Ich miłość już na samym początku została wystawiona na próbę. Wyszli z niej zwycięsko. Medialna nagonka, która miała zniszczyć ten związek, tylko go umocniła. Przed nimi pierwsze spokojne święta Bożego Narodzenia, które spędzą tak, jak lubią najbardziej - wszyscy razem.

Kiedy zaczynacie przygotowania do świąt?

ROBERT JANOWSKI: Zawsze 1 grudnia. To jest ten najważniejszy dzień (śmiech).

Już 1 grudnia?!

R.J.: Tak, wtedy siadamy przy stole w kuchni i piszemy listy do św. Mikołaja. Każdy ma swoją kartkę, którą potem wkłada do koperty i przekazuje mi do wysłania...

Czyli Ty jesteś św. Mikołajem...

MONIKA JANOWSKA: Mikołaj to Mikołaj. Nigdy nie przestaliśmy w niego wierzyć (śmiech).

R.J.: On naprawdę istnieje. Przecież zawsze znajdujemy pod choinką to, o co prosiliśmy w listach. Zachowuję kopię tych kartek. Kiedy dziewczynki dorosną, pokażę im, jakie miały marzenia...

A jedzenie, choinka?

R.J.: To już pytanie do mojej żony... Ja, niestety, kuchnię oglądam tylko z perspektywy stołu, przy którym właśnie siedzimy. Jestem wyjątkowym beztalenciem kulinarnym, ale uwielbiam jeść.

Te święta będą dla Was szczególnie ważne.

M.J.: Tak, bo cała rodzina przyjedzie do nas na Wigilię. Wcześniej bywaliśmy albo u moich rodziców, albo u mamy Roberta. Teraz nasza kolej. Choinkę...

R.J.: ...dodajmy: prawdziwą choinkę!...

M.J.: ...tak, prawdziwą choinkę, ubieramy w połowie grudnia. Dziewczynki pomagają mi w przygotowaniu domu – wspólnie sprzątamy, gotujemy. Tola ma smykałkę do ciast – wszyscy je uwielbiamy! Robercik jest zaopatrzeniowcem i idę o zakład, że liczbą przejechanych kilometrów na trasie dom – sklep bije na głowę niejednego taksówkarza na etacie (śmiech).

Co lubicie robić razem w święta?

R.J.: Zawsze po kolacji wigilijnej zbieramy się wokół pianina i kolędujemy. Uważam, że polskie kolędy są najpiękniejsze.

Święta w rodzinie patchworkowej wyglądają inaczej niż w tradycyjnej?

M.J.: Nie nazwałabym naszej rodziny patchworkową. Nie spędzamy świąt z byłymi partnerami, nie zasiadamy przy jednym stole z ich nowymi rodzinami. Do tego potrzeba chęci z dwóch stron. W naszym domu, i mówię to z żalem, jest inaczej. Spotykamy się w gronie najbliższych – w tym roku, być może w drugi dzień świąt, dołączą do nas jeszcze chłopcy Toli i Anielki.

To będzie ich pierwsza oficjalna wizyta?

R.J.: Śmigają gdzieś po korytarzu i wiemy, kim są, ale wspólna świąteczna kolacja ma inny charakter niż przelotne spotkania. Z tej okazji kupiłem specjalną nakładkę, aby powiększyć stół. Dzięki temu zmieści się przy nim kilkanaście osób!

W swojej książce „Przypadki” piszesz, że posiadanie dużej, szczęśliwej rodziny zawsze było Twoim największym marzeniem.

R.J.: Każdy człowiek o tym marzy. Ja miałem nie najlepsze wzorce. Rodzice się rozwiedli, gdy skończyłem 11 lat. Ojciec nie utrzymywał z nami kontaktów, więc cały ciężar wychowania spoczął na mamie. Dużo pracowała – wychodziła z domu o 5 rano, wracała o 21. Potem nocami dziergała sweterki, żeby dorobić, poza tym gotowała dla mnie i dla siostry jedzenie na drugi dzień... Obiecałem sobie, że moje dzieci zawsze będą miały ojca. Dotrzymałem słowa – jestem najlepszym ojcem, jakim potrafię być. Też się rozwodziłem, ale nigdy nie pomyślałem, że mógłbym odpowiedzialnością za nasze, dorosłych, niepowodzenia obarczyć dzieci.

