Piłka pojawiła się w jego życiu dzięki ojcu. Krzysztof Lewandowski był trenerem Partyzanta Leszno, klubu małego, ale w sam raz dla szalejącego za futbolem Roberta. „Bobek” garnął się do sportu. Choć był raczej drobny, zasoby energii miał niespożyte, ciągle biegał po boisku. Wygrywał biegi przełajowe, więc początkowo wróżono mu sukcesy w lekkiej atletyce. Ale to piłkę trzymał ciągle pod stołem. To piłkę kochał, odkąd pamięta. Nie było chyba w jego dzieciństwie ani chwili, by nie myślał o futbolu. Choć zdarzały mu się przerwy na zajmowanie się motocyklami. Naprawiał silniki, a potem na tych maszynach jeździł.

Zdjęcia z archiwum domowego pokazują też, że Robert wpadał czasem na dziwne pomysły. Z jednego z obozów wrócił z włosami ufarbowanymi na blond. Przez jakiś czas miał też fryzurę w kolorze czerwonym.

Był niezwykle wszechstronnie wysportowany. Ledwie dostał rakietę tenisową, błyskawicznie zaczął ogrywać siostrę Milenę. Tenis stołowy – same wygrane, w piłce ręcznej – złoty medal, w unihokeju – złoty medal. W końcu jednak całkowicie pochłonęła go piłka. W rodzinie do dziś opowiadana jest historia, kiedy to ksiądz ze względu na Roberta skrócił mszę, podczas której chłopak przystępował do pierwszej komunii, tylko dlatego, żeby małoletni piłkarz mógł zdążyć na mecz Varsovii Warszawa.

Do Varsovii trafił w 1997 roku, czyli jako dziewięciolatek. Tam trenował z chłopakami starszymi o dwa lata, ale za to pod okiem Marka Siweckiego, który miał świetne podejście do młodzieży. W tym klubie spędził kilka lat. Zasmakował tam tego wszystkiego, czego doświadczyli wszyscy chłopcy grający w piłkę w tamtych latach. Nikomu nie śniły się jeszcze wtedy orliki ze sztuczną murawą, a młodzi piłkarze biegali po boiskach, na których tylko miejscami wyrastała trawa.

Tak było też na obiekcie Varsovii, na którym trenował Lewandowski. Był piasek i kurz unoszący się nad ziemią. Nie było ciepłej wody, by umyć się po treningu. Takie warunki powodują, że przy piłce zostają tylko ci, którzy ją naprawdę kochają. Tylko najtwardsi.

Z każdym rokiem Robert zbliżał się do seniorskiej piłki. Boisko Varsovii znajdowało się niedaleko obiektu Polonii Warszawa, więc tam zostało skierowane pierwsze zapytanie. Klub z Konwiktorskiej nie był jednak zainteresowany 16-letnim Lewandowskim. Na krótko Robert związał się wtedy z Deltą Warszawa. Do lata 2005 roku strzelił dla niej w IV lidze cztery gole.

I wtedy nastąpiło coś, co wydawało się początkiem wielkiej kariery, windą do ekstraklasy. Robert rozpoczął treningi w rezerwach Legii Warszawa. Początkowo było całkiem nieźle – strzelił dwie bramki w III lidze, liczył na coś więcej. Wszystko zmieniło się, kiedy doznał poważnej kontuzji. Po powrocie Lewandowskiego na boisko okazało się, że Legia już nie wykazuje nim zainteresowania. Młody piłkarz dostał do ręki kartę zawodniczą i znów musiał szukać klubu.

Po latach, kiedy Robert był już czołowym napastnikiem w ekstraklasie, wielokrotnie zadawano mu pytanie, czy Legia nie żałuje, że nie poznała się na jego talencie. Po czterech bramkach strzelonych Realowi zadano to pytanie także trenerowi Legii Janowi Urbanowi. Udzielił odpowiedzi, z którą trudno się nie zgodzić: „Na pewno nie żałuję i Robert pewnie też nie, bo nie wiadomo, jak by mu się kariera ułożyła, gdyby został w Legii. Życie piłkarza jest pełne zmian i nie ma sensu oglądać się za siebie”.

