ROBERT KOZYRA Taki się urodziłem

Udostępnij

Robert Kozyra, prezes i redaktor naczelny Radia ZET, ma opinię bezlitosnego zamordysty. Sam o sobie mówi, że jest zawodowym świrem. Żyje radiem i wierzy, że potrafiłby z każdego zrobić gwiazdę. W praktyce jednym artystom pomaga wzlecieć, a innym podcina skrzydła. Komu i dlaczego?

ROBERT KOZYRA Taki się urodziłem

GALA: Spotkaliśmy się w pana gabinecie w Radiu ZET, w którym właściwie nie powinno już pana być. Zapowiadał pan, że po czterdziestce przestanie pracować i „odda się życiu”...

ROBERT KOZYRA: Tak myślałem i chętnie bym to zrobił, bo to stresujące zajęcie. Często myślę, że gdybym wygrał w totolotka, zostawiłbym wszystko następnego dnia i cieszył się życiem. Chociaż znajomi uważają, że po miesiącu dostałbym kota. I pewnie mają rację. Z zewnątrz wydaje się, że wszystko jest banalnie proste: prezes radia, które fajnie gra. A to wymaga ciężkiej pracy.

GALA: W 2001 roku mówił pan: „Odejdę za trzy–cztery lata”, „Warszawa jest dla mnie tylko przystankiem”. Tymczasem zarzucił pan kotwicę...

ROBERT KOZYRA: Życie czasami weryfikuje plany, zwłaszcza młodzieńcze. Chciałem pracować w Londynie. Ponieważ jestem skuteczny w docieraniu do celu, nawet zaproponowano mi tam pracę w Capital Radio, kiedyś numer jeden na brytyjskim rynku. Ale ja w biznesie kieruję się również instynktem. Zdałem sobie sprawę, że człowiek, który zaproponował mi funkcję swojego zastępcy, tak naprawdę nie chciał nic zmienić w radiu, które zmian potrzebowało. Nie przyjąłem tej oferty. Niedługo potem ten człowiek stracił pracę, więc pewnie podzieliłbym jego los. W ubiegłym tygodniu byłem w Londynie i spotkałem się ze znajomymi z brytyjskich mediów. Dzisiaj sytuacja jest tam trudna. Niektóre media straciły nawet 30 proc. rocznego obrotu. Nie wiem, co mnie czeka w Polsce... Co jednak będzie, gdy ludzie masowo nie będą mogli spłacać kredytów z powodu słabej złotówki?

GALA: Pan spłaca?

ROBERT KOZYRA: Tak, we frankach.

GALA: Na dom?

ROBERT KOZYRA: Nie, na mieszkanie. Więc też nie jestem w komfortowej sytuacji. Ale zawodowo czuję się na swoim miejscu. Gdybym był nauczycielem, jak wynikało z moich polonistycznych studiów, nie byłbym szczęśliwy. Wybrałem ten kierunek, bo sądziłem, że będę czytać książki, a studia pozwolą mi się wewnętrznie rozwinąć. Tak się jednak nie stało. A dzisiaj moim problemem jest brak czasu na lekturę książek, bo codziennie muszę przeczytać stos gazet. Książki czytam tylko w podróży.

GALA: Co teraz?

ROBERT KOZYRA: Skończyłem fascynującą biografię Stalina napisaną przez Montefirego, a zacząłem „How Luxury Lost Its Luster” Dany Thomas. To historia największych luksusowych marek na świecie. Thomas opisuje, jak powstawały, upadały i trafiały w ręce obecnych właścicieli. Za chwilę lecę na wakacje do Stanów, więc pewnie ją skończę.

GALA: Moda jest dla pana ważna. Nie myślał pan o tym, żeby działać w tej branży?