Czym dla Was jest rodzina?

R.J.: Czymś, bez czego bym sobie nie poradził. Nie mam tak silnego charakteru, jak mi się kiedyś wydawało – bez bliskich poszedłbym pewnie w samodestrukcję. Jestem zwierzęciem stadnym, potrzebuję do życia ludzi.

M.J.: Dla mnie ten dom jest spełnieniem marzeń. Przez wiele lat mieszkałam sama poza Polską, m.in. w Stanach. Byłam zadowolona, lubiłam swoje życie. Wciąż mi jednak czegoś brakowało, ale nie umiałam tego nazwać. Kiedy poznałam Roberta i dziewczynki, nagle wszystko zaczęło się układać, tak jakby ten brakujący element wskoczył na właściwe miejsce. Teraz jestem już spokojna.

R.J.: Po dwóch nieudanych małżeństwach byliśmy, ja i moje dzieci, emocjonalnie pokaleczeni. Monika zaprowadziła tutaj porządek, połączyła wszystkie elementy rodzinnej układanki. Ona ma specjalne nici, którymi po mistrzowsku operuje!

Poznaliście się, kiedy byliście wolnymi ludźmi?

R.J.: Monikę poznałem rok po rozwodzie z moją drugą żoną, mamą Toli i Anielki. Anielka mieszkała wtedy już ze mną od dwóch miesięcy. Tola spędzała z nami bardzo dużo czasu, ale oficjalnie przeprowadziła się dwa lata później. Z Moniką poznaliśmy się przypadkiem i szybko zdecydowaliśmy, że chcemy spędzić razem życie.

Twoi przyjaciele mówią, że bardzo się przy niej zmieniłeś...

R.J.: Przy Monice w końcu mogę być sobą. Z nią najlepiej spędza mi się czas – najfajniej nie tylko rozmawia, ale też milczy. Bez Moniki nasz dom wyglądałby zupełnie inaczej...

W Polsce po rozwodzie dzieci zazwyczaj zostają przy matce. Twój syn Makary w wieku 18 lat przeprowadził się do Ciebie... Podobną decyzję podjęły Tola i Anielka. Zastanawiałeś się dlaczego?

R.J.: Po rozstaniu z pierwszą żoną byłem typowym niedzielnym tatą. Makary mieszkał z mamą, a ja widywałem się z nim w weekendy. Straciliśmy sporo czasu. Nie chciałem, by kiedykolwiek było tak w przypadku Toli i Anielki. Dlatego spędzałem z nimi wakacje, ferie, czynnie uczestniczyłem w życiu szkolnym... W Polsce prawo pozwala dzieciom, by od 13. roku życia same podejmowały decyzje, z kim chcą mieszkać. Córki wybrały ojca.

To była tylko ich decyzja?

R.J.: Oczywiście. Kiedy po rozwodzie sąd orzekł, że zostają przy mamie, nie podważałem tego, dopóki same nie uznały, że chcą zamieszkać ze mną. Mamy silną więź – byłem i jestem oddanym ojcem. Bardzo kocham moje córki. Po prostu.

Życie w takiej rodzinie wymaga nie tylko logistycznych umiejętności, lecz także panowania nad emocjami. Moniko, jak Ty się w tym odnalazłaś?

