GALA: Słuchałam najnowszej płyty „Zachwyt” i stwierdzam, że jest pan niczym dobre czerwone wino…

RYSZARD RYNKOWSKI: Pozytywnie reaguję na te słowa, bo uwielbiam wino, ale butelka musi mieć dobry, szczelny korek. Inaczej wino skwaśnieje. Mam nadzieję, że tym razem korek, czyli płyta, był dobry.

GALA: Długo pan milczał. Wydaje mi się, że minęło sześć lat...

RYSZARD RYNKOWSKI: Mniej więcej, ale w moim życiu wydarzyły się ważne rzeczy. Dlatego poukładałem w takiej kolejności piosenki na płycie, że stanowią pewien ciąg. Relacjonują moje życie od 2003 roku, a była to sześciolatka. Straszliwie kategoryczna sześciolatka. Pchnęła mnie na zupełnie inne tory, w sytuacje, o których nigdy nie myślałem, że się zdarzą. I nie mówię tylko o tym, że w 2006 roku ożeniłem się, że urodził nam się syn, który ma już pięć miesięcy, ale także o tym, że w maju ubiegłego roku udało mi się przeprowadzić do Brodnicy moich rodziców. Wyrwałem ich po 63 latach z mieszkania w Elblągu, choć mówi się, że starych drzew się nie przesadza.

GALA: Widać ostrożnie obszedł się pan z korzeniami.

RYSZARD RYNKOWSKI: Bardzo się starałem. Mama chciała, w końcu oboje rodzice się zgodzili... Ze starego mieszkania wziąłem niewiele, tylko symbole, a kuzyni z Elbląga pomogli w całej operacji. Zajęło to trochę czasu, bo mieszkanie przecież musiałem wybrać, kupić, być przy wykończeniu, ale najważniejsze, że gniazdo na nowo zaistniało. Wprowadziłem rodziców do mieszkania, które urządziłem po swojemu, ale mają teraz znacznie wygodniej, dużo lepsze warunki.

GALA: Przede wszystkim syna, synową i wnuka w pobliżu.

RYSZARD RYNKOWSKI: Tylko siedem kilometrów dalej. Tak naprawdę codziennie jestem pod ręką. Z wielką radością chodzę z siatami, robię im zakupy. Jestem dumny, że mogę im się odpłacić. Tak, to jedna z tych ważnych rzeczy.

GALA: Widzę, że jest pan bardzo rodzinny. Jacek Cygan powiedział mi: „Siłą przekazu Ryszarda jest to, że musi się identyfikować z tekstem”. Gdy napisał piosenkę o mamie, mając na myśli swoją mamę, bał się, jak pan ją przyjmie. A pan po przeczytaniu tekstu usiadł przy fortepianie i melodia sama się pod palcami ułożyła: „Gdybym mógł, jak za dziecięcych lat, schować się w twej sukienki las. I znowu wierzyć, mocno tak, że ty obronisz mnie od zła. Gdybym mógł przybiec i we łzach przytulić się do twoich nóg... Mamo, brak mi słów, by powiedzieć, jak bardzo kocham cię. Mamo, ja jestem duży już, choć w życiu czasem chwieję się. Dziękuję za cały świat i za tę parę łyżew też. Za kromkę chleba z miodem, co miała najlepszy w życiu smak...

RYSZARD RYNKOWSKI: W takim razie Jacek był bardzo dyskretny. Nie mówiąc o tym, że jak zacząłem się przymierzać do piosenki, łzy mi same leciały na klawiaturę. Przez pierwsze dwa tygodnie nie potrafiłem jej zaśpiewać z suchymi oczyma, tak mnie wzruszała.

GALA: Widać, że przeprowadzka rodziców miała swoje głębokie uzasadnienie.

RYSZARD RYNKOWSKI: Teraz moja córka Marta ma tylko 185 kilometrów do nas i do dziadków. Przedtem musiała jeździć do nich aż 300. Proces scalania trwa.

