, gdzie, kiedy?

ROBERT GONERA: Różnie. Czasami wystarczy przystanąć i pół godziny poćwiczyć. Nie lubię słowa medytacje, to raczej ćwiczenia oddechowe i duchowe. Moim mistrzem duchowym jest Philipe Kapleau i jego „Trzy fi lary zen”.

GALA: Podręcznik życia?

ROBERT GONERA: Raczej podręcznik bycia w zgodzie ze sobą i światem. Mojemu synkowi czytam bajki zen – pełne mądrości. Tak jak Krzysztof Zanussi niechętnie mówi o swojej gimnastyce, „bo to jego intymna czynność”, tak dla mnie intymny jest zen, więc zostawmy już ten temat.

GALA: Wiem, że to może zachwiać pana wizerunkiem amanta, ale jest pan ojcem dorastającej 17-letniej Nastki z małżeństwa z Jolantą Fraszyńską.

ROBERT GONERA: Zachwiać? Dla mojej żony Karoliny nadal jestem amantem (śmiech).

GALA: Dobry z pana ojciec?

ROBERT GONERA: Proszę zapytać o to moją córkę. Chyba niedobry, bo na odległość. To trudne ojcostwo. Także przez to, że mając dziecko w wieku 21 lat, naprawdę niewiele się wie. Jednak więź, która łączy mnie z Nastką, jest wyjątkowa i silna. Kocham ją i moje „trudne ojcostwo”, podobnie jak to bardziej świadome z moim synkiem Teodorem.

GALA: Bardziej niż świadome. Przyznał się pan nawet do „bycia w ciąży”, kompletnej zmiany trybu życia jeszcze przed narodzinami Teodora. „To piękne, jak zmienia się kobieta w ciąży” – mówił pan o żonie.

ROBERT GONERA: Tak, to było fantastyczne doświadczenie. Oczywiście Karolina jest wspaniała cały czas. Kochana i wyrozumiała dla mnie, faceta po przejściach. Akceptuje też Nastkę.

GALA: Dziś niektórzy na widok pana z córką mówią „O, Gonera z narzeczoną”.

ROBERT GONERA: To się pewnie zdarza, bo Nastazja jest urodziwa i wysoka. Ja się najbardziej cieszę z tego, że to mądra dziewczyna.

GALA: Zostanie aktorką?

ROBERT GONERA: To jej wybór, w który nie mam chęci ingerować. Znam jej potencjał, możliwości. Myśli samodzielnie, niegłupio, wspaniale pisze. Jak tylko będę mógł, będę ją wspierał z całej siły, bo jest tego warta.

GALA: O aktorach mówi się, że dojrzewają jak wino. Pan też ma skronie ze srebrnymi piórkami.

ROBERT GONERA: Kult młodości sprawił, że upływowi czasu nadajemy zbyt wielkie znaczenie. Jedni ludzie nabierają z czasem mądrości życiowej, inni ją gubią. Indywidualna sprawa. Każdy ma prawo do błędów.

GALA: To prawda, że w ogóle nie ogląda pan telewizji?

ROBERT GONERA: Oglądam bardzo rzadko. Polityka w polskim wydaniu niewiele mnie interesuje, a fi lmy lubię oglądać w kinie lub we własnym domu, na ścianie. Ostatnio obejrzeliśmy z Kajką (żoną Karoliną – przyp. red.)„Zapach kobiety” z Alem Pacino, ja po raz kolejny, żona po raz pierwszy. Miałem frajdę obserwować, jak go odebrała: „Myślałam, że jest o czym innym”. Tak naprawdę to fi lm o zderzeniu dwóch światów, świata młodzieńczego i dojrzałego. Żałowałem, że u nas podobne produkcje niemal nie powstają.

GALA: Jak kina mają nie plajtować, jeśli nawet Gonera ogląda filmy w domu?

 

ROBERT GONERA: Gdyby było kino w pobliżu, tobyśmy chodzili. A poza tym, ja fi lmy oglądam jak w kinie, na sporym ekranie, z projektora. Amerykanie mówią na to „movie theatre”. Taki snop światła na ścianę w ciemności.

GALA: Wiem, pamiętam z młodości małe kina na prowincji. Ale swój serial będzie pan oglądał normalnie, na ekranie telewizyjnej Jedynki?

ROBERT GONERA: Chcę się przyjrzeć, co wyszło