Mówił, że ma dwa marzenia: dostać Oscara i kopnąć gołębia w tyłek – nie znosił tych ptaków, bo brudziły mu balkon. Drugie  życzenie po jego pogrzebie spełnił aktor Henryk Talar. Przywiózł klatkę z gołębiem i symbolicznie dokonał tego aktu. Pierwsze na pewno by się ziściło, gdyby Wilhelmi pracował w Hollywood. Stworzył wybitne role. Grał ostro, żywiołowo, był podobny do swoich bohaterów: nieokrzesany i wyrazisty. Zawsze perfekcyjnie przygotowany, wściekał się na kolegów, którzy „tylko” nauczyli się roli. Dlatego nie wszyscy go lubili. Olgierd Łukaszewicz na jego pogrzebie powiedział: „Bywał nieczuły, okropny, zimny. A tak naprawdę bardzo ciepły, dowcipny, pełen wdzięku”.

Telefon do reżysera 

W każdą rolę wkładał maksimum wysiłku, bez końca analizował swoje postaci. Często telefonował do reżyserów w środku nocy, bo wpadł mu do głowy jakiś pomysł. Nie dość, że nie zwracał uwagi na ich groźby i prośby o zaniechanie tego zwyczaju, to jeszcze miał pretensje, że niezbyt przytomnie odpowiadają na jego pytania. Ale lubił też zgrywać niedouczonego. Kiedyś zadzwonił do młodego kolegi z teatru: „Zaproponowali mi «Hamleta». Główna rola. Brać ją? Powiedz mi, o czym to jest?”. Był jak duże dziecko: rozrabiał, błaznował, a gdy coś szło nie po jego myśli, stawał się niecierpliwy i kapryśny. To rzutowało na jego relacje z kobietami, miał u nich wielkie powodzenie, ale żadna nie potrafiła z nim długo wytrzymać. Pierwsza żona Danuta, dziennikarka, powiedziała: „Trzeba go było brać z dobrodziejstwem inwentarza lub odejść”. Pobrali się na czwartym roku studiów, zamieszkali w maszynowni warszawskiego Teatru Ateneum, gdzie Roman dostał angaż. Swoich rodziców zapomniał poinformować o ślubie, dowiedzieli się przypadkiem po paru latach. 

Roman Wilhelmi urodził się w Poznaniu. Miał dwóch braci, on był najstarszy i najbardziej nieznośny. Ciągle wpadał w kłopoty: wybite szyby, wypadki na rowerze, skargi koleżanek, którym dokuczał. W końcu rodzice wysłali go do szkoły podstawowej z internatem, prowadzonej przez salezjanów, żeby coś z tym „diabłem” zrobili. Tam po raz pierwszy wystąpił w przedstawieniu. Zagrał małego Jezusa, którego przenoszą w koszyku z jednej strony sceny na drugą (miał wtedy ogoloną głowę, co było karą za palenie papierosów). Jeszcze pod koniec życia mówił: „Pamiętam do dziś szmer tamtej publiczności. Od chwili gdy go usłyszałem, wiedziałem, kim chcę być”. Liceum skończył w Poznaniu, studia – w warszawskiej PWST.

 

Któren rżnie mnie na kasie?

Pierwsze lata po studiach nie były dla Romana udane, grał w Ateneum małe role, myślał nawet o zmianie zawodu. W jego małżeństwie też działo się coraz gorzej, choć wreszcie dostali z Danutą mieszkanie. Nie zrezygnował z imprezowego stylu życia, coraz później przychodził do domu albo nie wracał wcale. Ona miała dość jego usprawiedliwień i obietnic poprawy. Rozwiedli się w 1967 r. Niedługo potem Wilhelmi wyjechał ze spektaklem do Budapesztu, gdzie poznał piękną tłumaczkę, Węgierkę Marikę Kollar. Zakochał się od pierwszego wejrzenia. Oczarowana 25-letnia Marika rzuciła wszystko i przyjechała do Polski. Wspomina, że pierwsze wspólne trzy lata były wspaniałe. Urodził się Rafał, aktor troskliwie zajmował się synem. „Potem się znudził, jakby zaczął być zazdrosny, że nie jest w domu na pierwszym miejscu. Kiedy się poznaliśmy, był nieznany, ale przyszła nagła popularność i wtedy się rozpił”, wspomina Marika. Sam aktor przyznał: „Miała ze mną najpierw raj, a potem przeszła przez piekło”. Sukces serialu „Czterej pancerni i pies” był w jego życiu jak tornado. Wilhelmi wprawdzie stał się gwiazdą, ale wpadł w alkoholizm i wypadł z obiegu, bo nikt nie chciał go angażować. 