ROBERT KOZYRA: Nie, ale często zdarza mi się komuś doradzać. Kilka lat temu poznałem w Londynie Manuelę Pavesi. To najbliższa przyjaciółka Miucci Prady i mózg marketingowy firmy Prada. Od niej zależy, jak Prada się reklamuje, jak wyglądają sklepy i jak eksponowane są w nich kolekcje. Do dziś jesteśmy w kontakcie e-mailowym. Czasami dzielę się moimi spostrzeżeniami na temat pracy obu pań. Zasugerowałem, żeby zmienić muzykę w sklepach Prady. Wybrałem kilkadziesiąt utworów, które moim zdaniem pasują do tej marki. Część z nich gra teraz Chilli ZET, radio, które ostatnio tworzyłem. Pod moim wpływem zmieniono również muzykę w reklamie koniaku z najwyższej półki przeznaczonego na rynek amerykański. Jestem świrem zawodowym i jeżeli coś robię, to na 120 procent.

GALA: Na czym jeszcze polega pana zawodowe świrowanie?

ROBERT KOZYRA: Jestem takim świrem, że muszę dopiąć celu. Przed rozpoczęciem emisji Chilli ZET nie mogłem spać, dopóki nie ściągnąłem ze Stanów kilku płyt zespołów dodających smaku temu formatowi. Ponieważ ze sklepów te płyty dawno już zniknęły, żeby je kupić, moja asystentka prowadziła negocjacje z prywatnymi osobami. Najważniejsze jest strategiczne myślenie. Ono przychodzi z wiekiem i doświadczeniem.

GALA: Kiedy po raz pierwszy usiadł pan w tym gabinecie, chyba niewiele pan wiedział o strategicznym myśleniu.

ROBERT KOZYRA: Radio ZET nie było w najłatwiejszym momencie, a ja o biznesie nie wiedziałem nic. Kierowałem się instynktem. Miałem 26 lat. Dzisiaj na ludzi w tym wieku patrzę jak na dzieci.

GALA: Czterdziestka coś w panu zmieniła?

ROBERT KOZYRA: To fajny czas. Dojrzałości, przewartościowań i wewnętrznego spokoju. Jestem zadowolony z tego, jaki mam dziś umysł, cieszę się z nabytych doświadczeń. Już wiem, co jest ważne, a co nie. I że nie należy się przejmować drobiazgami ani się bić o rzeczy nieistotne. Potrafię pomóc znajomym, którzy przeżywają życiowe zawirowania. Ale nie mam patentu na wszystko i czasem sam potrzebuję czyjejś pomocy.

GALA: O co się bić nie warto?

ROBERT KOZYRA: Kiedyś miałem bardziej idealistyczne podejście do biznesu. Wydawało mi się, że wszyscy na medialnym rynku powinni – poza zabieganiem o zysk – wspólnie dbać o ten rynek. Nie podcinać gałęzi, na której się siedzi, to znaczy nie obniżać cen pism ani reklam, bo wszyscy na tym tylko stracą. Radio ZET miało kiedyś taką wojnę cenową z Radiem RMF FM. To mnie wytrącało z równowagi. Dzisiaj się z tym pogodziłem. Są ważniejsze rzeczy.

GALA: A jak pan reaguje na osobistą krytykę?

 

ROBERT KOZYRA: Zawsze miałem w sobie taką moc, że nie wytrącało mnie to z równowagi ani nie powodowało, że rezygnowałem z wytyczonego celu. Taki się urodziłem. Jestem wewnętrznie silny. To jedna z cech, które pomagają mi w życiu. Sytuacje, o które pani pyta, nigdy nie były miłe. Ale bardziej przeżywała je moja mama niż ja.

GALA: Jest pan dobrym synem?

ROBERT KOZYRA: Staram się. Troszczę się o mamę, staram się zapewnić jej dobre życie. Mieliśmy pewne kłopoty zdrowotne, ale znalazłem dobrych lekarzy i udało się z tego wyjść. Staram się codziennie z mamą rozmawiać, ponieważ jest sama. Kiedy coś mi gdzieś smakuje, pytam, jak to się robi, szukam przepisów i przekazuję mamie. Ona później zaprasza koleżanki i im to gotuje, np. dania kuchni włoskiej. Ale też proszę mamę, żeby kupiła konkretną gazetę, przeczytała dany artykuł albo książkę i potem o tym rozmawiamy. Chcę, żeby jak najdłużej była w dobrej intelektualnej formie.

GALA: Często pan jeździ do Koszalina, gdzie mieszka mama?