Kiedy już okazało się, że Robert w Legii nie zagra, wraz z mamą skierował swoje kroki do Pruszkowa. Nie wiedział jeszcze wtedy, że to jedna z najlepszych decyzji w jego piłkarskim życiu...

Wprawdzie grywałeś w Partyzancie Leszno, ale formalnie pierwszy klub to Varsovia. Potem była Delta. To były transfery z prawdziwego zdarzenia?

 

ROBERT LEWANDOWSKI: Zanim trafiłem do Varsovii, to jeździłem z tatą i szukałem. Byliśmy nawet w CWKS (Legia), ale powiedzieli, że mnie nie przyjmą, bo jestem za młody. Swoją drogą jakoś od początku ta Legia mnie nie chciała. A w Varsovii znałem trenera Marka Siweckiego. I choć prowadził rocznik 86, a ja byłem 88, to jednak dwa lub trzy lata u niego grałem, aż w końcu przeszedłem do rocznika 87. To był dobry rocznik, fajna ekipa. W tym czasie zacząłem trenować też z Deltą Warszawa. Indywidualnie, bo chciałem być ciągle w treningu. Trenerzy tego klubu mnie zauważyli i uznali, że warto mnie ściągnąć. Grałem tam cztery miesiące. Potem Deltę rozwiązano. Miałem wtedy 16 lat i dostałem szansę przejścia do rezerw Legii. Pomyślałem: „OK, wielki klub, pójdę”. I grałem tam rok. W drugiej rundzie niestety doznałem poważnej kontuzji. Naderwałem mięsień w przyczepie kości guza kulszowego. To dość ciężka kontuzja. Nie zdążyłem jeszcze do końca jej wyleczyć, a już jechałem na obóz z pierwszą drużyną. Tylko pięciu nas tam wtedy pojechało. To było za trenera Dariusza Wdowczyka. Wtedy akurat kończył mi się kontrakt podpisany na rok z możliwością przedłużenia na dwa. Chciałem więc dowiedzieć się co dalej. Nikt nie był w stanie mi udzielić odpowiedzi. Aż w końcu trener rezerw powiedział mi, że nie przedłużą ze mną kontraktu. A tak naprawdę jako pierwsza powiedziała mi to sekretarka. Wyszedłem z klubu z kartą w ręku. Mama na mnie czekała pod stadionem.

To był dla Ciebie cios?

Tak, to był cios. Nie spodziewałem się tego. Podporządkowałem wiele spraw zajęciom piłkarskim. Zmieniłem szkołę na wieczorową, bo rano były treningi. Przygotowywałem się do matury, a tu przykra niespodzianka. Pojechaliśmy wtedy z mamą do Pruszkowa, bo Znicz już wcześniej chciał mnie ściągnąć. No i klub mnie zaangażował. Postawił na mnie trener Andrzej Blacha, mimo że na początku jeszcze trochę kuśtykałem po tej kontuzji. Ale już w drugiej rundzie strzeliłem 12 bramek. Zostałem królem strzelców i awansowaliśmy. W kolejnym sezonie znowu byłem najlepszym strzelcem w lidze i o mało nie awansowaliśmy do ekstraklasy. I wtedy pojawiła się oferta Lecha Poznań.

A czy masz poczucie, że byłeś odpowiednio prowadzony? Pytam, bo różnie mówi się o szkoleniu młodzieży w Polsce.

Wtedy nie zwracałem na to uwagi. Ale jeśli chodzi o Znicza, to uważam, że dobrze tra fiłem. I generalnie w swojej karierze współpracowałem z dobrymi trenerami. Choć myślę sobie też, że gdyby skupiono się w mojej młodości na innych elementach treningu, to nie musiałbym później nadrabiać. Zdarzało się przecież, że biegaliśmy po lasach. Teraz, z perspektywy czasu, uważam, że to był bezsens. Tym bardziej jeśli chodzi o młodego chłopaka, który musi mieć jak najczęstszy kontakt z piłką po to, by ćwiczyć technikę. Teraz, kiedy widzę, jakie stosuje się metody treningowe, uważam, że bieganie po lasach jest niepotrzebne.