GALA: Marta nadal pracuje w administracji sejmowej i mieszka w Warszawie?

RYSZARD RYNKOWSKI: Przeniosła się do polsko-angielskiej izby handlowej, gdzie przydaje się jej wykształcenie. Jest absolwentką stosunków międzynarodowych. Mieszka w stolicy i od 3 stycznia nazywa się Mikliszańska, bo wyszła za mąż za Kamila Mikliszańskiego. Jak pojawią się wnuki, już nie będą Rynkowscy. Taka kolej rzeczy. Zięć jest absolutnie w porządku, ale myślę, że jego największe walory zna Marta, bo wzięli ślub po trzech latach znajomości. Jak widać, w życiu nic się nie dzieje bez przyczyny. Musiał urodzić się mały Rysio Rynkowski, żeby nazwisko przetrwało.

GALA: Rzadko się pan odsłania, mówi o prywatności, ale pamiętam pierwszy szczery wywiad, tuż po ślubie.

RYSZARD RYNKOWSKI: Służył ucięciu fali plotek, spekulacji, domysłów: „Macie informację z pierwszych ust”. Kilka razy przeżywaliśmy najazdy fotoreporterów, ostatnio takich, którzy koniecznie chcieli sfotografować moją żonę w ciąży. Przykre to było o tyle, że nie wiadomo, czyj samochód stoi wiele godzin pod domem, bo może włamywacza, bandyty?

GALA: Pańska żona Edyta, która pochodzi ze śląskiego domu z tradycjami, wyznała, że nigdy przedtem nie bywała w drogich restauracjach, nie chodziła na bankiety, w sklepie zawsze najpierw patrzyła na cenę, dopiero potem się zastanawiała, czy kupić. Skromna, prostolinijna, szczera. Nie zmieniła się od tamtego czasu.

RYSZARD RYNKOWSKI: Może trochę. Teraz czuje się bardziej swobodnie. W sklepach wciąż nie szaleje. Chociaż Edyta ma kartę kredytową, na którą się zgodziłem, wcale jej nie nadużywa.

GALA: Przy niemowlęciu o nudzie nie ma mowy. Ale pan wie, że nie pytałam o takie zmiany.

 

RYSZARD RYNKOWSKI: Pod tym względem się nie zmieniła. Mieszkamy na wsi, za oknem jezioro Wysokie Brodno, zieleń i cisza, a ja nie słyszę od niej: „Kisnę tu, umieram z nudów”. Cały czas jest tą samą miłą, ciepłą osobą. Nie tylko utrzymuje kontakt ze swoją rodziną, ale również zaczyna się przywiązywać do mojej, co mnie ogromnie cieszy. Któregoś dnia powiedziała, że bardzo kocha moją mamę. To wzruszające, w końcu mogłaby ją tylko lubić. Moja mama jest osobą wiekową, ale energiczną, właśnie skończyła 87 lat, ale zasuwa po domu jak prawdziwa gospodyni. Są powody, by ją podziwiać, cieszę się, że również kochać.

GALA: Śmiejecie się czasem z pana wyznania w jednym z pism: „Nie chcę mieć dzieci, nadal uważam, że nie powinno się zostawać ojcem w moim wieku. Edyta o tym wie, rozumie to i akceptuje. Może ją w ten sposób krzywdzę, ale właściwie skrzywdziłem ją już na samym początku. Przecież związała się z mężczyzną w wieku swojego taty”. Każde ze zdań w tym tekście jest nieprawdziwe. Życie pokazało panu figę.

RYSZARD RYNKOWSKI: Weszliśmy na teren bardzo intymny i nie wiem, czy Edyta nie będzie miała do mnie żalu, ale przyznaję, mówiłem to z pełnym przekonaniem. Największy lęk budziła we mnie myśl: „Co będzie za 20 lat, jak już będę stary?”. Ten problem był wtedy i jest nadal, ale teraz zacząłem widzieć szklankę wody do połowy pełną, a nie do połowy pustą...