M.J.: Poznałam Roberta, gdy Makary był już dorosły, więc od początku mieliśmy bardziej kumpelskie niż rodzicielskie relacje. On wie, że jeśli dzieje się coś złego, może się zwrócić do nas z prośbą o pomoc. W przypadku dziewczynek jest inaczej: były młodsze, wkraczały w trudny wiek. Miałyśmy to szczęście, że od początku się polubiłyśmy, co wcale nie jest przecież takie oczywiste. Często słyszę, że jeśli kocha się partnera, bezwarunkowo powinno się też kochać jego dzieci i odwrotnie – dzieci muszą kochać swoją macochę ze wszystkimi jej wadami. A przecież to tak nie działa. Miłość potrzebuje czasu. Miałam wybór –uśmiechać się całą dobę, udawać dobrą ciocię, wyręczać we wszystkim i... paść na twarz za dwa miesiące (śmiech), albo być prawdziwa, ze wszystkimi zaletami i wadami. Zaryzykowałam i uznałam, że musimy pozostać wobec siebie przede wszystkim szczere. I nie pomyliłam się, bo dzięki temu się do siebie zbliżyłyśmy.

R.J.: Monia dała radę. Pamiętam, jak siedziała z dziewczynkami przy tym stole przez pół nocy. Na zmianę śmiały się i płakały. To był emocjonalny rollercoaster. Widziałem, jak miota się między tym, co może, a tym, do czego w zasadzie nie ma prawa. Jestem dumny z moich dziewczyn. Ani Tola, ani Anielka nawet w najtrudniejszym momencie nie powiedziały Monice: „Nie masz prawa tak mówić, nie jesteś naszą matką”. Ale z ust Moniki też nigdy nie padło: „Bardzo przepraszam, to nie są moje dzieci, nie muszę się tym zajmować i denerwować”.

M.J.: Ustaliliśmy, że dla dobra dziewczyn ja zostaję w domu, skoro Robert pracuje. I tak stałam się złym policjantem, który nie tylko kocha, ale też przypomina, że trzeba wynieść śmieci, odrobić lekcje czy wrócić do domu o określonej porze. Bałam się, jak one na to zareagują. Na szczęście każdy odnalazł się w tej sytuacji bez większych pretensji.

R.J.: Cieszę się, że Monika zrobiła to za mnie, bo ja byłem raczej tatą rozpieszczającym, który chciał im wynagrodzić trudy związane z rozwodem...

Czyli popełniałeś typowy błąd samotnego ojca...

R.J.: Tak, ale zrozumiałem to, gdy dziewczynki przyszły i powiedziały mi, że dzięki granicom wyznaczonym przez Monikę czują się w tym domu bezpiecznie.

Teraz Anielka i Tola częściej rozmawiają o swoich kłopotach z Moniką niż z Tobą?

R.J.: Wiesz, są takie typowo kobiece problemy, których facet po prostu nie jest w stanie zrozumieć... W dobrej, szczęśliwej rodzinie pierwiastki męskie i kobiece się uzupełniają. Tak też jest u nas. Dziewczyny wchodzą w trudny wiek.

Jak radzicie sobie z kryzysami?

M.J.: Szczera rozmowa to podstawa. Kłótnie się zdarzają, jak w każdej rodzinie. Ale trzeba sobie umieć z nimi radzić. Czasami po kilku godzinach rozmowy, kiedy myślę, że kryzys został zażegnany, one trzaskają drzwiami i wywieszają kartkę: „Zakaz wjazdu” (śmiech).

R.J.: Wszyscy mamy swoje fochy, nie tylko one. Na szczęście szybko nam przechodzi. I jest coraz więcej pięknych wspólnych momentów. Cieszę się, że tak bardzo lubią spędzać z nami czas. Wspólne wakacje czy wyjście do kina nie są dla nich obciachem.

A jak wyznaczyłyście granice, których nie możecie przekraczać?

M.J.: Często słyszę: „O, gdybyś miała swoje dzieci, pewnie byłoby inaczej”. A ja kocham Tolę i Anielkę tak, jakby były moimi córkami. Nie wiem, jak się kocha własne, bo ich nie mam. Nie wyobrażam sobie, że można kochać inaczej, bardziej. Zachowuję się normalnie, chwalę je, ale nie boję się im powiedzieć, kiedy zrobiły coś źle. Mam do nich zaufanie, a one nigdy go nie nadużyły. Jeśli proszę, na przykład, o powrót do domu o określonej godzinie, zawsze są na czas.