 Olgierd, którego grał, umiera już w pierwszej serii, widzowie nie mogli się z tym pogodzić, więc Scenarzyści kombinowali, jak go wskrzesić. Wymyślili, że odnajdzie się jego brat bliźniak, radziecki saper. Aktor nie zgodził się wrócić na plan, bo jego zdaniem druga rola, podobnie jak pierwsza, była bardzo źle napisana. Ta decyzja nie spodobała się władzy i przez kilka lat nie dostawał poważnych propozycji. Zresztą nie trzeba było rozkazów z góry, reżyserzy nie chcieli z nim pracować, bo za bardzo kojarzył się z czołgiem. „Stałem się popularny, tyle że niezupełnie o to mi chodziło. Wszystko zawdzięczam roli dowódcy czołgu, która żadnym artystycznym dorobkiem nie była. Jeździłem potem po kraju na spotkania z fanami Pancernych, po każdym wóda lała się strumieniami”, opowiadał. Artystycznie dowartościował go spektakl „Peer Gynt” norweskiego dramaturga Henryka Ibsena. Teatr Ateneum wyjechał z tą sztuką na festiwal w Bergen. Tamtejsi recenzenci pisali, że Norwegowie mogą się uczyć od Polaków, jak należy grać Ibsena. 

 

  Uznanie pomogło mu wyjść z dołka. Bo choć Wilhelmi miał świadomość, że jest dobrym aktorem, był zakompleksiony i drażliwy. Przeżywał każdą złą recenzję. Przed światem prezentował oblicze wesołka, ale to była maska. „Cały czas się szarpał, miał wątpliwości, chwile załamania. Ciągle potrzebował wsparcia, akceptacji, słów otuchy. Ale taką twarz pokazywał tylko w naszych czterech ścianach, gdy nikt go nie widział”, wspomina Marika. Potrzebował jak tlenu każdego, najmniejszego nawet potwierdzenia, że jest popularny i lubiany. Gdy na głuchej wsi sprzedawczyni dała mu spod lady pół litra (alkohol sprzedawano wtedy na kartki) i jeszcze nie chciała pieniędzy, rozpłakał się ze wzruszenia. 

 Na kolejny sukces filmowy czekał prawie dziesięć lat. Budując rolę sadystycznego kelnera Fornalskiego w „Zaklętych rewirach”, wzorował się na swoim ulubionym aktorze Marlonie Brando w „Ojcu chrzestnym”. Sam wymyślił kultowe zdanie, które wygłasza w filmie: „Któren sukinsyn rżnie mnie na kasie?”. Gdyby zagrał to w Hollywood, byłby murowanym faworytem do Oscara. W tym czasie jego małżeństwo z Mariką trwało już tylko na papierze. Wilhelmi często rano prosto z knajpy szedł na próbę, potem trzeźwiał gdzieś w parku, grał spektakl i znowu sięgał po butelkę. Mawiał: „Lubię pić w dobrym towarzystwie, dlatego piję w swoim”. Rzadko dawał pieniądze na dom, nie interesował się synem. Zakochał się w 21-letniej krakowskiej aktorce Iwonie Bielskiej, był od niej 16 lat starszy. „Wszystko robił ekstremalnie, zachłannie, bez samokontroli, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Byłam za młoda, żeby wytrzymać taką huśtawkę emocjonalną, rozstaliśmy się po dwóch czy trzech latach”, wspomina Bielska. 

 

Intrygi i spiski 

Pod koniec lat 70. aktor odrzucił propozycję zagrania w kolejnym serialu, tłumacząc, że po „Pancernych” miał długi zawodowy zastój. Im żarliwiej odmawiał, tym bardziej utwierdzał reżysera Jana Rybkowskiego w przekonaniu, że tylko on może zagrać Nikodema Dyzmę. W końcu Rybkowski użył fortelu. Powiedział, że producenci postanowili zaangażować Jerzego Stuhra. Blefował, ale Wilhelmi dał się złapać i przyjął propozycję. Jeszcze wybitniejszą kreację stworzył jako Stanisław Anioł, dozorca w serialu „Alternatywy 4”, który upaja się władzą nad mieszkańcami. Szpieguje ich i szantażuje, knuje intrygi, węszy spiski, zastrasza nieposłusznych, nagradza donosicieli i lizusów... postać ponadczasowa. 