GALA: Skąd ten optymistyczny ton?

RYSZARD RYNKOWSKI: Miałem 20 lat, gdy wyrwałem się w świat. Byłem sam sobie żeglarzem i okrętem. Mając 22 lata, wziąłem ślub w kościele i dałem sobie radę. Ojciec mi nie pomagał, wszystkie ścieżki sam wydeptałem. Miałem dużo szczęścia? Pewnie miałem. Czy mój syn będzie miał? Nie wiem. Ale wolę myśleć, że da sobie radę, że będzie przygotowany. Od śmierci mojej żony Hani (dziennikarka, filolog rosyjski, zmarła na raka w 1996 roku – przyp. red.) żadnej kobiecie nie powiedziałem słowa „kocham”. Pomyślałem sobie, że jeśli się zdarzy, to będzie ostatnia miłość mego życia. I właśnie do przystani „miłość” zawinąłem z Edytą. Cytuje pani teraz moje stanowcze wypowiedzi, a to Edyta w ciągu pół roku pracy nade mną rozmiękczyła mnie. Powiedziałem sobie: „Niech się dzieje, co chce”. To dziecko było jej bardzo potrzebne, widziałem to. I zgodziłem się na nie. Szczerze mówiąc, sukcesu nie mieliśmy od razu. Aż pojechaliśmy na sylwestra do Zbyszka i Ewy – cudownych przyjaciół, z którymi zakładałem w szkole kabaret, a potem odnowiliśmy znajomość na zjeździe koleżeńskim w liceum. Mieszkają teraz w okolicach Bordeaux i tam 6 stycznia począł się Rysio, w dzień, kiedy pojechaliśmy do Lourdes.

GALA: Skąd taka dokładność dat?

RYSZARD RYNKOWSKI: Bo kilka zdarzeń o tym świadczy. Ten „pstryk od Boga” zdarzył się dzięki cudownej atmosferze zabawy z przyjaciółmi, nocom pełnym szampana, ostryg i wielu innych radości. Nawet na sylwestra trochę się spóźniliśmy.

GALA: Oczywiście, przecież ostrygi to znany afrodyzjak.

RYSZARD RYNKOWSKI: Do Lourdes też mieliśmy dotrzeć trzy dni wcześniej. Kiedy weszliśmy do groty, która mnie całkowicie urzekła, bo tam się widzi prawdę, widziałem ludzi skupionych na sobie, swoim pragnieniu, inni dziękowali i głaskali skałę. Byli tacy, którzy płakali, dotykali ją dłońmi i prosili o coś w różnych językach. W tej grocie, miejscu szczególnym, przytuliłem się do kamienia i pomyślałem: „Matko Boska, pozwól, żebym się zmienił, był bardziej aktywny, więcej pracował”. W nocy wróciliśmy do przyjaciół w Mont de Marsan, a następnego dnia Edycie już kawa nie smakowała. I tak mi się życie zmieniło.

GALA: Już się pan nie budzi o 4 nad ranem i nie myśli o tym, co będzie za 20 lat?

RYSZARD RYNKOWSKI: Głupie myśli zawsze człowiekowi przychodzą do głowy, ale liczę na to, że szczęście nas nie opuści. Bo to, co dostajemy od losu, jest piękne. Życie mi dało drugą szansę, by odrobić lekcję z ojcostwa. Patrzę na dziecko tak, jak nie było mi dane przed laty. Byłem zbyt zalatany, kariera, zespół Vox, intensywne kilkutygodniowe trasy koncertowe.

GALA: Na tej płycie jest taka śliczna, smutna piosenka do syna: Pytasz mnie o to, jak żyć? Tak, byś w oczy sobie spojrzeć mógł. A gdy będziesz miał kiedyś tyle lat co ja, kochaj ciszę, bo... będę w niej.