Zazwyczaj na początku partnerzy sami się docierają, potem pojawiają się dzieci... U Was wyglądało to inaczej.

R.J.: Dopiero teraz mamy czas na randki, a jesteśmy już pięć lat razem, z czego trzy po ślubie. To jak z nauką języka obcego – najpierw nie idzie ci najlepiej, a potem coraz rzadziej sięgasz po słownik. Szybko podjęliśmy decyzję, że chcemy być razem. Postawiłem jeden warunek – dziewczyny muszą to zaakceptować. Stresowałem się przed pierwszym spotkaniem. Okazało się, że niepotrzebnie... Była pełna akceptacja, euforia, ale życie toczyło się dalej. Dzieci, dużo młodsze wtedy – do szkoły, ja – do pracy, nie było czasu na randkowanie. Monia już drugiego dnia zakasała rękawy. Dopiero teraz możemy sobie gdzieś uciec tylko we dwoje. Nie wiem, czy dałbym radę, gdybym był na jej miejscu.

Robert, taka żona to skarb. Wiesz o tym?

R.J.: Wiem, nie mogłem lepiej trafić. Sam bym sobie nie poradził z tym wszystkim.

M.J.: Poradziłbyś sobie, gdybyś musiał. Ale byłoby ci trudno, bo jesteś niecierpliwy! Lubisz widzieć efekty swojej pracy tu i teraz, a z dziećmi czasem jest tak, że tylko spokój może cię uratować.

R.J.: Racja, jestem gwałtowny, impulsywny, czego potem, oczywiście, żałuję.

Naprawdę? Dla mnie zawsze byłeś spokojnym, wyważonym facetem.

R.J.: Jestem impulsywnym Baranem. Twardy orzech do zgryzienia. Uparty i lubię mieć rację. Pozytywy też się jakieś znajdą...

M.J.: Ja jestem spod znaku Lwa i też chciałabym trochę porządzić... Ale kiedy się żyje pod jednym dachem z trzema artystami, z których każdy chce być w centrum zainteresowania, ktoś musi odpuścić. Zawsze pada na mnie.

A kto jest głową tej rodziny?

M.J. i R.J. (jednocześnie): Ja!

M.J.: Gdyby dziewczyny z nami siedziały, też podniosłyby ręce.

Umiecie się dzielić obowiązkami?

M.J.: Ja zajmuję się domem: zawożeniem dzieci do szkoły, gotowaniem, sprzątaniem i ogólnie: „Jak trwoga, to do Moni”. Robert – pracą zawodową oraz, za co pewnie zjedzą mnie feministki, typowo męskimi zajęciami.

R.J.: Gdybym wyjechał na trzy tygodnie, doszłoby tutaj do katastrofy. Ja pamiętam o rachunkach, poza tym kiedy coś się zepsuje, dziewczyny też przychodzą do mnie z prośbą o pomoc...

M.J.: A gdybym to ja wyjechała, uwierz mi Damian, nie miałabym do czego wracać. Może wszystko byłoby na swoim miejscu, ale poumieraliby z głodu, zanim zdążyliby się pokłócić (śmiech).

R.J.: Nie wierzę, że to mówię, ale Monia ma rację.

Świetnie się uzupełniacie, choć macie podobne charaktery.

M.J.: Jesteśmy zadziory! Lubimy stawiać na swoim, ale z drugiej strony szkoda nam czasu na ciche dni. Ja od razu wyciągam rękę na zgodę. Czasem myślę, że może nawet za szybko.

R.J.: Najlepiej się czujemy, spędzając czas razem. Są dni, że ja umawiam się z chłopakami na tenisa, Monia planuje babski weekend, a ostatecznie i tak lądujemy gdzieś w Borach Tucholskich tylko we dwoje.