ROBERT KOZYRA: Nie, to ona przyjeżdża do mnie. A w okolicach świąt Bożego Narodzenia zawsze na półtora miesiąca. Wtedy możemy się sobą nacieszyć. Chodzimy do kin i teatrów. Kupujemy po dwa programy, bo ten drugi mama później pokazuje swoim koleżankom. Czasami lecimy gdzieś w świat. Ostatnio zrobiłem mamie niespodziankę: poprosiłem, by wzięła ze sobą sukienkę, w której chciałaby pójść do opery. Kilka godzin później byliśmy w Mediolanie. Mama nie miała łatwego życia. Chcę, żeby teraz było jak najlepiej. Cieszę się, kiedy mogę sprawić jej radość.

GALA: A pan nie odczuwa tęsknoty za dzieckiem?

ROBERT KOZYRA: Kiedyś coś takiego miałem, teraz już mniej. Znajomi mówią, że byłbym świetnym ojcem. Wczoraj Wojtek Jagielski powiedział mi: „To niesamowite, jak dzieci cię lubią i jaki masz z nimi dobry kontakt!”. Obejrzał wywiad ze mną w TVN i zauważył, że po raz pierwszy pokazałem się jako ciepły facet. Ludzie mnie takiego nie znają, tylko jako ostrego szefa.

GALA: Jak pan postrzega swoje miejsce w polskim show-biznesie? Ma pan wpływ na muzyczny gust Polaków?

ROBERT KOZYRA: Nieskromnie powiem, że nawet duży. Pomogłem wielu artystom, którzy odnieśli w Polsce sukces. W 1996 roku przyszedł do mnie Piotr Kabaj, szef EMI Music, z płytą Beaty Kozidrak. Bajm postrzegano wtedy jako nie najlepszej marki zespół z Lublina. Posłuchałem płyty, usłyszałem w niej potencjał i jako pierwszy postanowiłem ją grać. Wszyscy byli zdziwieni, bo piosenki „Józek, nie daruję ci tej nocy”, „Nie ma wody na pustyni”, ludziom się podobały, ale mediom nie. Od tej płyty i ode mnie zaczęła się kariera zespołu i Beaty. Więc i ja przyczyniłem się do jej domów w Stanach i Hiszpanii.

GALA: Ma pan tam swój pokój?

ROBERT KOZYRA: O, nie! Nie jesteśmy tak blisko... Poradziłem też Krzysztofowi Krawczykowi, jak zmienić „Bo jesteś ty”, i piosenka stała się hitem. Radio ZET grało ją jako pierwsze. Potem Krawczyk zadzwonił: „Pan przywrócił mnie do życia”, bo wrócił tą piosenką na rynek. Podobnych sytuacji było więcej, m.in. pomagałem zespołowi Maanam, Biljanie Bakić, zarządzającej wówczas BMG, doradziłem, jak z „Żałuję” Eweliny Flinty zrobić przebój. Pomogłem Piaskowi, grupie Feel, Kasi Cerekwickiej, Łukaszowi Zagrobelnemu, grupie Pectus i innym.

GALA: Wybierał pan też piosenki do pięciu polskich filmów...

ROBERT KOZYRA: Również do serialu „Barwy szczęścia” i tytułową do serialu „Agentki”. Zaczęło się od „Nigdy w życiu!”, które produkował Tadeusz Lampka wraz z TVN. Pokazano mi film w wersji montażowej i poproszono, bym wybrał piosenkę tytułową. Ale było na to zbyt mało czasu, więc zaproponowałem, że znajdę piosenki do środka filmu. Zabrałem film do domu, a później pokazałem producentom z wybranymi utworami. Byli zachwyceni. A na premierze, gdy pojawiły się napisy końcowe, przy moim nazwisku ludzie bili brawo. Miałem szczęście, bo wszystkie piosenki, które wybrałem jako przewodnie do filmów, stały się przebojami. Soundtrack z „Dlaczego nie!” z „You’re Beautiful” Jamesa Blunta sprzedał się w blisko 100-tysięcznym nakładzie. Kiedy poprosiliśmy Blunta, by zgodził się dać nam swoją piosenkę, utwór nie był jeszcze hitem. Stał się nim w chwili, gdy film wszedł na ekrany! Czasami współprodukuję też piosenki. Kiedy dobierałem muzykę do „To nie tak jak myślisz, kotku”, natrafiłem na kompozycję, która miała potencjał, ale brakowało jej najważniejszego – chwytliwego refrenu. Poprosiliśmy kilku kompozytorów, by nad nią popracowali. Odkryłem, że gdyby inaczej poprowadzić linię melodyczną, mogłaby to być idealna piosenka dla Edyty Górniak. Skontaktowałem się z Edytą, mimo że od dawna ze sobą nie rozmawialiśmy.