RYSZARD RYNKOWSKI: To dla Rysia, kiedy już będzie coś rozumiał. Tam są proste, ale ważne wskazówki, jak żyć, by wierzyć w miłość i w to, że świat może być lepszy. Jak postępować, by móc spojrzeć w lustro bez wstydu. Mój ojciec nigdy mnie nie pouczał, ale całe moje młode życie powtarzał: „Zanim coś zrobisz, zastanów się, czy komuś nie sprawiasz przykrości. Nie myśl o sobie, pomyśl o kimś”. Tak też mówił mój nieżyjący przyjaciel Roman Cooper, który pochodził z Siemianowic Śląskich, potem wyemigrował do Chicago, ale często mnie odwiedzał w Polsce, tu, w domu nad jeziorem: „Masz pretensję, zacznij od siebie”.

GALA: Widzę, że ojcostwo w dojrzałym wieku skłania do refleksji.

 

RYSZARD RYNKOWSKI: Nie chcę wypowiadać się w takim mentorskim tonie, że jedno jest lepsze od drugiego. Po raz pierwszy mam więcej czasu na refleksję. Nie czuję presji, że muszę szybko stanąć na nogi, wybudować dom, bo to wszystko jest. Wyjeżdżam na koncerty, ale nie ma ich już tyle co kiedyś. Zanim się zjawił Rysio junior, podróżowaliśmy z Edytą parę razy po Hiszpanii, Sycylii, rok wcześniej byliśmy w Australii. Odkąd jest Rysio, dużo czasu spędzamy razem, dzielimy się obowiązkami. 6 grudnia były chrzciny Rysia, w dzień Świętego Mikołaja. Jestem dużo z synkiem, słucham go, a on potrafi się ze mną komunikować. Znam już rodzaje płaczu, bo jak jest „la” – chce jeść, jak jest „aaa” – ma mokro. Bardzo dużo śpiewa.

GALA: Zupełnie się Rysiowi nie dziwię. Kompozytorski dom z fortepianem i dużo muzyki. Czy te jego wprawki można już nazwać śpiewaniem?

RYSZARD RYNKOWSKI: Zawsze śpiewa, gdy widzi, że trzymam coś w ręku. Jest na płycie taka żartobliwa piosenka, której słowa trochę zmieniam, gdy śpiewam prywatnie: „Leżę sobie, nic nie robię, obok synek drzemie słodko ku ozdobie, nie chce nam się nawet wstać, by się za coś brać”. Mam już 4-minutowe nagranie, jak zawodzi, gaworzy, a potrafi się rozgadać bardzo. Gotowy materiał na mojego bardzo prywatnego singla.

GALA: Jak powstała piosenka „Wystarczy być”, o miłości do Edyty?

RYSZARD RYNKOWSKI: Melodię wygwizdałem Jackowi Cyganowi na sycylijskiej plaży, gdzie byłem z przyjaciółmi i Edytą, wtedy narzeczoną, ale już planowaliśmy ślub na jesień. Dwa dni mu ją gwizdałem, bo na plaży trudno o fortepian. Pierwszy tekst do tej muzyki Jacek napisał z takim szlagwortem: „Zanim jesień ozłoci liście, zapomnisz mnie”. A że mówiłem Edycie, że to piosenka dla niej, podniosła alarm: „Co to za czarnowidztwo?”.

GALA: Całkowicie ją rozumiem.

RYSZARD RYNKOWSKI: Jacek dostał reprymendę od Edyty, potem zaproszenie na nasz ślub, wreszcie napisał piosenkę „Wystarczy być”, z tekstem już prawidłowym. I powstało tango inspirowane Piazzollą, z korzeniami argentyńsko-hiszpańskimi: Niech dwa dźwięki plotą się w harmonii zwykłych dni jak ten. Aby życie miało smak, wystarczy być. Nieuchwytnie pieścić czas, wystarczy być. Niech sobie pędzi wielki świat, wypada z szyn. Niech gdzie indziej wyścig trwa, a ty bądź koło mnie, tylko bądź, bo wiesz, wystarczy być.