Wspomniałeś o trenerach.

Zaczynałem u Marka Siweckiego, w Varsovii był Krzysztof Sikorski. Myślę, że każdy z tych trenerów coś mi dał, czegoś mnie nauczył. Trudno powiedzieć, czego dokładnie, bo byłem dzieciakiem i nie zwracałem uwagi na wiele rzeczy. Generalnie trafiałem na trenerów, którzy wiele wnieśli do pakietu moich umiejętności. To byli też trenerzy, u których cała drużyna potrafiła grać dobrze. Z kolei w Delcie i w Legii już samo to, że grałem z seniorami, wiele mi dało. A w Zniczu byli Andrzej Blacha, Leszek Ojrzyński, Jacek Grembocki. To są już tacy trenerzy, przy których byłem bardziej świadomy tego, czego się uczę. Szczególnie Andrzej Blacha sporo mi pokazał. Do tego dał mi szansę w drużynie. Wcześniej byli też bracia Śledziowie: Robert trenował mnie w Mazowszu, a Marek w Poznaniu. Ale tak naprawdę dopiero od Znicza zaczęło mnie interesować, dlaczego trenujemy akurat tak, a nie inaczej. Pamiętam, że w Legii miałem jeden trening z Wdowczykiem i on mi wpoił, żeby przed przyjęciem piłki wiedzieć już, gdzie się chce ją zagrać. I do dziś o tym pamiętam. Od tamtego momentu zacząłem od każdego trenera czerpać te dobre rzeczy. Dzięki temu jestem coraz lepszym piłkarzem.

Ale pierwszym trenerem był tata?

Tak.

Rodzice sponsorowali Ci treningi piłkarskie?

Jak byłem młody, to zawsze zbierałem pieniądze. I to właściwie tylko po to, by kupić sobie korki. Nawet kiedy babcia czy rodzice dawali mi pieniądze, mówiąc: „Kup sobie coś”, to ja te pieniądze oszczędzałem po to, by później kupić korki.

W książce, którą napisałem o Mariuszu Czerkawskim, jest fragment, w którym Mariusz opowiada o swoim oszczędzaniu na buty, na łyżwy. Jak miał „naście” lat, to nie imprezował, tylko myślał o przyszłości. To Was łączy. Może tak po prostu postępują profesjonaliści?

No wiesz, imprezy nic nie dają. Byłem świadomy, że jeżeli będę imprezował, nie zajdę daleko. Korzyści z rezygnacji z imprezy będą większe niż te z samej obecności na niej.

Twoja rodzina była zamożna?

Niczego nam nie brakowało, choć zamożni nie byliśmy. Ale też nie byliśmy rodziną, która może sobie pozwolić na jakieś wystawne życie. Niestety pensja nauczycielska nigdy nie była zbyt wysoka. Babcia nauczyła mnie oszczędzania. Wpajała mi: „Pamiętaj, oszczędzaj...”. Nawet teraz mi tak mówi. Babcia to jest babcia. Niesamowicie czuje piłkę. Potrafi czytać między wierszami to, co jest napisane w gazetach. A mecze analizuje perfekcyjnie, aż mi szczęka opada. Czasem wie więcej niż jakiś poważny kibic. Myślę, że pewne rzeczy mam po babci albo po dziadku.

Mama chodzi na mecze?

Chodzi. Najczęściej na reprezentację. Strasznie przeżywa też mecze Borussii, wcześniej Lecha. Ja oczywiście nie byłem tego świadkiem, ale opowiadały mi osoby, które podczas meczu z mamą siedziały. Mnie glory fikuje, innych krytykuje. (śmiech) Próbuję ją czasem wyprowadzić z błędu, ale przecież to mama. Jak leżę na murawie, to oczywiście boi się, że coś mi się stało. Potem pyta, czy wszystko w porządku. Teraz już może coraz mniej, ale bywa, że dzwoni i pyta o jakiś faul na mnie z poprzedniego dnia. A ja już tego nawet nie pamiętam.