GALA: Wyciągnął pan rękę do zgody do swojej byłej dziewczyny?

ROBERT KOZYRA: Brukowce pisały, że to była „piosenka na pojednanie”, a ja po prostu czułem, że jest idealna dla Edyty. Poprosiłem, by ją zaśpiewała, ale odmówiła, gdyż miała w tym czasie mnóstwo innych zobowiązań. Bardzo mi na niej zależało. Poprosiłem, żeby odrzuciła wszystko, wsiadła w samochód i przyjechała do studia. To trudna piosenka. Nagrywała ją przez dwa dni od szesnastej do piątej rano. Byłem przy tym. To było totalne wariactwo, ale wszyscy byli zachwyceni profesjonalizmem Edyty, która przez tyle godzin non stop śpiewała. Trzeba być w dobrej fizycznie formie, by sobie poradzić. Edyta jest absolutną perfekcjonistką. Ma tak wielką siłę głosu i tak go rozwinęła, że może z nim zrobić wszystko. „To nie tak, jak myślisz” jest teraz hitem granym przez wszystkie stacje radiowe. A ja się cieszę, że Edyta ma piosenkę.

GALA: Kto jeszcze rządzi polskim show-biznesem?

 

ROBERT KOZYRA: Edward Miszczak, Nina Terentiew i Tadeusz Lampka, który prócz filmów jest też producentem popularnych seriali. Również telewizja. Pojawienie się artystów, np. w „Tańcu z gwiazdami”, zmienia ich życie. Przykładem jest choćby Katarzyna Skrzynecka, przeciętna aktorka, która dzięki telewizyjnemu show zaistniała w świadomości ludzi i zarobiła pierwsze poważne pieniądze. Natomiast w show-biznesie muzycznym rządzi przypadek. Powód? Płyty sprzedają się tak słabo, że firmy fonograficzne nie zatrudniają fachowców, bo nie mogą im odpowiednio zapłacić. Z tego samego powodu nie ma też producentów muzyki.

GALA: Doda jest dla pana gwiazdą?

ROBERT KOZYRA: Każde pokolenie musi mieć swoją Violettę Villas. Mamy takie szczęście, że są dziś aż dwie Violetty, bo drugą jest Wiśniewski. Ludzie uwielbiają dziwadła. Mimo że wszyscy znają Dodę, nikt nie potrafi zanucić żadnej jej piosenki. Nie wierzę też w jej wysokie IQ. To krótka kariera i chyba jesteśmy już w jej finale. Doda to tylko marketing. Ma słabe piosenki, tylko dobrze eksponuje biust. Mam nadzieję, że prawdziwy.

GALA: Mógłby pan z każdego zrobić supergwiazdę estrady?

ROBERT KOZYRA: Absolutnie tak, pod warunkiem że ma głos i potrafi śpiewać. Musiałbym dla takiej osoby przygotować repertuar, bo wygląd jest sprawą drugorzędną. Można się z nim uporać w pięć minut. Gdyby w Polsce show-biznes wyglądał inaczej, może bym się tym zajął. Ale nigdy nie podpisałbym się pod produktem wyłącznie marketingowym, typu Kylie Minogue. Bo jeśli ktoś, kto nie umie śpiewać, uwierzy, że ma wokalny talent, będzie dramat. Tak jak z Natalią Lesz. Dzisiaj już nie tylko w studiu, ale i na scenie można oszukać publiczność. Są tzw. magic tracks, dzięki którym można udawać, że się śpiewa, choć nie jest to playback. Gdyby Natalia Lesz zrozumiała, że braki wokalne musi zrównoważyć, robiąc na scenie prawdziwy show, a dobrze tańczy, być może zaistniałaby również jako piosenkarka. Ale ona karkołomnie, jak kiedyś Mandaryna, postanowiła stanąć do konkursu, a na dodatek zaśpiewać początek a cappella. Więc jako festiwalowy juror, ceniąc inteligencję publiczności, nie mogę mówić, że ona potrafi śpiewać. Bo śpiewa źle. To samo dotyczy Matta Pokory, którego wytwórnia potem tłumaczyła, że miał zły odsłuch i dlatego fałszował. Kogo obchodzi, że komuś na olimpiadzie kostium wpijał się w ciało i dlatego nie popłynął dobrze?! Ale kiedy usłyszałem zespół Feel, jako pierwszy postanowiłem ich grać. Cieszę się, że Feel odniósł sukces. To zespół, który zaistniał dzięki ciężkiej pracy i talentowi. Trzymam kciuki za ich drugą płytę!