GALA: Dużo miłości na tej płycie. Rynkowski i Cygan to dwaj sentymentalni faceci. I pomyśleć, że przed laty był pan niezłym rozrabiaką.

RYSZARD RYNKOWSKI: Jestem cholerykiem, człowiekiem porywczym. To cechy trwałe, których się nie wymaże, ale można się starać. Nie wiem, czy jestem uodporniony na niesprawiedliwość, podłość, wmawianie mi czegoś, czego nie zrobiłem. Nie lubię, jak ktoś zarzuca mi kłamstwo, a sam kłamie w żywe oczy. Kiedyś usłyszałem o sobie koleżeńską opinię, że we mnie jest pół artysty i pół chama. Niby wrażliwy człowiek, ale w pewnym momencie jakby traci słuch, węch i zaczyna być prostakiem. Eksplodując w reakcji na złe słowo albo gest, wyrzucałem z siebie wszystko i długo trzeba było sprzątać. To była wściekłość, wybuch emocji, wynikający z bezsilności odruch niekontrolowany przez mózg. Może dzięki temu nie mam wrzodów na żołądku?

GALA: À propos żołądka. Przez 10 lat był pan wdowcem z nastoletnią córką, musiał dawać sobie radę z materią codziennego życia. Praniem, gotowaniem, sprzątaniem...

RYSZARD RYNKOWSKI: Z kuchnią było najgorzej. Nawet do knajpy nie chodziłem. Inicjatorami byli znajomi, głównie Jacek. Wolałem siedzieć w domu, kupić sobie butelkę wina, zrobić prostą sałatkę z kapusty pekińskiej, cebuli, pomidorów, papryki, do tego dwie, trzy długie kanapki. Pilot do ręki, pełnia szczęścia. Pierwsze moje podrygi w kuchni nastąpiły wtedy, gdy zacząłem spotykać się z Edytą. Szczerze mówiąc, ona przeżywała katusze, bo dodawałem najostrzejszych przypraw. Bez umiaru, nie znając proporcji, zamiast jednej czuszki, i to bez pestek, były trzy, cztery. Leciały jej z oczu łzy, mówiłem: „Chyba przesadziłem”. Edyta: „Ależ skąd, może być”. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że „może być” to jest „trzy z dwoma”.

GALA: Biedna Edyta. Jak ona to przeżyła?!

RYSZARD RYNKOWSKI: Była biedna, ale teraz już nieźle robię kilka chińskich potraw, bo lubię pichcić. Po wielu próbach – podpatrywaliśmy w warszawskiej restauracji Tokio – doszliśmy do właściwego składu i konsystencji: zupy chińskiej ostro- kwaśnej, tajskiej z owocami morza, kurczaka w siedmiu smakach. Warzywa są twarde, dobrze podsmażone, nierozmiękłe, ryż czarny, dziki.

GALA: Gratuluję! Wracając na niwę muzyczną, jakie piosenki na każdym koncercie musi pan zaśpiewać?

RYSZARD RYNKOWSKI: Zawsze na koniec „Jedzie pociąg...” i „Czarne oczy”. Nie ma na to rady.

GALA: To prawda, na to nie ma rady. Zwłaszcza że wszystko zaczęło się od czarnych oczu. I olśnienia.

RYSZARD RYNKOWSKI: Stąd tytuł piosenki „Zachwyt”. Rysio junior też ma czarne oczy mamy, nie moje – niebieskie. Chciałem tego, bo Edyta ma piękne oczy. Wkrótce wybieramy się w 6-godzinną podróż do rodziny Edyty na Śląsk, by pokazać babci wnuka. I oczywiście do Lourdes.

GALA: Bo jest za co dziękować?

RYSZARD RYNKOWSKI: Tak, to już jest zapisane po stronie obowiązków. A kto wie, może jeszcze jakąś Marysię tam znajdziemy.

GALA: Znajdziemy? To właściwe słowo?

RYSZARD RYNKOWSKI: Wyprosimy, wymodlimy, dostaniemy w prezencie.