M.J.: Dziewczyny są już na tyle duże, że mogą zostać same. Poza tym im też czasem należy się wolna chata.

Kilka lat temu głośno było o tzw. aferze futrzanej. Monika została w USA oskarżona o kradzież futer ze sklepu, której nie popełniła. W Polsce walczyliście potem o dobre imię ponad dwa lata. Jak sobie z tym poradziliście?

R.J.: Wielokrotnie czytałem w gazecie bzdury na swój temat. Kiedy zabrakło pomysłu, jak można mi dokopać, dziennikarze brukowców postanowili zniszczyć moją rodzinę. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką kampanią oszczerstw i kłamstw. Nie wiedziałem, co z tym wszystkim zrobić. Protestować? Zaprzeczać? Uznałem, że nie warto się w to angażować, i to był błąd, bo nasze milczenie jeszcze bardziej nakręciło spiralę nienawiści.

M.J.: To, co działo się wtedy w polskich mediach, mogę określić tylko jednym słowem: piekło. Cieszę się, że Robert i dziewczynki mimo tej nagonki stali za mną murem. Uratowały nas wiara w siebie i cierpliwość.

R.J.: Monika przypłaciła to szpitalem i silną nerwicą. Każda rozprawa była dla niej wielkim wysiłkiem emocjonalnym.

M.J.: W ciągu dwóch lat ukazało się ponad tysiąc wyssanych z palca artykułów poświęconych tej sprawie! Wydano na mnie wyrok, zanim wypowiedział się sąd. Od prawdy ważniejsze były świetna klikalność i ponadprogramowa sprzedaż. Dziadostwo. Wstyd mi za nich. Ale nie chcę już o tym rozmawiać. Wszystko zostało powiedziane. Każdy wierzy w to, co chce. Jeśli ktoś wybrał tanią sensację, jego problem. Jest mi przykro, ale nie mam na to wpływu. To już poza mną. Chcę teraz odzyskać zdrowie.

R.J.: Nie myśleli, że niszczą życie całej naszej rodziny. I jeśli mają jeszcze jakieś sumienie, muszą teraz z tym żyć.

To dotknęło też Twoje dzieci...

R.J.: Chcieliśmy je chronić, one były najważniejsze ale, wiadomo, hejt okazał się nieunikniony. Chodziły do szkoły, mają swoich przyjaciół. Doświadczały przykrości, mimo to nigdy się nie skarżyły. Były bardzo dzielne. Ale nie mogliśmy na to spokojnie patrzeć. I powiem to po raz ostatni: decyzję o rozstaniu podjęliśmy z Moniką wspólnie dla dobra naszej rodziny. Nie miało to nic wspólnego z brakiem wiary w jej niewinność.

Mogliście wtedy liczyć na wsparcie przyjaciół?

M.J.: Nagle się okazało, że telefonów jest coraz mniej... Ludzie zaczęli się od nas odwracać, obawiając się, że ta afera wpłynie również na ich wizerunek.

R.J.: To akurat dobrze, bo dowiedzieliśmy się, komu naprawdę na nas zależy. Macie wrażenie, że to, co najgorsze, już za Wami?

R.J.: Tak. Przetrwaliśmy i wygraliśmy wszystkie najważniejsze sprawy o naruszenie dóbr osobistych. Monia powoli wraca do zdrowia. Dziewczyny, już prawie dorosłe, są bliżej nas niż kiedykolwiek. Misterny plan brukowców polegający na zniszczeniu mojej rodziny się nie powiódł. To jest nasz sukces, a ich porażka.

Myślicie, że miłość, która Was połączyła, jest na całe życie?

R.J.: 50 lat czekałem na taką kobietę jak Monika. Warto było.

M.J.: Ja trochę krócej, ale i tak stanowczo za długo.

Czyli... szczęśliwi?

M.J.: Najbardziej na świecie.

R.J.: Najszczęśliwsi!