GALA: Jednym pozwala pan wzlecieć, ale innym podcina skrzydła. Na przykład Kasi Klich…

ROBERT KOZYRA: Tak jest i nie kryję się z tym. Pani Katarzyna Klich ma w swoim repertuarze tylko jedną piosenkę „Lepszy model”, która przez chwilę była przebojem. To był właściwie żart. Zabawny tekst, prościutka melodia. Od tego czasu nie udało jej się zaistnieć żadną inną piosenką. Któregoś dnia przed wędrówką pani Klich przez media, rzekomo w obronie polskiej piosenki, zadzwoniła do mnie na komórkę, gdy byłem na lunchu. Zapytała: „Panie prezesie, czy spotka się pan ze mną?”. Odpowiedziałem, że powinna umówić się przez mój sekretariat i nie ma powodu, aby dzwoniła na prywatny telefon, którego numeru jej nie dałem. W odpowiedzi wysłała mi SMS-a sugerującego, że jest zbulwersowana moją reakcją, co mnie zdumiało, bo chodziło mi wyłącznie o dobre maniery. Później napisała na swoim blogu, niby w obronie Natalii Lesz, że jestem najbardziej znienawidzoną osobą w biznesie.

GALA: A to nieprawda?

ROBERT KOZYRA: Jestem bezlitosny dla wszystkich, którzy nie mają talentu i chcą łatwo zarobić górę pieniędzy, a show-biznes traktują jako idealne do tego miejsce. Każdemu powtarzam, że nie ma na świecie łatwiejszego sposobu dorobienia się fortuny, niż wypełnić dźwiękami 3,5 minuty ciszy. Jest tylko jeden warunek: trzeba mieć talent. Pani Katarzyna Klich podczepia się teraz pod utalentowane artystki, jak Kasia Nosowska czy Anna Maria Jopek, pod pretekstem że radia nie grają również ich piosenek. A te panie wybrały inną drogę, „antypopową”, i świetnie sobie radzą. Prowadzę radio, które gra dla prawie ośmiu milionów ludzi, więc niszowa muzyka jest nie dla mnie. Ale gram ją w Chilli ZET przeznaczonym dla innego odbiorcy. Nie jestem podatny na szantaże. Pani Klich lepiej zabrałaby się za nagrywanie dobrych piosenek albo otworzyła kwiaciarnię. Czasami słyszę, że ktoś mówi, iż przeze mnie nie zrobił kariery. A są przecież inne radia, telewizje, internet. Droga do kariery otwarta. Być może głośno mówię to, co myślę, ale wolę to, niż obiecywać, a potem unikać konfrontacji z rzeczywistością.

GALA: Czy konflikt z Kasią Klich będzie miał finał w sądzie?

ROBERT KOZYRA: Myślę, że tak. Zaczęła się już sprawa z jej partnerem Jarosławem Płocicą. Sugeruje on na blogu, że w Radiu ZET grane są tylko piosenki tych, którzy mi za to płacą. Dlatego też chcę, żeby sąd rozstrzygnął, czy to prawda, aby o to zapytał tych, którzy odnieśli sukces: Kayah, Wilki, Bajm, Edytę Górniak. Również firmy płytowe. Ja twierdzę, że te zarzuty na blogu to kompletna bzdura.