List z wyznaniem miłości 

Kiedy aktor święcił triumfy w tej roli, Marika z synem byli już w obozie dla uchodźców w Austrii. Była żona zdecydowała się na emigrację, bo nie miała z czego żyć. Jako tłumaczka zarabiała niewiele, a Wilhelmi nie tylko nie dawał jej pieniędzy, ale nawet kartek na żywność. Jej, jako obywatelce Węgier, nie przysługiwały, odbierał je Roman, ale albo zapominał przynieść, albo gubił. Marika z synem zdążyła wyemigrować tuż przed stanem wojennym, Wilhelmi był wściekły, nie mógł jej tego wybaczyć. Rafał miał wtedy 12 lat. Gdy dorósł, skończył studia translatorskie na Uniwersytecie Wiedeńskim. Dziś jest tłumaczem kabinowym języka polskiego, niemieckiego i angielskiego, a także lektorem na swojej uczelni. Uczy też niemieckiego podczas letniego Kolegium Polsko-Austriackiego pod Poznaniem. 

 Od czasu emigracji do śmierci ojca spotkał się z nim tylko raz, gdy ten kręcił film w Wiedniu. Regularnie przyjeżdża na Dni Romana Wilhelmiego organizowane przez Fundację Sceny Na Piętrze Tespis w Poznaniu. Aktor występował w tym teatrze, niedaleko Starego Rynku znajduje się jego pomnik odsłonięty w rocznicę śmierci 3 listopada 2012 roku. „Może nie potrafił okazać mi uczucia? Może to była jakaś jego wielka ułomność? Kiedy byłem już pełnoletni, uznałem, że z tęsknotą za ojcem muszę poradzić sobie sam. Zasypałem w sobie potrzebę nawiązania z nim kontaktu i wyjaśnienia jego obojętności”, opowiada Rafał. Kilka lat przed śmiercią ojciec wysłał mu list. Gdy po długim czasie Rafał ponowie go przeczytał, zauważył, że kilka razy jest tam napisane: „kocham cię”. Wcześniej w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Był na jego pogrzebie na warszawskim cmentarzu w Wilanowie w 1991 roku, wielkie wrażenie zrobiły na nim tłumy, które przyszły pożegnać aktora. „Ludzie go lubili, bo był autentyczny. Nie mizdrzył się ani do mediów, ani do publiczności”, mówi. Zapewnia, że nigdy nie uważał ojca za kogoś złego i nie ma do niego żalu ani o brak kontaktu, ani o to, że spadek oraz tantiemy zapisał, jak to określa, „w dość dziwnych okolicznościach konkubinie”. Chodzi o Lilianę Kęszycką, sekretarkę planu, którą aktor poznał podczas zdjęć do „Dyzmy”. Tomasz Zygadło (reżyser filmu „Ćma”, ze świetną rolą Wilhelmiego) tak opowiada 
o związku z Lilianą: „Romek lubił kobiety, i to bardzo, ale one najzwyczajniej w świecie go męczyły i nudziły. To on je przyciągał. Nie wykazywał żadnej aktywności w tym kierunku. Potem pojawiła się Liliana i wiedziałem, że ona go usidli”.

 

Przy ostatniej kobiecie swojego życia Wilhelmi trochę się ustatkował, mniej pił, bardziej o siebie dbał. Po Dyzmie nie dostał już znaczącej roli w filmie, ale zagrał fenomenalną w teatrze: Randle’a McMurphy’ego w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Każdy, kto widział ten spektakl, przyznaje bez najmniejszych wątpliwości: Wilhelmi był w nim dużo lepszy od Jacka Nicholsona, który za filmowego McMurphy’ego otrzymał zasłużonego Oscara. Jednak Roman do końca miał poczucie niedosytu. „Gdyby osiągnięcia mierzyć popularnością i uznaniem publiczności, mogę powiedzieć, że spełniły się moje oczekiwania. Nie uważam natomiast, że zdołałem już wszystko w tym zawodzie osiągnąć. Może to dziwnie brzmi po trzydziestu latach pracy, ale jeszcze wiele muszę się nauczyć”, powiedział z okazji swojego jubileuszu. 

Choroba zaatakowała nagle: rak wątroby z przerzutami do płuc. Nikt nie miał odwagi powiedzieć mu prawdy. 55-letni aktor jeszcze trzy dni przed śmiercią twierdził, że w szpitalu robią mu tylko badania. Żartował z odwiedzającym go bratem oraz przyjaciółmi, snuł poważne plany wyjazdu do Paryża, gdzie mieszkali już Wojciech Pszoniak i Andrzej Seweryn. Zastanawiał się, czy tak jak oni będzie mógł tam pracować. Podobno do końca nie zdawał sobie sprawy z tego, że umiera. A może wiedział, tylko świetnie zagrał również swoją ostatnią rolę?