Pewnie jest dumna z syna.

Myślę, że tak. Czasem próbuję ją tonować. Żeby nie przesadzała z okazywaniem radości i dumy. Oczywiście rozumiem ją, ale może czasem jestem dla niej zbyt surowy. Ona na pewno się cieszy, że spełniam marzenia z dzieciństwa. Ja z kolei jestem świadomy, że mama i tata zawsze mi w tym pomagali. Wozili mnie na treningi półtorej godziny w jedną stronę, z Leszna do Warszawy. Poświęcali nie tylko pieniądze, ale też czas. Wiele osób pukało się wtedy w głowę: „Po co ty go wozisz na treningi, na co ci to?”. Teraz tym bardziej – po tych wszystkich poświęceniach – jest dumna.

 

Myślisz czasem, jak ojciec zareagowałby, widząc Cię w takim miejscu kariery?

Chciałbym z nim porozmawiać na różne tematy, ale nie jest mi to dane. Oglądalibyśmy pewnie wszystkie mecze. Po śmierci taty postanowiłem, że będę mu dedykował bramki, szczególnie te pierwsze zdobyte w różnych rozgrywkach, w ekstraklasie, w pucharach, w Bundeslidze, w reprezentacji. I to mi się udaje. Wiem, że byłby ze mnie dumny. Szkoda, że nie doczekał tych fajnych chwil w mojej karierze. Miał problemy z sercem, z wątrobą, ale odszedł nagle. Dla mamy było to niesamowite doświadczenie, bo nagle w nocy przestała słyszeć jego chrapanie. Przebudziła się i tata już nie żył...

Mama Roberta wspiera go w karierze i jest z niego dumna.

Jak Pani wspomina odrzucenie syna przez Legię? Czy to było dla niego ciosem?

IWONA LEWANDOWSKA: Zamknął się w sobie. Na obozie, na którym był z Wdowczykiem, czuł, że coś jest nie tak, że niespecjalnie się nim interesują. Był, bo był... W ten feralny dzień czekałam na niego po treningu. Szedł ze spuszczoną głową, z kartą zawodniczą w ręku. W ogóle się nie odzywał, załamany. Zastanawiałam się, co się wydarzyło. Przyjechaliśmy do domu. Robert nie chciał jeść obiadu, tylko tartą marchewkę z jabłkiem. Uwielbiał to, cały czas miał podawane witaminki. W końcu umówiłam się z Markiem Krzywickim. Powiedziałam do syna: „Robert, wrzucaj do samochodu dres, korki”. „Po co?” – spytał. „Może się przydadzą”. A on znowu: „Po co?”. W taki sposób mówił, półsłówkami. „Mam ci sama wrzucić?” – spytałam. No i pojechaliśmy do Krzywickiego z Varsovii. Myślał, myślał, nawet zastanawiał się, czy nie wysłać Roberta do jakiegoś klubu na południu Polski. Ale ja się uparłam, bo przecież chłopak był przed maturą. I nagle wpadliśmy na Znicz. Przypomniało mu się, że niedawno rezerwy Legii przegrały ze Zniczem. Ja pamiętałam, że tam była zawsze fajna atmosfera. Pojechaliśmy. I powiedziałam w Zniczu: „Skarb przywiozłam”. Usłyszałam: „Takich skarbów to u nas jest dużo”. I nagle wszedł trener Andrzej Blacha: „A na co ty czekasz? Trening się zaczyna! Zapieprzaj!”.

Ma Pani pretensje do Legii?

Aż tak to nie. Leczyli go, zajmowali się nim. Miał to w kontrakcie, więc wywiązali się z tego wszystkiego profesjonalnie. Ale mogliby ze mną porozmawiać, poradzić, co Robert ma robić itd. Ale generalnie to bardzo fajni ludzie. (...)

(fragment książki "Pogromca Realu. Moja prawdziwa historia")