GALA: Z Michałem Wiśniewskim, który obraźliwie pisał o panu na swoim blogu, też będzie się pan sądził?

ROBERT KOZYRA: Nie, on mnie jedynie obraża. To coś innego niż insynuacje, że działam nielegalnie czy nieetycznie biznesowo. Niech sobie pisze, co chce. Jesteśmy w wolnym kraju. Nie traktuję go poważnie, więc trudno, bym angażował sąd w przedszkolne pyskówki.

GALA: Co najbardziej ceni pan u ludzi?

ROBERT KOZYRA: W przyjaźni – lojalność. To ważne, żeby można było na kimś polegać. Mam kilku takich przyjaciół. Jak też za sobą kilka przyjaźni, które się wykruszyły.

GALA: A poczucie humoru to ważna cecha?

 

ROBERT KOZYRA: Oczywiście, ono świadczy o inteligencji. Mam je również na własny temat. Czasami na biznesowych spotkaniach przesadzam, bo wchodzę w taką fazę żartowania, że potem nie możemy przejść do rzeczy.

GALA: A co pana ostatnio rozśmieszyło?

ROBERT KOZYRA: Jeden z polityków, który pełni poważną funkcję w rządzie. Otóż uważa on, że kiedy wchodzi do TVN 24 na wywiad, czuje na sobie pożądliwe spojrzenia wszystkich pracujących tam kobiet. Co trzeba mieć w głowie, żeby tak o sobie myśleć?!

GALA: A co dla pana jest najprzyjemniejsze?

ROBERT KOZYRA: Podróżowanie po świecie, odkrywanie nowych miejsc i spotykanie się ze znajomi. Uwielbiam też dobre restauracje. Przez pierwsze dziesięć lat pracy w Radiu ZET wszystkie pieniądze wydawałem na podróże. A kiedy w ubiegłym roku miałem wypadek i przez pół roku leżałem w łóżku, zrozumiałem, że wspomnienia z wyjazdów to jedyne, czego nie żałuję i do czego chętnie powracam w myślach. Mam dwa ulubione miejsca. Jedno to maleńka miejscowość w Toskanii z hotelikiem na szczycie góry. Rozciąga się stamtąd najpiękniejszy widok na świecie. Staram się też co roku wracać na moją ulubioną wyspę St. Barths na Karaibach. To cudowne miejsce, ciekawi ludzie i wspaniała francusko-karaibska kuchnia. Nigdzie na świecie nie ma tak dobrych krabów na musie z awokado i sorbetów kokosowych. Na wakacjach oprócz dobrej kuchni potrzebuję tylko słońca, ciepłego morza, muzyki klasycznej i dobrych książek.

GALA: Ukochana osoba obok nie jest potrzebna?

ROBERT KOZYRA: Byłem tam z najbliższą mi w życiu osobą wiele razy. Byłem na tej wyspie również z Edytą Górniak. To były fantastyczne wakacje. Często do nich wracam. Miło jest dzielić się z kimś wrażeniami. Akurat zakończyłem swój czteroletni związek, ale mam nadzieję, że jeszcze spotkam kogoś, z kim naprawdę będę chciał spędzić życie. Przeżyć życie szczęśliwie jest niesłychanie trudno. Czasami pytam ludzi wprost, czy są szczęśliwi. I wszyscy mają ten sam problem: albo nie mogą się wzajemnie odnaleźć, albo nie wiedzą, jak przywrócić dawne szczęście, bo czują się wypaleni w związku. Najczęściej mają z tym problem ludzie, którzy odnoszą sukces. Madonna w zeszłym roku zarobiła 240 mln dolarów. Jest ikoną, teoretycznie obiektem pożądania, a wieczorem nie ma się do kogo przytulić. Może mieć wszystko, tylko nie to, co najważniejsze, choć się stara.

GALA: Jak pan myśli, gdzie pan będzie za dziesięć lat? W tym samym gabinecie?

ROBERT KOZYRA: Nie wiem. Życie jest trudne do przewidzenia. Robię to, co lubię. Zawsze mam nowe wyzwanie. Ostatnim jest Chilli ZET. Życia lepiej nie planować. Trzeba być na nie otwartym.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł